Wyrwać Kaszubów z objęć Strzëgi

Mateùsz Titës Meyer

Gdy 23 listopada 2016 roku radni gminy wiejskiej Wejherowo podjęli uchwałę o połączeniu dwóch samorządowych instytucji kultury: Gminnego Ośrodka Kultury w Gościcinie i Biblioteki Publicznej Gminy Wejherowo w Bolszewie nie spodziewałem się, że przez kilka kolejnych lat jednym z problemów trapiących miejscowych włodarzy będzie przeszłość dotychczasowego patrona Biblioteki – kaszubskiego pisarza i działacza, Aleksandra Labudy. Niestety, dziś widmo Kaszubów służących w Wehrmachcie znów roztacza swe ramiona nad nami, niczym kaszubski demon epidemii i zarazy, Strzëga, którego sami wywołujemy głosami radnych chcących pogonić Labudę z gminy Wejherowo na dobre, by zastąpić go… Żeromskim.

            Aleksander Labuda (1902-1981) był nauczycielem, pisarzem i działaczem społecznym. Od 1929 roku głośno domagał się uznania języka kaszubskiego i narodu kaszubskiego, a do tego krytykował władzę za obsadzanie stanowisk państwowych na Kaszubach osobami ze wschodu i dyskryminowanie Kaszubów, za co został karnie przeniesiony jako nauczyciel z Kaszub w okolice Torunia, a tuż przed II Wojną Światową spędził dwa lata w areszcie. Z tych samych powodów po wojnie UB i SB obrało sobie Labudę za główny cel dwóch akcji: „Mafia” i „Działacze”, które doprowadziły do wewnętrznego rozbicia Zrzeszenia Kaszubskiego i wydalenia Labudy z założonej przez niego organizacji za rzekomą współpracę z Niemcami i separatyzm.

            Jako pisarz zasłynął m. in. z cyklu kaszubskich felietonów „Gùczów Mack gôdô”

Inspiracje malarskie felietonami Aleksandra Labudy GÙCZÓW MACK GÔDÔ

oraz z przyczynku do mitologii kaszubskiej: „Bògòwie i dëchë naj przodków”, w którym opisał mitologiczne i demoniczne postacie z dawnych wierzeń kaszubskich. Dzieło to było inspiracją dla radnych gminy Linia (gdzie Labuda spędził znaczną część życia i  jest pochowany), którzy 10 lat temu utworzyli szlak turystyczny „Poczuj kaszubskiego ducha”, koncentrujący się wokół 13 rzeźb wybranych duchów opisanych w ww. książce. O szlaku tym, za sprawą wiernych parafii Rozłazino, dosyć głośno było tuż przed wybuchem epidemii koronawirusa w Polsce – miejscowi doszukują się w rzeźbach przyczyny wszelkiego zła w ich rodzinach i relacjach sąsiedzkich, domagając się od Urzędu Gminy likwidacji szlaku. Sprawa nie jest jeszcze rozwiązana. (Pisał o tym u nas Adóm Hébel w artykule Walka z drewnem – przyp. Red.)

            Z Labudą problem mają też radni Gminy Wejherowo, ale nie tyle z jego twórczością, co z życiem prywatnym. Główny problem dotyczy czasów II Wojny Światowej i jego służby w Wehrmachcie. Zresztą nie on jeden spośród Kaszubów służył w tej armii, że wspomnę tu „aferę” sprzed kilku lat związaną z „dziadkiem z Wehrmachtu” Donalda Tuska. Niemal każdy na Kaszubach ma w rodzinie kogoś, kto nosił mundur wojsk III Rzeszy. I chyba dziś nikogo to już nie dziwi, bo w wielu przypadkach była to konieczność i jedyna alternatywa, by ocalić bliskich przed rozstrzelaniem, czy też osadzeniem w obozie w Sztutowie. W pierwszej chwili można by więc pomyśleć, że w Wejherowie próbuje się dziś przekreślić naszą przeszłość, a z naszej historii zrobić powód do wstydu i hańby. W miejsce Kaszuby z Wehrmachtu postawić Polaka (Żeromskiego),  kojarzonego ze 100-leciem odzyskania Niepodległości.

Maciej Tamkun, Strzëga

            Tymczasem Labuda wstąpił do Wehrmachtu na ochotnika, co wzbudza kontrowersje, a to świadczy wyłącznie o braku znajomości jego historii m. in. wśród radnych Gminy Wejherowo. Zanim te osoby zdecydują o „być albo nie być” ducha Labudy w murach Gminnej Biblioteki, mam nadzieję, że sięgną do przygotowanego przeze mnie „Życiorysu Aleksandra Labudy”, dołączonego do tego artykułu. Państwa też zachęcam do lektury.

            Wróćmy jednak do Labudy w Wehrmachcie. 1 września 1939 r. Labuda zastał wojnę w swojej rodzinnej miejscowości, Stryszej Budzie (gm. Kartuzy). Z pewnością pomagał rodzinie w żniwach, ojciec miał spore gospodarstwo. W domu mówiono wyłącznie po kaszubsku, sprawy urzędowe załatwiano w języku niemieckim, ten sam język towarzyszył mu podczas nauki w 7-oddziałowej, niemieckiej, katolickiej szkole, a języka polskiego Aleks zaczął uczyć się dopiero mając 16 lat. Tuż po wybuchu wojny Labuda udał się do Podgórza (dzielnica Torunia), gdzie był zatrudniony jako nauczyciel, tam też po zajęciu miasta został przesłuchany przez policję. Hitlerowcy postanowili wykorzystać bardzo dobrą znajomość języka niemieckiego Labudy i zrobić z niego kierownika szkoły w Mirachowie, tej, którą sam przed laty skończył. Później wspominał, że był to jedyny okres w jego życiu, gdy mógł prowadzić naukę w szkole po kaszubsku. Jeszcze przed wojną dał się poznać jako osoba otwarcie i głośno głosząca swoje poglądy, toteż nie dziw, że na początku 1941 r. do gestapo wpłynął anonimowy donos na Labudę, który miał w mirachowskiej karczmie oznajmić: „Hitler jest głupi jak owca i dlatego musi przegrać wojnę”. Tuż po wpłynięciu donosu Labuda został ostrzeżony przez znajomego Niemca o prowadzonym przez gestapo dochodzeniu w jego sprawie. Znajomy poradził mu, aby uciekać przed aresztowaniem „w mundur niemiecki” i tak też Labuda zrobił. Udał się z ojcem do punktu poboru w Kartuzach, gdzie w zamian za przyjęcie do wojska i zawieszenie dochodzenia przekazali komendantowi łapówkę w postaci żywej krowy, mleka, masła, kurzych jaj i innych produktów rolnych. Być może w ten sposób Labudzie udało się ocalić życie swoje i swoich najbliższych. W czasie wojny służył w zaopatrzeniu w Jugosławii i w Grecji. Udało mu się też wrócić do Mirachowa na przepustkę, podczas której w niemieckim mundurze udał się do bunkra „Ptasia Wola” należącego do TOW „Gryf Pomorski”. Kaszubscy partyzanci rozpoznali Labudę i przyjęli jak przyjaciela. W bunkrze wzięli udział we wspólnej mszy. W czasie wojny nigdy nie musiał strzelać do drugiego człowieka. Wspominał, że wykorzystywał pracę w zaopatrzeniu do podrzucania prowiantu miejscowym partyzantom. Został aresztowany przez Brytyjczyków na Krecie w 1943 r., skąd trafił do Szkocji, a tam do Armii Andersa.

            Drugą kontrowersją jest rzekome podpisanie przez Labudę III lub II grupy volkslisty. Po raz pierwszy zarzucono mu to w 1960 r., po nagonce i spreparowaniu dowodów przez SB. Jeden z działaczy Zrzeszenia Kaszubskiego, prof. Andrzej Bukowski (zagorzały przeciwnik uznania języka kaszubskiego), zarzucał wówczas Labudzie „nacjonalizm, szowinizm, separatyzm, antysemityzm, współpracę z Niemcami oraz służbę w Armii Andersa”. Najpoważniejszym zarzutem Bukowskiego było podejrzenie o podpisanie przez Labudę II listy narodowościowej przed wstąpieniem do Wehrmachtu. Bukowski nigdy nie przedstawił w tej sprawie żadnych dowodów, podobnie w aktach UB i SB nigdy nie znaleziono dokumentu, który by to potwierdzał. Co więcej, częstą praktyką na Kaszubach było wykorzystywanie przez bezpiekę dowodów na podpisanie volkslisty przez kaszubskich działaczy, aby przymusić ich do współpracy i kontrolowania ruchu kaszubsko-pomorskiego. Labudy nigdy do tego nie nakłoniono ani nie przymuszono. Sam pod koniec życia wspominał, że zarzut podpisania volkslisty był bezpodstawny, bo wstępując do Wehrmachtu nikt mu jej nie podsunął. Co wbrew powszechnej wiedzy jest możliwe, gdyż Labuda „zaciągnął się” na początku 1941 r., czyli przed wprowadzeniem rozporządzenia o Niemieckiej Liście Narodowej (04.03.1941). Wobec braku dowodów Aleksander Labuda w 2006 r. „doczekał się” (wszak nie żył już od 25 lat) pełnej rehabilitacji w Zrzeszeniu Kaszubsko-Pomorskim.

            Labuda w 1941 r. stanął przed identycznym wyborem, z jakim borykali się nasi „dziadkowie z Wehrmachtu” – iść na wojnę i ratować rodzinę, czy dać się zabić od razu? Być może nawet był jednym z pierwszych, którzy musieli tę dramatyczną decyzję podejmować. Co więcej, całkiem możliwe jest, że w jego przypadku nie wiązało się to z podpisaniem niemieckiej listy narodowej, co miało miejsce u innych Kaszubów, Ślązaków, czy Polaków z Wielkopolski. Tym bardziej, znając tę historię, dziwi, że radni z Wejherowa chcą „się pozbyć” Labudy, bo był w Wehrmachcie. W ten sposób, w mojej ocenie, atakują wszystkich Kaszubów, którzy musieli podejmować podczas wojny tę dramatyczną decyzję. Co więcej, uważam, że Labuda w dzisiejszych czasach jest patronem, którego potrzebujemy, którego przykład doskonale pokazuje młodym Kaszubom trudy wyborów naszych przodków w czasie wojny i jest wzorem do naśladowania w pozostawaniu wiernym Kaszubom, nawet w obliczu odrzucenia przez innych działaczy, do końca swego życia.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj