Kolejna refleksja Emila Reszczyńskiego na temat świata, który nas otacza i niepokoi.

Widz-konsument-obywatel. Słowo o kondycji człowieka powszechnego  

Gdy w 1876 r. Eduard Degas, podczas drugiej wystawy impresjonistów w galerii przy paryskiej rue Le Peletier, zdecydował, że jego Absynt ujrzy światło dzienne po raz pierwszy, mógł nie spodziewać się fali krytyki i oburzenia ze strony paryskiego komentariatu, której przyjdzie mu stawić czoła. Kolejny raz, kilkanaście lat później, w Londynie, będącym właśnie u schyłku epoki wiktoriańskiej, co nie bez znaczenia, obraz pod zmienioną nazwą „wypróbowano” po raz drugi. Anglicy jednak, podobnie, jak francuscy koledzy z Kontynentu, nie pozostawili na nim suchej nitki.

Spoglądając na dzieło Degasa spostrzeżemy kobietę z kieliszkiem tytułowego absyntu, przebywającą w asyście brodatego mężczyzny w średnim wieku, palącego fajkę. Kobietę zastygłą bez życia przy kawiarnianym stoliku, z wyrazem twarzy świadczącym o jej wielkim zobojętnieniu czy wręcz trawiącej ją anhedonii. Krytycy skojarzyli jego wymowę z rozkładem norm, zamkniętym w kawiarniano-alkoholowej przestrzeni, i z tych pozycji, pod zarzutem nihilizmu właśnie, spotkał się z największą dezaprobatą. Wydaje się, że w XIX-wiecznych realiach nieprzychylność wobec dzieła francuskiego malarza była warunkowana również przez przyziemność czy wręcz wulgarność tematyki, co wzmocnił jego alkoholowy motyw, a z czym mierzyło się całe środowisko impresjonistów. Czego jednak krytyka dostrzec nie mogła lub nie chciała, kryje się w kolejnych warstwach jego interpretacji. Pod cienką powłoką społecznego marginesu odnajdujemy bowiem zapis kondycji człowieka współczesnego, uwięzionego w świecie, w którym jego egzystencję sprowadzono do wypełniania funkcji biernego obserwatora codzienności. Człowieka pogrążonego w świecie spektatorializmu, jak określił ponury okres biernego konsumowania towarów, kultury i informacji Mark Fisher. Świecie, w którym jedynie nieliczni mają „prawo do publicznego występowania w spektaklu i przemawiania do niemej widowni”, jak z kolei wskazuje w The Society of the Spectacle Guy Debord. Człowieka biernego, ukształtowanego przez własną niemoc, przygniecionego ciężarem współczesności. Postaci na obrazie nie wykazują bowiem żadnego zainteresowania rozmową, pogrążone w melancholii (czy wręcz trawione anhedonią właśnie), obserwują przelewające się tłumy zza kawiarnianej witryny.

Wszystkie teksty Emila Reszczyńskiego w Gazecie Świętojańskiej tutaj

Niniejszy felieton poświęciłem przeobrażeniom, jakim uległa w ciągu ostatnich kilku wieków przestrzeń i kondycja zamieszkujących nią ludzi. Wszystko podług presji autentyczności, immanencji i kolejnych przeobrażeń kapitalizmu. Dotyka on zatem również skutków tych przeobrażeń w wymiarze polityki, mediów i kultury. Niniejszą analizę opieram w głównej mierze na twórczości amerykańskiego socjologa, wykładowcy prestiżowej London School of Economic, Richarda Sennetta, w szczególności jego The Fall of Public Man, książki, której lektura jest bez dwóch zdań obowiązkowa. Niemniej jednak w tekście pojawiają się również pozycje innych autorów i choć w większości zostały wprowadzone w języku angielskim, według mojej najlepszej wiedzy wszystkie z nich doczekały się polskich przekładów. Zdaje się, że to jednak Sennett najszerzej i w mojej prywatnej opinii w sposób niezwykle przenikliwy przeanalizował przyczyny i skutki tych przeobrażeń. Stąd to jego nazwisko patronuje mojej, uzupełniającej analizie. Pozorny lapsus językowy w tytule to z kolei adaptacja myśli wspomnianego Guya Debora, wybitnego francuskiego pisarza i filozofa, który zaproponował pojęcie historii powszechnej (w miejsce współczesnej), jako produktu świata, w którym upowszechnił się handel a zatarły granice, gdzie to pojęcie przestaje być li tylko intelektualną abstrakcją, zlepkiem wielu historii. Mam nadzieję, że lektura niniejszego tekstu zainspiruje jego czytelników do głębszej niż raptem kilkustronicowa analizy.  

Wracając do bierności. Zdominowała ona Absynt, jednak wraz z nastaniem XIX w. zaczęła ona definiować także człowieka w szerszym, społeczno-kulturowym kontekście. Począwszy od organizacji teatru, w którym z czasem na widownię narzucona została dyscyplina ciszy, a światła zgaszono, przez reorganizację przestrzeni publicznej, z której Haussmann, słynny twórca planu przebudowy Paryża w połowie dziewiętnastego stulecia, wyrzucał puby i wszelkie miejsca spotkań, szczególnie z dzielnic burżuazyjnych, czyniąc ją monumentalnym pustkowiem, aż wreszcie po charakter mediów ekranowych, przed którymi zasiada nie kto inny jak niemy widz. Bierność, niemoc i zanik społecznych więzi, ale również ucieczka, z którą możemy powiązać tytułowy trunek – wszystko to spotyka się w niedocenionym wówczas, profetycznym dziele francuskiego impresjonisty. Krytycy, szczególnie angielscy, po części warunkowani wciąż obowiązującym obyczajowym rygoryzmem epoki wiktoriańskiej, nie bez powodu zobaczyli w dziele Degasa obraz degeneracji. W rzeczy samej mamy z nią do czynienia. Mowa jednak o rozkładzie przestrzeni wspólnej, miejsca społecznych interakcji i handlu. Dopiero to w następstwie degeneruje człowieka. Nigdy jednak na odwrót.

Bierność „uwolniła” nas od społecznej interakcji, nakazała odwrót, wycofanie się w sferę przeżyć wewnętrznych, niepoddawanie się ocenie, niezabieganie o poważanie. Stworzyła jednostkę napędzaną ulotnym bodźcem informacji, doraźnej podniety, milczącą, a dziś także często ukrytą za grubą warstwą ironii. Jedynie z pozoru korzysta ona jednak z „wolności” do pozostania nieobecnym, do bycia częścią Samotnego tłumu Riesmana.  

Richard Sennett w sposób kompleksowy ujął destrukcyjne konsekwencje zapanowania dyscypliny ciszy, rozkładu przestrzeni publicznej i w konsekwencji społecznych więzi. Zauważył, że odrzucenie świata zewnętrznego paraliżuje naszą zdolność do działania w imię wspólnych interesów. Zatrzymajmy się jednak, aby odpowiedzieć na, z pewnością nasuwające się,  pytanie o przyczyny tej degradacji. Otóż jak wskazuje autor The Fall of Public Man, do przestrzeni publicznej wkroczyła osobowość, a emocjonalne relacje z drugim człowiekiem stały się stanem domyślnym, jej częścią, a nie areną wspólnych działań i różnorakich dzielonych aktywności. Wraz z wkroczeniem na scenę osobowości zanikła również swobodna ekspresja. Liberalizacja stosunków społecznych sprawiła, że zrzuciliśmy maski społecznych konwenansów, staliśmy się sami w sobie w każdej sytuacji, w każdym czasie. Ostatnim bastionem nieskrępowanej ekspresji pozostał zatem zawód aktora, naturalnie do niej predystynowanego, którego prestiż wzrósł w związku z tym wykładniczo na przestrzeni ostatnich trzech wieków. Nie-aktorzy natomiast stopniowo wytracali umiejętność niezobowiązującej zabawy konwencją i ekspresją w przestrzeni publicznej.

