Filozof, filolog klasyczny, wszechstronny erudyta, lecz także ironista, szyderca i mizantrop, dziś znany jest chyba głównie z niezliczonych memów krążących po sieci. Dużo większym zainteresowaniem czytelników cieszą się gdańskie wspomnienia jego matki, Johanny Schopenhauer. Nie ujmując niczego tym ostatnim (sama chętnie do nich sięgam), myślę, że warto czasem poczytać Schopenhauera.

Samotność Schopenhauera

Kiedy idę do Biblioteki pod Żółwiem, mijam kamienicę przy ulicy Świętego Ducha 47 – w tym domu 22 lutego 1788 roku przyszedł na świat Arthur Schopenhauer. Liczył sobie zaledwie pięć lat, gdy jego rodzice opuścili Gdańsk, zajęty przez Prusy, i wyemigrowali do Hamburga. Mimo to przedstawiał się zawsze jako gdańszczanin o holenderskich korzeniach.

Miał zostać kupcem, lecz jego losy potoczyły się inaczej. Studiował w Getyndze, Berlinie i Jenie, zdobywał kolejne stopnie naukowe, dużo podróżował po Europie, a wiódł przy tym żywot bon vivanta. Jego dzieło Świat jako wola i wyobrażenie zwróciło uwagę innych niemieckich filozofów, co zapewniło mu stanowisko docenta na Uniwersytecie w Berlinie. Wschodząca gwiazda Hegla przywiodła jednak ciemne chmury na niebo Schopenhauera – zwolennicy tego pierwszego bojkotowali jego wykłady i w końcu go zmusili, żeby definitywnie wyjechał z Berlina.

Próbuję to sobie wyobrazić. Co czuje człowiek, który zamiast grona zainteresowanych słuchaczy widzi przed sobą tłum niechętnych mu ludzi? I słyszy, jak buczą i tupią, wszelkimi sposobami dając mu do zrozumienia: nie chcemy cię tu?

Zaczął się dlań etap samotnego życia, z dala od ludzi, po których nie oczekiwał już niczego dobrego. Miłość Schopenhauera budziły tylko zwierzęta, zwłaszcza psy. Ukochaną pudlicę nazwał Atmą, „duszą świata”.

Filozof, filolog klasyczny, wszechstronny erudyta, lecz także ironista, szyderca i mizantrop, dziś znany jest chyba głównie z niezliczonych memów krążących po sieci. Dużo większym zainteresowaniem czytelników cieszą się gdańskie wspomnienia jego matki, Johanny Schopenhauer. Nie ujmując niczego tym ostatnim (sama chętnie do nich sięgam), myślę, że warto czasem poczytać Schopenhauera.

Tak, jego dzieła są przesycone pesymizmem, w dodatku niełatwe, a na domiar złego trzeba się w lekturze posiłkować przypisami, bo Schopenhauer miał paskudny zwyczaj cytowania Greków w oryginale, a jeśli nawet tłumaczył, to złośliwie, z greki na łacinę.

Tak, wolał zwierzęta niż ludzi, ale czy można mu z tego czynić zarzut?

Tak, zwracał uwagę na ślepy popęd istnienia, wolę, źródło naszych cierpień, a o dziejach ludzkości zwykł mówić: Semper eadem, sed aliter („zawsze to samo, ale inaczej”).

Dodawał także: „Samodzielnie myśleć potrafi bardzo niewielu, ale poglądy pragną mieć wszyscy”.

Można jednak spojrzeć na Schopenhauera ze szczyptą empatii. Tą szczyptą, która zawiera w sobie decentrację, czyli umiejętność patrzenia z cudzej perspektywy. Może łatwiej będzie wówczas pojąć jego rozczarowanie człowiekiem? I może właśnie empatia pozwoli nam odkryć jego filozofię na nowo?

Początkowo Schopenhauer podążał drogą Kanta i jego teorii poznania. Zobaczmy jednak, co się dzieje, gdy filozof zaczyna ulegać wpływom buddyzmu. Dochodzi wówczas do wniosku, iż jedyną rzeczą, do której mamy bezpośredni dostęp, jest nasze wnętrze: nasze wewnętrzne doznania i emocje, wola, posłuszna najbardziej pierwotnym popędom, która każe nam zmierzać w określonym kierunku, nawet gdyby miało to nas wieść do zguby. W sukurs idzie nam wtedy rozum (nie tak czysty, jak ten w Krytyce Kanta, i nie do końca taki, jak u Kartezjusza, ale mimo wszystko racjonalny). To dzięki niemu możemy zagłębić się w siebie, przeanalizować swoje popędy, zapanować nad nimi, a w rezultacie – przekroczyć siebie, przekroczyć swoją wolę.

Myśl Schopenhauera podchwycił Nietzsche w swojej woluntarystycznej teorii poznania; z ukutej przezeń koncepcji fenomenu rozwinęła się fenomenologia; pomysł zagłębiania się w siebie i studiowania własnych popędów stał się podstawą psychoanalizy; ideę przekraczania siebie zaś przejęli egzystencjaliści, też pełni lęków i bólu istnienia.

Modernistyczni poeci z filozofii Schopenhauera czerpali smutek pełną garścią. Zapewne dlatego często bywa on postrzegany jako prorok dekadencji. Obraz starego marudy, który każdemu ma coś za złe, jest jednak mocno uproszczony i niesprawiedliwy.

Ciągły niepokój, niedosyt, niezadowolenie, poczucie klęski i beznadziei, obezwładniający lęk przed śmiercią i to niemiłe wrażenie, że jesteśmy więźniami samych siebie, krępowanymi przez fatalistyczne więzy popędów, woli czy czego tam jeszcze… Brzmi znajomo? Ależ tak, Thomas Bernhard i Michel Houellebecq też czytywali Świat jako wolę i wyobrażenie.

Zatrzymam się jednak przy idei przekraczania siebie. A gdyby tak poprosić swoje Ego: „Kochanie, przesuń się na chwilę, bo trochę przysłaniasz mi świat”? Może się wówczas okazać, że spora część naszych wyobrażeń o świecie jest tylko złudzeniem.

Wedle Schopenhauera inną ścieżkę wybiera mędrzec, artysta czy święty – takim ludziom udaje się przezwyciężyć ową ślepą wolę, która skazuje nas na rutynę codzienności i zaspokajania pospolitych potrzeb, nawet jeśli ubieramy je w piękne i niepospolite słowa.

Oczywiście, każdy z nas czuje głód i pragnienie, nieobca jest nam również chęć posiadania i żądza władzy. Ale w każdym z nas kryje się także iskra, tajemniczy pierwiastek tworzenia i działania dla innych, nawet gdy z pozoru niczemu to nie służy, bo nie mieści się zupełnie w kategoriach popytu i podaży.

Jakkolwiek Schopenhauer przyjął jarzmo samotności, wydaje mi się (przynajmniej chwilami), że można próbować, można przekraczać siebie wciąż na nowo, by choć odrobinę oswoić świat. I siebie też.

Dom rodzinny Schopenhauera (Świętego Ducha 47) https://pl.wikipedia.org/wiki/Arthur_Schopenhauer

Kamienica Pod Żółwiem (Wikipedia) https://pl.wikipedia.org/wiki/Dom_%E2%80%9EPod_%C5%BB%C3%B3%C5%82wiem%E2%80%9D

Kamienica Pod Żółwiem (Strefa Prestiżu) https://www.facebook.com/GdanskStrefa/photos/a.608321099226985/2718204938238580/?type=3&theater

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here