Trwa polemika nt. Aleksandra Labudy. Na artykuł Mateùsza Tirsa Meyera „Wyrwać Kaszubów z objęć Strzëgi” odpowiedział Stanisław Janke (W sprawie Aleksandra Labudy). Dzisiaj Meyer odpowiada Jankemu – czy będzie to ostatni głos w tej sprawie?

            „Proszę o mobilizację, o wsparcie, musimy zwyciężyć! Zwyciężymy!” – to słowa apelu skierowanego do obywateli przez Andrzeja Dudę podczas kampanii wyborczej, którą żyliśmy jeszcze kilka tygodni temu. Podobnych haseł nie brakowało na wiecach Rafała Trzaskowskiego, gdzie gromadzący się zwolennicy skandowali: „Zwyciężymy! Zwyciężymy!” Język, którym posługiwali się obaj kandydaci i ich zwolennicy w czasie przedwyborczych zmagań, sprawiał, że sam czas kampanii kojarzyć się mógł z działaniami wojennymi.

            Co stałoby się, gdyby w tym pełnym napięcia i podziałów czasie dyrektor małej szkoły na środkowych Kaszubach powiedział publicznie: „Andrzej Duda jest głupi jak but i dlatego musi przegrać wybory!”? Gdyby ktoś złożył w tej sprawie zawiadomienie do prokuratury? Gdyby dyrektorowi groziły 3 lata więzienia za obrazę majestatu głowy państwa? Co zrobiłby ów dyrektor, gdyby znajomy członek PiS poradził mu, by szukać ratunku w szeregach partii? A gdyby dodać do tego aresztowanie rodziny i narażanie ich na śmierć?

            Śledząc toczącą się od dwóch tygodni dyskusję wokół przeszłości Aleksandra Labudy mam wrażenie, że osoby krytykujący tę postać niezbyt krytycznie podchodzą do wydarzeń, które miały miejsce na początku 1941 roku w Mirachowie, o czym pisałem w poprzednim artykule. Stanisław Janke w odpowiedzi na ten artykuł wyraził się w następujący sposób: „(…) osoba, która ma być patronem placówki kulturalnej, wzorem do naśladowania dla dzieci i młodzieży, powinna być tak jak żona Cezara, czyli wolna od wszelkich podejrzeń”. Czy jest na świecie choć jedna taka osoba, która mogłaby spełnić ten warunek? W mojej ocenie wybór, przed którym stanął Labuda, wstępować do armii, czy narażać siebie i rodzinę na obóz, był wielkim dramatem, który później dzieliły tysiące Kaszubów, Ślązaków i mieszkańców innych ziem Europy wcielonych do Rzeszy. Dramatem, z którym Labuda poradził sobie najlepiej, jak tylko mógł – o czym świadczy to, że w czasie wojny nie musiał do nikogo strzelać i wykorzystał służbę w magazynach zbrojeniowych do wspierania partyzantów na południu Europy. Jeden z internautów napisał: „Labuda nie musi być jak żona Cezara. Dla mnie to raczej gladiator: rzucony przez los na środek Koloseum robił wszystko, by nie dać się zabić”. Do dyskusji włączyli się także sportowcy Kaszubskiej Ligi Bùczczi, organizując protest i akcję wizualnego sprzeciwu wobec obrażaniu Labudy w internecie. Powstał także pomysł, by powołać Komitet Pomnika Kaszubów w Wehrmachcie, upamiętniającego ofiary II Wojny Światowej wśród Kaszubów.

            Głównym zarzutem Stanisława Jankego wobec Labudy jest to, że wstąpił on do Wehrmachtu na ochotnika, a nie z poboru, który obowiązywał w późniejszym etapie wojny. Wydaje mi się jednak, że jest znacząca różnica między „ochotniczym” wstąpieniem do wojska Labudy szukającego tam ratunku przed gestapo za obrazę Hitlera, a ochotniczym wstępowaniem do armii innych Kaszubów, wierzących w nazistowską ideologię, do których nie bardzo lubimy się przyznawać, albo chcemy o nich w naszej opowieści historycznej całkowicie zapomnieć. Pozwolę sobie tu jako przykład przywołać pochodzących z kaszubskich rodów szlacheckich: Ericha von dem Bacha-Zelewskiego i Ericha von Mansteina (Lewińskiego). Oczywiście, można twierdzić, że obaj pochodzili z rodzin zgermanizowanych i przez to nie byli Kaszubami, ale zgodnie z taką logiką spośród grona Kaszubów należałoby wówczas wykluczyć także tych, którzy dali się spolonizować, przykładowo krytycznie podchodzącego do języka kaszubskiego Józefa Wybickiego. Mamy jednak tendencję, jako Kaszubi, do wykluczania tych członków naszego narodu, którzy związali się z „żywiołem” innych państw, niż to, w granicach którego w danym czasie się znajdujemy. Ba, nawet zależnie od aktualnego obozu rządzącego promujemy tych, którym bliżej do haseł i idei głoszonych przez władzę. Chciałbym, aby było inaczej, byśmy zaczęli patrzeć na naszą historię z kaszubskiego punktu widzenia, kierując się kaszubską racją stanu.