Co jednak rozumieć pod terminem osobowości w przestrzeni publicznej? Otóż przemiany społeczno-kulturowe, a w szczególności nowy świecki światopogląd, który odniósł sukces wraz z postępującą laicyzacją, doprowadziły do stopniowego zanikania bezosobowej sfery ludzkich aktywności. Wiara w porządek Natury upadła. Zanikła również pokora, z którą człowiek traktował ją przez stulecia. Kultura stała się absolutna. Od coraz większej ilości spraw zaczęto wymagać, aby stały się doświadczalne bezpośrednio, aby stały się immanentne. Ludzie zaczęli postrzegać rzeczywistość jako realną samą w sobie i, co naturalne, wyciągać z tego wnioski. W warunkach, w których każdy detal ubioru lub każdy gest zaczął być rozpoznawany w kategoriach osobowościowych, powierzchowność stała się częścią osobowości, a ludzie zaczęli się mitygować.

Dyktat bezpośredniej doświadczalności nie objął swym zasięgiem jedynie relacji jednego człowieka z drugim. Osobowość zaczęła dominować niemal każdą sferę naszych aktywności. W świecie milczącego widza, którego chorobą cywilizacyjną stała się nerwica, podobnie jak w epoce wiktoriańskiej, której kres miał go od niej wyzwolić, zostaliśmy „zniewoleni” w dużo bardziej wyrafinowany sposób. Środki służące osiągnięciu wspólnego celu zaczęły być częścią naszych osobowości, a zatem przestały być środkami, a stały się celem.

To zagadnienie istotne szczególnie w kontekście konsumpcji indywidualnej, na której opiera się dziś duża część ekonomicznego wzrostu na świecie. W momencie, w którym powierzchowność zaczęła dominować społeczną percepcję, nasza konsumpcja przestała być li tylko środkiem do zaspokojenie życiowych potrzeb i aspiracji. Produkt czy wytwór stały się częścią naszej osobowości, zaczęły nas definiować. I wydaje się, że – to w tym właśnie miejscu – odnajdujemy koło zamachowe dalszych przeobrażeń. Nie potrzeba bowiem wyjątkowej przenikliwości, aby szybko zrozumieć, jak duża przestrzeń dla komodyfikacji – urynkowienia, spieniężenia codzienności, którą skrzętnie zagospodarowano, powstała w związku z tym. W ten sposób produkty czy to na rynku fizycznych dóbr czy usług, zaczęły konkurować ze sobą nie jakością, lecz narracją, potencją, jak wskazuje Sennett. W The Culture of the New Capitalismzauważa on, że na przykład w branży samochodowej platformy najpopularniejszych marek, tj. rama, silnik, części nadwozia itd. są niemal identyczne, składane w państwach zapewniających najtańszą siłę roboczą. Dopiero lokalizacyjnie bliżej państw – rynków zbytu, nanosi się na nie ich powierzchowność, dokonuje się gold-platingu, nadając im pożądane przez konsumentów cechy „osobowościowe”. Świat, w którym klienci Forda mogli wybrać auto w każdym kolorze byleby czarnym to obraz, który od dawna nie przystaje do współczesności. Gold-plating stopniowo obejmował swym zasięgiem każdy aspekt ludzkiej aktywności – czy to samochody i ubrania, czy kulturę i informację. Niewiele już różni się od siebie co do istoty i specyfikacji, a w najlepszym razie różnice, ich natężenie, są nieproporcjonalne do różnic, które im przypisujemy (nierzadko przecież sięgając do argumentów jakościowych), a najczęściej nieproporcjonalne do ceny, rozumianej szeroko, a więc np. ceny, którą ponosi środowisko (vide branża fast-fashion). Warto w tym miejscu przytoczyć fragment The Corrosion of Character, w którymSennett wskazuje: „Można wysunąć argument, że przecież w kapitalizmie było tak od zawsze – moim zdaniem doszło jednak do pewnej zasadniczej zmiany. Gdy społeczeństwo opierało się na więzi klasowej, obojętność kapitalizmu dotyczyła jedynie kwestii materialnych. Jednak obojętność emanująca ze współczesnego systemu dotyka nas w bardziej oczywisty sposób, gdyż sama jej struktura jest mniej wyraźna, mniej czytelna (…) Sytuację, w której ludzie nie potrafili rozpoznać swojego rzeczywistego położenia, marksiści zwykli niegdyś określać mianem fałszywej świadomości. Otóż wydaje mi się, że dziś właśnie mamy do czynienia z czymś takim”. Osobowościowy dyktat w połączeniu z transformacją kapitalizmu, dopasowaną do nowych warunków, okazał się dla człowieka paraliżujący, degradując przestrzeń publiczną.

Ogromnym sprzymierzeńcem nowego status quo stały się media, czy to tradycyjne, czy dziś dominujące media internetowe, nowe media. Jak w The Fall of Public Man zauważa Sennett: „Komunikacja elektroniczna to jeden ze środków, przez które sama idea życia publicznego dobiegła kresu”.

Ich rola w tej opowieści pozostaje zatem niebagatelna. Wraz z zacumowaniem kotwicy medialno-technologicznego niszczyciela, kontakt fizyczny przestał być przecież niezbędny. W akcie komunikacji wyewoluował w stronę kontaktu przesyłowego, mobilnej bliskości na odległość. To po pierwsze. Po drugie jednak media to instrument zdecydowanie intymny, osobowościowy, w szczególności w momencie, w którym rola publiczności została sprowadzona do milczącej obserwacji przed wyświetlaczem, oglądania rzeczywistych osób o dowolnym momencie dnia i nocy, z wielu ekranów. Złożoność i wymagania jakie stawiają przed widzem tematy życiowo istotne w świecie w pewnym sensie doprowadziły do rozwoju ogłupiającej rozrywki, reorientacji kultury, ale przede wszystkim jednak wytworzenia się specyficznego postrzegania osobowości medialnych – polityków, celebrytów, dziennikarzy. Otóż zaczęli być postrzegani w kategoriach osobowościowych, co ma szczególnie destrukcyjny wpływ w obszarze polityki. Odkąd bowiem polityków czy osoby społecznie zaangażowane zaczęliśmy postrzegać przez pryzmat tego, jakimi są ludźmi – osobowościami (a raczej na jakie osobowości się kreują), a nie przez pryzmat spraw do załatwienia, tego co mogą dla nas zrobić lub co do tej pory udało im się osiągnąć. Mogą oni na przykład umieścić w medialnej przestrzeni zdjęcie zrobione w trakcie lektury naukowego kwartalnika, jednocześnie podejmując decyzję o obcięciu nakładów na naukę i co najważniejsze uda się to bez narażenia swoich wyborców na silny dysonans poznawczy. Drugi element pozostanie bowiem najczęściej zupełnie niezauważony, gdy całą uwagę widza-konsumenta zaspokoi wizerunek człowieka wykształconego, przyjaciela nauki. Gdyby czytelnik zastanawiał się nad powyższym przykładem, nadmienię tylko, że zaczerpnąłem go ze źródła aktualnych wydarzeń polskiej polityki.  

W ten sposób obywatel został dołączony jakościowo do kategorii widza-konsumenta, tworząc osobliwy triumwirat. Stało się tak, gdy polityka zaczęła mu oferować polityczny produkt, a nie zbiór wartości czy obietnicę realizacji jego interesów. Nie bez powodu na salonach zagościło celne skądinąd pojęcie post-polityki. A ponieważ wszystko zaczęło mieć głęboki psychologiczny impakt, w razie wpadki widz-konsument-obywatel zaczął domagać się osobowościowego jej wyjaśnienia. Doskonale zrozumiał to choćby Richard Nixon ze swoją słynną The Checkers speech, czyli wystąpieniem z 1952 r., w którym całkowicie odciągnął uwagę widzów od zarzutów nielegalnego finansowania kampanii, skupiając ją na własnych motywach i osobistej „autentyczności”, wykorzystując ku temu m.in. cockera spaniela imieniem Checkers, pupila swoich dzieci.  

