Felieton na Międzynarodowy Dzień Języka Ojczystego z rozwinięciami internacjonalnymi.

Pojawiło się niedawno pytanie, czy istnieje żeński odpowiednik słowa „głupiec”. Cóż, słowniki takiej formy nie odnotowują, ale nic nie stoi na przeszkodzie, żeby się zastanowić nad jej ewentualnym kształtem. Głupcowa? Raczej nie, bo sufiks „-owa” ma wyraźnie dzierżawczy charakter – głupcowa to  żona głupca. Może zatem głupczyni? Hm, też chyba nie. Można jeszcze rozważyć głupczycę, lecz nie sądzę, by którekolwiek z tych słów trafiło do powszechnego obiegu.

Podobny kłopot jest z mędrcem – on również nie ma feminatywu. Co prawda istnieje wiedźma, czyli ta, która wie, ale przez wieki ubierano ją w przyodziewek niecnych i złowrogich znaczeń. Nie zmienił tego wiedźmin, który przecież nie budzi niedobrych skojarzeń – czyżby dlatego, że jest mężczyzną i z tej racji ma prawo wiedzieć?

Czy brak żeńskich głupców i mędrców wiąże się z długotrwałą nieobecnością kobiet w sferze publicznej i odebraniem im głosu? Niewykluczone. Wedle słów Ksenofonta: „Bóstwo od samego początku przystosowało naturę kobiety do prac i obowiązków domowych, naturę mężczyzny zaś – do prac i obowiązków poza domem”. Podobnego zdania byli starożytni stoicy, a podążający ich śladem ojcowie Kościoła, pilni czytelnicy pogańskich filozofów, umieścili taki właśnie podział ról w planie Bożym. Kobiece podporządkowanie przypieczętował renesans wraz z odrodzeniem prawa rzymskiego.

Kobiety na ogół nie brały też udziału w wojnie – chyba że biernie, jako jej ofiary – nie były więc szpiegami ani wrogami (choć Katarzyna Kłosińska, obecna przewodnicząca Rady Języka Polskiego, żartowała niegdyś ze szpieżki i wróżki). Można by sądzić, że przypisywana im opiekuńczość całkowicie pozbawiła je agresji. Czy aby na pewno? Przecież bez trudu da się utworzyć napastniczkę, morderczynię, czy nawet gwałcicielkę, a wojowniczki, rebeliantki, buntowniczki i rewolucjonistki już dawno zadomowiły się w języku.

Przyczyny asymetrii pośród form męskich i żeńskich są przedmiotem wielu dysput i równie licznych spekulacji. Każdy argument można tu obalić kontrargumentem, niezależnie od tego, czy zacietrzewieni adwersarze będą się powoływać na świętość tradycji (notabene dość zróżnicowanej), czy na konieczność walki z patriarchatem.

Spór o „gościnię” budzi moje zakłopotanie – skoro nikomu nie przeszkadza gospodarz i gospodyni, to dlaczego nie może być męskiego gościa i żeńskiej gościni?

A polityczka? Że nieładnie brzmi, że jakoby czkawkę wywołuje? Wszak tą samą czkawką kończy się histeryczka, sklerotyczka czy alkoholiczka (ale też neutralna współpracowniczka). Może to więc tylko kwestia osłuchania?

Oczywiście, jeśli ktoś takich form bardzo nie lubi, to może używać tych, do których się przyzwyczaił – i które w dalszym ciągu są poprawne (przynajmniej pod względem językowym).

Warto tutaj przypomnieć oświadczenie Rady Języka Polskiego z 25 listopada 2019 roku:

„Rada Języka Polskiego przy Prezydium PAN uznaje, że w polszczyźnie potrzebna jest większa, możliwie pełna symetria nazw osobowych męskich i żeńskich w zasobie słownictwa. Stosowanie feminatywów w wypowiedziach, na przykład przemienne powtarzanie rzeczowników żeńskich i męskich (Polki i Polacy), jest znakiem tego, że mówiący czują potrzebę zwiększenia widoczności kobiet w języku i tekstach”.

To, że Rada dostrzega i uznaje potrzebę mówiących, nie oznacza, że coś nakazuje. Językoznawcy obserwują i opisują zjawiska językowe – i na tej podstawie opierają swoje zalecenia. I jakkolwiek nie stronią od ocen (jeszcze parę lat temu z wyraźną dezaprobatą spoglądali na „ministrę”), to niczego nie narzucają. Język bowiem jest naszym wspólnym dobrem – wszyscy go używamy i wszyscy go tworzymy.