            Doskonałym wzorem może być dla nas praktyka włodarzy naszej stolicy – Gdańska, wobec złożonej historii tego miasta, gdzie niemal wszędzie podkreśla się jego wielokulturowość i otwartość. Przykładem niech będzie postać Güntera Grassa, do którego działacze kaszubscy przed 2006 rokiem (gdy Grass zrobił swoisty coming out związany z ochotniczym wstąpieniem do armii i służbą w SS) lubili się przyznawać, mówiąc o nim, że jest kaszubskim noblistą. Później z ust tych samych działaczy można było usłyszeć, że Grass to tak do końca nie był Kaszubą, co oczywiście nie jest prawdą. Grass swoją służbę w SS tłumaczył młodzieńczym buntem wobec rodziców. Będąc moralistą swoim wyznaniem wywołał liczne kontrowersje, m. in.: Lech Wałęsa domagał się cofnięcia Grassowi honorowego obywatelstwa Gdańska. Włodarze jednak wykazali się zrozumieniem dla pisarza, nie doszukując się w nim „żony Cezara” i pokazując pełną akceptację przeszłości swego miasta, by w kolejnych latach poświęcić jego imieniu dwie Galerie (2009 i 2016), rondo (2016) i postawić mu pomnik na tzw. ławeczce Grassa (2015). Z historii Grassa, który był ochotnikiem SS, nie zrobiono sprawy politycznej, tak jak próbuje się w zrobić z historią Labudy – zmuszonego przez los by wstąpić do Wehrmachtu. Jakże aktualne wobec tych dwóch są słowa z „Blaszanego bębenka”: „Kaszubów nie można przenieść nigdzie, oni zawsze muszą być tutaj i nadstawiać głowy, żeby inni mogli uderzyć, bo my za mało polscy jesteśmy i za mało niemieccy, bo jak ktoś jest Kaszubą, nie wystarcza to ani Niemcom, ani Polakom”.

            Gdy przygotowywałem poprzedni artykuł, postanowiłem prześledzić historię patronatu Labudy nad Biblioteką w Bolszewie. Pomysł taki narodził się w głowie Janiny Borchmann, dyrektorki placówki w latach 1990-2016, która na początku swej kadencji wzorem innych bibliotek na Kaszubach postanowiła ubiegać się o nadanie patronatu kierowanej przez nią instytucji. Zgodnie z ówczesnym regulaminem WiMBP w Gdańsku, placówka nie mogła obrać za patrona kogoś, kto patronował już innej bibliotece w Województwie. Sprawę postanowiono rozstrzygnąć, organizując plebiscyt wśród czytelników i czytelniczek gościcińskiej biblioteki. Do konkursu wytypowano 10 kandydatów związanych z kaszubską literaturą, wśród nich m. in.: Jana Trepczyka, Jana Karnowskiego i Aleksandra Labudę. Najwięcej głosów oddano na Trepczyka, jednak rodzina méstra Jana nie wyraziła zgody na nadanie tego patronatu placówce. Drugie miejsce przypadło Labudzie, na co przystały jego córki oraz ówczesna Rada Gminy, ogłaszając jego patronat przy okazji 35-lecia istnienia placówki w 1995 roku. Przez nieco ponad 20 kolejnych lat biblioteka wydawała dorobek literacki autora, organizowała warsztaty plastyczne inspirowane jego twórczością oraz liczne konferencje naukowe, dotyczące kultury i języka Kaszubów. Nie brakowało także konkursów literackich w języku kaszubskim. W 2016 roku, po przejściu p. Borchmann na emeryturę, placówkę połączono z Gminnym Ośrodkiem Kultury w nową instytucję – Bibliotekę i Centrum Kultury Gminy Wejherowo, porzucając dotychczasowe imię patrona biblioteki. Instytucję ulokowano w nowym budynku w Bolszewie, który dawał nadzieję społeczności kaszubskiej na piękną i nowoczesną przestrzeń mającą służyć rozwojowi naszej kultury. Po czterech latach od konsolidacji stwierdzić muszę z przykrością, że nie tylko porzucono kaszubskiego patrona, ale także bardzo ważne inicjatywy podejmowane wcześniej na rzecz kaszubskiej kultury w tej placówce: konferencje naukowe, plenery, czy konkursy. Z planem działań na 2020 rok można zapoznać się tutaj. Niestety, brak tu jakiejkolwiek kaszubskiej inicjatywy, zamiast tego pojawiają się „uroczystości patriotyczne”, a z trzydniowych Dni Kaszubskich organizowanych od lat w okolicy 19 marca (Dzień Jedności Kaszubów) zrobiono Dzień Wagarowicza. Z prześledzonego przeze mnie archiwum wynika, że jedno z ostatnich wydarzeń poświęconych kaszubskiej kulturze zorganizowano w bibliotece 18 marca 2016 roku, była to konferencja pt.: „Stanisław Janke – życie, aktywność społeczna i dorobek literacki. W 60-lecie urodzin”. Patrząc na to z perspektywy kilku lat, wydaje mi się, że patronat Labudy to symbol stagnacji, podziału i porzucenia Kaszubów. Symbol, który sprawia, że jest mi przykro, lecz mam nadzieję, że będzie symbolem mobilizacji, zjednoczenia i większej obecności Kaszubów w przestrzeni publicznej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj