O gdańskiej księżnej, gdańskiej służącej oraz o gdańskich… czekoladkach.

Uwielbiam Sophię Loren, a zwłaszcza jej temperament. Mogła ujawnić go w pełni, gdy wcieliła się w rolę Madame Sans-Gêne.

Catharine Hübscher (1753–1835) urodziła się w Goldbach-Altenbach w Alzacji, ale jeszcze jako młoda dziewczyna wyjechała do Paryża. Na życie zarabiała praniem, a w 1783 roku poślubiła sierżanta gwardii François-Josepha Lefèbvre’a. W okresie rewolucji francuskiej jej mąż szybko awansował, został kapitanem, generałem, a parę lat później był już marszałkiem cesarza Napoleona. W taki właśnie sposób Katarzyna, praczka o ciętym języku (który podobno odstraszał nawet Talleyranda) i mało subtelnych manierach, trafiła na dwór cesarski.

Podczas wojen napoleońskich Lefèbvre dotarł w okolice Gdańska. Kwaterował we wsi Piecki, a od marca do maja 1807 roku dowodził oblężeniem miasta. 24 maja podpisano akt kapitulacji, zwycięski dowódca zaś w nagrodę otrzymał od Napoleona honorowy tytuł księcia Gdańska. Nic dziwnego, że Katarzyna zażądała, by od tej pory nazywano ją księżną gdańską.

Ach, jeszcze czekoladki! Tytuł księcia brzmi pięknie, ale prócz tego cesarz wręczył Lefèbvre’owi pudełko czekoladek – w środku zamiast słodyczy znajdowało się 100 tysięcy talarów, a w armii francuskiej utarło się wyrażenie, którym określano znaczące darowizny pieniężne: les chocolats de Dantzig.

Losy Katarzyny stały się inspiracją między innymi dla Victoriena Sardou, który w swej komedii zgrabnie połączył dwie postacie w jedną. Owszem, Katarzyna Lefèbvre była księżną gdańską, ale to nie ją nazywano Madame Sans-Gêne (Panią Bez Żenady), lecz Marie-Thérèse Figueur (1774–1861), żołnierkę 93. Regimentu 15. Pułku Dragonów, która walczyła już w czasach rewolucji, a potem brała udział w wojnach napoleońskich, wsławiła się odwagą w bitwie pod Austerlitz i zyskała miano Nom de Guerre Sans-Gêne. Do historii jednak przeszła Katarzyna, której Sardou nadał charakter Marie.

Oprócz Sophii Loren warto również przypomnieć Glorię Swanson w tej roli.

W 1853 roku w Gdańsku przyszła na świat Marie. Niewiele o niej wiemy, właściwie tylko to, co sama o sobie napisała. W wieku czternastu lat zaczęła pracować jako służąca i przez siedem lat służyła w różnych domach, lepszych i gorszych, a swoje doświadczenia opisała później we „Wspomnieniach z młodości ubogiej służącej”. Zrobiła to za namową męża, który bardzo cenił zarówno jej talent narracyjny, jak i dar obserwacji. Tom swoich wspomnień opublikowała jako Marie Sansgêne, a wybór pseudonimu z pewnością nie był przypadkowy.

Gdańskość tej książki skłania do spacerów (na zasadzie: no dobra, przeczytam jeszcze jeden rozdział i pobiegnę na miasto): na Stare Przedmieście, gdzie Marie przyszła na świat, do Głównego Miasta, gdzie pracowała, czy na Stogi, gdzie pomagała rodzinie rybaków. Są także Siedlce, gdzie mieszkam, i jakkolwiek czas w tej dzielnicy biegnie nieco wolniej niż gdzie indziej, to jednak sporo się zmieniło w porównaniu z obrazem, jaki się wyłania z opowieści służącej. Kiedy Marie idzie tam po zmroku, to naprawdę jest mroczno, ponieważ nie ma świateł, a w dodatku niebezpiecznie, bo w każdej chwili z ciemności może się wynurzyć groźny przestępca (we wspomnieniach Marie Sansgêne rzeczywiście ktoś taki się pojawia).

Marie jest sympatyczną i bystrą dziewczyną, więc z przyjemnością czytałam jej wspomnienia. Ale w pewnym momencie jej historia zaczęła mi się układać w powiązaniu z „Instrukcją dla pań sprzątających” Lucii Berlin. Inny czas, inny świat, w dodatku inna półkula, lecz pewne obserwacje są zbliżone. Gdańska służąca od czasu do czasu wpadała w kłopoty, ponieważ była zbyt inteligentna. Bohaterka opowiadania Lucii Berlin mówi o tym, jaką przeszkodą w pracy pań sprzątających jest ich wykształcenie. Państwo płacą (mało) i wymagają (dużo) – i chcą przy tym zachować poczucie własnej wyższości w stanie niezachwianym.

Przypomniało mi się jeszcze spotkanie z Joanną Kuciel-Frydryszak, autorką „Służących do wszystkiego”, i Anną Kowalczyk, która napisała „Brakującą połowę dziejów”. I tak sobie myślę, że wspomnienia gdańskiej służącej można by również czytać w perspektywie herstorycznej. Wszak historia świata to nie tylko historia generałów – to także historia tych, które piorą im kalesony, opatrują rany i szykują pieczeń na kolację. A historia życia codziennego nie sprowadza się do historii elit. Ktoś przecież musi sprzątać.

————–

Już 20 lutego Danzig w Gdańsku – we wspomnieniach ubogiej służącej – spotkanie z Januszem Mosakowskim, tłumaczem i inicjatorem serii Danzig w Gdańsku. Rozmowa poświęcona będzie książce „Wspomnienia z młodości ubogiej służącej” Marie Sansgêne (przełożył Janusz Mosakowski, wstępem opatrzył Peter Oliver Loew).

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here