Każdy użytkownik jednak powinien zachować szczyptę zdrowego rozsądku. Przedmiotów zwykle używamy zgodnie z ich przeznaczeniem i nawet jeśli szukamy nietypowych zastosowań, to zazwyczaj dostrzegamy ich ograniczenia (chyba że aspirujemy do grona laureatów Nagrody Darwina). Systemy językowe są żywe, otwarte, a tym samym podatne na zmiany. Rządzą się swoimi regułami i lekce sobie ważą to, że powinny zachowywać się tak, a nie inaczej. I nie zawsze pozwalają nam utrzymać symetrię.

W polszczyźnie tworzenie feminatywów jest możliwe, ale czasem nastręcza trudności. Poruszamy się bowiem w dziedzinie słowotwórstwa, a nie fleksji (odmiany wyrazów). Żeńską końcówkę rodzajową z łatwością można dopisać do czasownika czy przymiotnika, rzeczownik natomiast nie odmienia się przez rodzaje, lecz ma rodzaj przypisany. Dotyczy to każdej istoty, przedmiotu czy zjawiska, które dany rzeczownik nazywa. Z tym, że rodzaj gramatyczny to nie to samo, co płeć. Księżyc nie jest mężczyzną, geometria nie jest kobietą, nijakie radio nie osiągnie dojrzałości płciowej. A jeśli chodzi o ludzi, to nikt chyba nie domaga się symetrii w wypadku takich wyrazów, jak osoba czy postać. Nikt również nie zgłasza braku żeńskiej formy straceńca czy pechowca.

Pośród nas są zwolennicy różnych ideologii, którzy nie bacząc na urodę języka, dążą do tego, by kształtować go podług własnych pomysłów, choćby i niefortunnych, ale jakże słusznych z ich punktu widzenia.

Jestem redaktorką, lecz równie dobrze mogę być panią redaktor. Moje uczucia estetyczne cierpią jednak dotkliwie, gdy ktoś nazywa mnie „redaktorem/-ką”. Nie potrafię w tym dostrzec ani symetrii, ani szacunku. Męska forma, szast-prast, ukośnik, sufiks, końcówka. Litości! Jeśli ktoś naprawdę chce zadbać o moją widoczność w przestrzeni językowej, to powinien używać odnoszącego się do mnie wyrazu w pełnym brzmieniu. I mogę przysiąc, że jestem pełnym człowiekiem, a nie chodzącą cząstką morfologiczną, taką jak sufiks czy końcówka fleksyjna.

Dyskusyjny jest także założony cel tych zabiegów – czy większa frekwencja feminatywów rzeczywiście wpłynie na wskaźnik równości płci? I czy będzie to wpływ pożądany? Niestety, wcale nie jest to oczywiste.

Astghik Mavisakalyan, Gender in Language and Gender in Employment

Niezależnie od tego, jak szczytne są obrane cele, nie mam w sobie zgody na podporządkowanie języka ideologii – jakiejkolwiek. George Orwell w „1984” pisał o nowomowie (newspeak), która stała się narzędziem totalitaryzmu. Nowomowę po polsku, podległą doktrynie komunistycznej, znakomicie przedstawił Michał Głowiński. Doceniam więc dobre intencje, ale równie ważne są dla mnie konsekwencje podejmowanych działań.

A język? Cóż, nadal żyje i jak wszystko, co żywe, ulega zmianom. Powstał, gdy ludzie zaczęli łączyć się w grupy, i będzie trwał tak długo, jak długo zechcą być wspólnotą. Czasem ugina się pod presją, bywa narzędziem opresji i przemocy, ale to dzięki niemu możemy odrobinę poznać myśli i uczucia innych, tych, którzy są tuż obok, i tych sprzed stuleci. Posługujemy się nim, to prawda, lecz to nie znaczy, że jest naszym sługą.

Przyglądam mu się codziennie i co dzień mnie zaskakuje bogactwem znaczeń i możliwości. I choć nie zawsze w pełni opisuje świat, który mnie otacza, choć bywa źródłem nieporozumień i kłótni, pozostaje mój – jestem w nim u siebie, podobnie jak inni użytkownicy polszczyzny. I wszyscy mamy do niej równe prawa (i równe wobec niej obowiązki).

PS. Sama używam feminatywów, czasami nawet je tworzę. Uważam jednak, że zawstydzanie innych z powodu rzekomo niepoprawnych form (nierzadko agresywne) jest naruszaniem dobra wspólnoty językowej. Mogą więc Państwo zwać mnie głupczycą, bądź też kobietą głupcem – wedle swej woli i upodobań.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here