Checkers Speech (full version)

Obywatel zlał się z konsumentem w tym również sensie, że polityką przestała rządzić jej złożoność, a polityk zaczął przejmować cechy rasowego marketingowca, bezwzględnie wciskającego swój produkt. Reklamę produktu z kolei cechuje niski poziom skomplikowania, ponieważ prostota to cecha, która przynosi jej sukces w dobie nieograniczonej, przekraczającej nasze możliwości kognitywne konsumpcji rozrywki i informacji. Zbyt złożona mogłaby wywołać niemałą konfuzję wśród jej konsumentów-obywateli. Przede wszystkim jednak mogłaby ich znudzić i odciągnąć uwagę – najcenniejszy zasób. Polityk sprzedający się jako produkt to polityk sprzedający swoją osobowość, a nie swoje wizje. To polityk masowy w tym sensie, że świadomie rezygnuje z całej złożoności swojej profesji na rzecz transformacji w żywą reklamę swojego politycznego Ja. Zdobywa swoje cele niczym kolejne punkty na karcie lojalnościowej, przy minimalnym wysiłku, będąc całkowicie wtórnym wobec zastanej rzeczywistości, wymieniając następnie owe punkty na błysk medialnego zgiełku i synekury. Passus Andrew Breitbarta: „Politics is downstream of culture” okazuje się przy tej okazji wyjątkowo trafny. Pamiętać należy jednak, że poza łatwą „obsługą”, jest to również przyczynek do ukrycia pod maską osobowości całej gamy realności, materializującej się w zaciszu rządowych gabinetów, gdy tylko powierzchowność kandydata przekona nas, konsumentów-obywateli bardziej niż powierzchowność jego konkurenta. Ten drugi najwidoczniej gorzej nas stargetował. Prawdziwa polityka ukrywa się dziś zatem za przyłbicą medialnej deformacji.

Kultura, tu rozumiana dla odmiany nieco węziej, odpowiedziała na wykreowane uprzednio potrzeby, zdając sobie sprawę, że po najniższej linii oporu nie zawsze musi oznaczać z najgorszym efektem, przynajmniej w kontekście efektu odbioru i wyników sprzedaży. Wspomniany na początku Mark Fisher to autor, który w Capitalist Realism: Is There No Alternative? w sposób niezwykle celny przyłożył tę diagnozę do tego, co nazwalibyśmy wytworami ludzkiego wyrafinowania. Staliśmy się pod tym względem wtórni bez precedensu. Zdominował nas remake, remix, spin-off oparte na kasowych klasykach. Powitajmy je w kolejnej już, „nowej”, kasowej odsłonie.

Na koniec oddajmy jeszcze głos Theodorowi Adorno, który w swoim słynnym tekście On popular music, analizuje konsekwencje poczynionej standaryzacji i repetytywnego charakteru kultury: „Monopolizacja i kontrola w naszej kulturze ukrywają się w samych swoich przejawach. Gdyby były jawne, mogłyby wywołać opór. Z tego też względu trzeba podtrzymywać złudzenia, choć w pewnym stopniu też rzeczywistość indywidualnych osiągnięć. Ich podtrzymywanie jest ugruntowane w rzeczywistości materialnej, i choć administracyjna kontrola nad procesami życiowymi jest skoncentrowana, to sekretem pozostaje wciąż to, kto ją sprawuje”.  

Theodor Adorno on Popular Music and Protest

Uznajemy zatem nierzadko za stan natury, a przynajmniej naturalną konsekwencję rozwoju kultury, nowe,  zatomizowane, pogrążone w niemocy, skoncentrowane na wzajemnym odbiorze osobowościowym, a więc interpretacji własnej powierzchowności, fragmenty, które przestały dostrzegać własną niezupełność. Społeczeństwa, które uśpione pozornym dobrobytem i poszanowaniem indywidualności jej członków, nie dostrzegają powagi sytuacji, widząc progres tam, gdzie coraz śmielej poczyna sobie regres. Ludzi konsumujących na podstawie wyobrażeń o własnym Ja. Najwidoczniej  ulegającym od lat stałej dewaluacji.

­­­

Poprzedni artykułPortret rodziny w busie, czyli rodzina jak maszyna
Emil Reszczyński
Zaangażowany społecznie, dwudziestokilkuletni prawnik, absolwent Uniwersytetu Gdańskiego, radny dzielnicy Gdynia Chylonia. Chętnie podejmuje problemy dotyczące jego grupy wiekowej i nierzadko próbuje skonfrontować z nimi pokolenie swoich rodziców oraz dziadków. Hołduje zasadzie: "Myśl globalnie, działaj lokalnie". Prywatnie miłośnik polskiej sceny rockowej i kwaśnej kawy.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj