Samowola pisowniana

0

Staramy się porządkować przestrzeń wokół nas, widząc jednocześnie, że chaos wdziera się na wszelkie możliwe sposoby. Banery zachęcające do poznania walorów krajobrazowych Kaszub całkowicie nam ten krajobraz przysłaniają, procedury, z których obywatel może korzystać przerastają wykwalifikowanych urzędników i prawników, wreszcie pisownia mająca być uniwersalna traktowana jest przez piszących z przymrużeniem oka.

Obecnie możemy spotkać dwie uzasadnione formy zapisu języka kaszubskiego. Standardowa istnieje od 1996 roku, a nad jej kształtem czuwa powołana wówczas Rada Języka Kaszubskiego. Druga jest dziełem Macieja Bandura, choć nawiązuje do pierwotnego zapisu Floriana Ceynowy. Jej historyczność, a także lepsze oddawanie kaszubskiej fonologii są argumentami zwolenników tej alternatywy. Są oczywiście różne mniejsze projekty, czasem wyjątkowo kuriozalne, jak na przykład zapis naszej mowy cyrylicą. W końcu czy można człowiekowi zabronić pisać jak chce?

Dyskusję o ortografii niektórzy wynoszą do poziomu ogólnonarodowej debaty na temat tożsamości – to, czy opieramy się o obcy system polskiego zapisu, czy tworzymy własny, oddający jeden do jednego naszą specyfikę jest wszakże wyrażeniem naszej wizji własnego miejsca w świecie. Ja aż tak daleko nie idę i raczej z zainteresowaniem przyglądam się wymianie argumentów, albo zwykłemu krytykowaniu drugiej strony. Moją uwagę przyciąga nie tyle inna forma zapisu, co samowola obecna niestety po dziś dzień w przestrzeni publicznej.

Wolna Amerykanka

Przyglądając się szyldom pensjonatów, kartom w restauracjach, czy radosnej twórczości firm reklamujących się w mediach społecznościowych ma się wrażenie, że w pisaniu po kaszubsku chodzi o to, by nawkładać jak najwięcej dziwnych kropek, kresek, daszków i Bóg wie czego jeszcze. Wszystko po to, by przyciągnąć wzrok turystów. Po co pisać prawidłowo “kòza”, skoro można “kłëzã”? Takie polskie “ó” z przekręconą kreseczką nie jest fajne, ale już kropeczki i wstążeczki są takie sympatyczne! Bezczelność takich wykrzywiaczy kaszubszczyzny nie zna żadnych granic. Literki nieobecne w kaszubskiej ortografii, jak ü, ö, û? Bardzo proszę, kto się kapnie? Każdy zauważy tylko, że to coś odmiennego, jakaś egzotyka. Mój kolega zwrócił kiedyś uwagę obsługi w pewnej turystycznej miejscowości na błędny zapis w menu, na co zdziwiona kelnerka odpowiedziała “to w kaszubskim są jakieś zasady”?

A Çzÿ pólskj potszebóję zåsât?

To zdanie nie wygląda dziwnie dla zagranicznego turysty, może zacznijmy w ten sposób przyciągać wzrok? Oczy bolą? No to my, Kaszubi, mamy taki ból oczu bardzo często. I ewidentnie nie chodzi tu o brak wiedzy, to zwyczajne lenistwo i chęć “egzotyzowania” nas w oczach obcych. Cała masa ludzi, organizacje, instytucje trąbią na lewo i prawo, że pomogą non-profit w przygotowaniu folderów, haseł, szyldów, czy cenników w języku kaszubskim, wystarczy jeden e-mail, jedna wiadomość na Facebooku. Ale po co, jeszcze się okaże, że w nazwie naszej firmy nie ma żadnych innych literek…

Błędy z urzędu

Powyższe błędy można wytłumaczyć zasadami rynku. Czas to pieniądz – wysłanie maila to 2 minuty stracone na czymś innym niż robieniu pieniędzy, a błędy w nazwie nie wpływają na sprzedaż. Tak działa rynek. Niepojęte są za to błędy na dwujęzycznych tablicach z nazwami miejscowości. Czãstkówó zamiast Czãstkòwò wynika, jak mniemam, z błędu drukarskiego w książce ze spisem kaszubskich nazw miejscowości. I, o zgrozo, ten błąd walący w oczy (ó nie występuje nigdy na końcu słowa, nazwa Czãstkówó brzmi komicznie) nie został na żadnym etapie procedury zlikwidowany! Ani jedna osoba tego nie zauważyła! Pytanie: kogo urzędnicy się pytali? Kto to przepuścił?!

Zdumiewające jest, że wjeżdżając do Stężycy dowiadujemy się, że jesteśmy w miejscowości “Stazeca”, a nie “Stãżëca”. Próbuję sobie wyobrazić, gdzie wystąpił błąd i wytłumaczenie jest proste – pani Grażynka, albo pan Stefan próbowali wklepać nazwę do komputera, ale nie było takich literek. Co robią? Wpisują bez nich! I tyle! Naprawdę, nie mieli jednego informatyka (bo wpisanie “kaszubska ortografia” w google i kopiowanie literek wymaga kwalifikacji…), który by pomógł, więc za nasze podatki, realizując nasze konstytucyjne prawa zrobili taką fuszerkę?

Dziwi mnie również zróżnicowanie nazw jednej miejscowości. Wjeżdżając od strony Wejherowa do Kębłowa widzę poprawny napis “Kãbłowò”. Przyjeżdżając od strony pobliskiego Luzina wjeżdżam do wsi “Käbłowò”. Mamy zatem “ä”, które nie występuje w kaszubskim w ogóle. Jak trafiło na zieloną tablicę? Pozostanie to zagadką, spróbujmy jednak odtworzyć to wydarzenie.

Po remoncie drogi, dzięki której cały ciąg jest oświetlony, trzeba było postawić tablicę na jej dawnym miejscu. Pan Romek nakazał postawienie, ale tablica zniknęła. Trzeba dać nową, lecz czujny kierownik zwraca uwagę, że nazwy były dwie. Jak tu się mówi na tę wieś? “Kãbłowò” – odpowiada pracownik z okolic. Czyli piszemy “Kambłowłe”? Nie, panie Romku, tu jakieś takie dziwne “a” było, a zamiast normalnie napisać “łe” to ci Kaszubi sobie wymyślili jakieś rąbnięte “ó” zamknięte – zarymował kolejny pracownik. Patrzcie! Tam jest tablica do Luzina! – krzyknął pomysłowy Pan Romek. Lë-zë-no – wydukał napis, literę “ë” znając jeszcze z lekcji rosyjskiego w szkole. Chyba jednak czyta się to inaczej… No, czyli jak ci Kaszubi chcą napisać coś dziwnego, to dają dwie kropki. To co, “a” z dwiema kropkami będzie dobrze? Dobra, zapisujemy i fajrant!

Minutę jazdy samochodem dalej stała sobie i stoi po dziś dzień tablica z prawidłowym zapisem.

Jak to się dzieje, że urzędnicy zapisują nazwy po swojemu i pozostają bezkarni? Czy język kaszubski znaczy dla nich tyle co dla pani, która w restauracji pyta się, czy “kaszubski ma w ogóle jakieś zasady”? Być może. Kiedyś rozmawiałem z osobą pracującą w jednym z urzędów jako osoba wyznaczona do kontaktów w języku kaszubskim. Dodam – rozmawialiśmy po polsku, bo ona “się wstydziła”. Mamy zatem swoje prawa, ale są traktowane z przymrużeniem oka. Trudno się dziwić – sami się nie dopominamy, nie korzystamy, więc nikt nie odczuwa presji. Kiedy ktoś w końcu zażąda respektowania praw, zostaje potraktowany jak dziwak, więc się wycofuje. I tu błędne koło się zamyka. Dochodzi do tego kompleks rozwijający się w przeszłości. Zgodnie z tym nic nam się nie należy, nasza kultura jest bezwartościowa, nie jesteśmy gospodarzami na własnej ziemi, a jeżeli cokolwiek dla nas zrobią to mamy być bezkrytycznie wdzięczni, choćby było to zgnite jabłko psujące owoce naszych starań – bo tym właśnie są tablice z błędami. Musimy zrozumieć jedno – dwujęzyczne nazwy miejscowości nie są łaską, którą okazał nam nasz pan. Jesteśmy u siebie, naszym językiem jest kaszubski i dlatego musi być używany również w przestrzeni publicznej – nie ma żadnej dyskusji.

“Boję się krytyki”

Interesującym paradoksem jest fakt, że urzędnicy czy biznesmeni nie boją się niczego i pozwalają sobie na pisownianą samowolę. Jednocześnie zwyczajni użytkownicy mediów społecznościowych, mimo wysokich kompetencji językowych, nie posługują się kaszubszczyzną w przestrzeni internetowej. Znajomi boją się pisać po kaszubsku na Messengerze, pomimo, że nikt przy zdrowych zmysłach nie upubliczni błędnie zapisanych słów. Nawet prywatne wpisy na Facebooku nie rażą, raczej cieszy wszystkich obecność kaszubskiego w tej sferze, a ewentualne błędy, jeżeli już, to będą wytykane w sposób taktowny. Życzyłbym sobie, aby prywatne osoby miały tyle odwagi, by pisać jak urzędnicy (ale nie zmuszeni do tego), czy biznesmeni (ale dla Kaszub, nie dla kasy). Oraz, aby piszący w przestrzeni publicznej nabrali trochę pokory i profesjonalizmu, zwłaszcza, że chodzi o zwykłe wysłanie maila z prośbą o korektę.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here