Sto lat temu na naszej ziemi miało miejsce doniosłe wydarzenie. Dzisiaj samorządy mobilizują siły, aby uczcić to w należyty sposób. Gdzieś w cieniu tego wszystkiego zapominamy, że w 1920 roku nie uzyskaliśmy dostępu do morza. Nie my, Kaszubi. My Bałtyk mieliśmy zawsze.

Nasz odwieczny związek z morzem ukształtował kaszubski charakter, o czym z pewnością więcej napiszę. Dziś jednak przyjrzyjmy się wydarzeniom, które będziemy świętować. Ani nie uzyskaliśmy dostępu do morza, ani też nie otworzyły się dla nas jakieś specjalne możliwości. Kaszubi nie zaczęli nagle tworzyć trzonu marynarki. Nic donośnego pod tym względem się nie wydarzyło. Było jednak dużo entuzjazmu wśród tych, którym zależało na przynależności naszych terenów do mającego wówczas dwa lata Państwa Polskiego.

To też jest według niektórych argument przeciwko kaszubocentrykom. “Po co mówią o odrębności, skoro ich przodkowie cieszyli się z przybycia wojska polskiego? Zaślubiny to także kaszubskie święto”. Jeśli tak jest, zdziwić może niewielka ilość kaszubskich elementów w tym całym świętowaniu. Zdaje się, że jesteśmy motywem ozdobnym dołączonym do wystąpień polityków z Warszawy, mimo iż świętujemy u siebie. Nie znaczy to oczywiście, że brakuje chwalebnych wyjątków, jednak mówienie, że “to ważny dla Kaszubów czas” przy jednoczesnym spychaniu nas do roli “elementu ubogacającego” utwierdza mnie w przekonaniu, że kaszubocentryzm to jedyna droga dająca przetrwanie. Przedstawicieli innych opcji nie stracimy w przyszłości. Już ich straciliśmy. Czego brakuje w tym odświętnym szaleństwie? Odrobiny bezstronności.

Bije, ale kocha

Wiecie, jak najłatwiej wywołać objawy syndromu sztokholmskiego? Powiedzieć Kaszubie, że żołnierze Hallera, idąc przez Pomorze, okradali jego przodków. “Niemożliwe, oni byli tymi dobrymi! No dobra, coś tam każdemu się zdarzy gwizdnąć! Przecież dowódcy potępili tych, którzy tak robili, więc w czym problem! Żołnierze też muszą jeść! A może ci, co dostali po głowie, zasłużyli?”

I wcale nie trzeba tego mówić z jakimś przekonaniem, że cała ta rocznica przyłączenia do Polski nie ma sensu. Zwyczajnie zwraca się uwagę na ciemniejszą stronę tych wydarzeń. Albo wręcz mówi się o tym jako o ciekawostce. Narusza się wówczas świętość. Zrozumiałym jest, że kogoś może boleć brzydka prawda o własnych przodkach. W naszym przypadku jest gorzej – boli nas, że można oczerniać kogoś, kto zrobił naszym przodkom krzywdę. Każdego roku na początku lutego zachodzę w głowę, jak można być etnicznie wyjałowionym na tak głębokim poziomie, że podejmuje się intelektualny wysiłek, aby bronić obcych przed prawdą? Ponurym żartem wydaje się być marsz Hallerczyków zorganizowany w Luzinie, który zakończy się przy grobie księdza Machalewskiego, który witał błękitną armię w tej wsi. Okradziony przez nich ze zboża i żywności zachorował na serce i kilka miesięcy później zmarł. Jak w języku kulturalnych ludzi nazwać uczczenie tego człowieka bez informacji o okolicznościach całego zdarzenia?

Świętować, czy nie świętować?

Sądzę, że Zaślubiny Polski z morzem to okazja do mądrej refleksji na temat naszych dziejów. Za sto lat będą na nas patrzeć przez pryzmat partii rządzącej, czy głównych nurtów w popkulturze, choć wiemy, że nasza rzeczywistość jest bardziej różnorodna i skomplikowana. Tak samo wówczas zwycięzcy nie byli święci i ich racja nie była jedyną słuszną. Jeżeli ktoś twierdzi, że przypominając czarne karty tej historii zachowuję się niepoprawnie, niech przypomni sobie, w których systemach mówienie prawdy było niepoprawne. Nie wracajmy do tego.

Świętować powinniśmy, ale w myśl słów Aleksandra Labudy “droga do morza prowadzi przez serca Kaszubów”. Świętować powinniśmy, pamiętając, że jesteśmy gospodarzami, a nie ludnością napotkaną po drodze. Świętować powinniśmy wiedząc, że nie po to daliśmy nasze ziemie Polsce, żeby rozpłynąć się w polskim narodzie, ale by razem z nim tworzyć naszą przyszłość na zasadzie równy z równym.

1 KOMENTARZ

  1. Mój Dziadek też Halerczyk, kolegujący się z Piłsudskim do tego stopnia, że przyszły Marszałek ukrywał się jakiś czas u jego siostry w Przełęczy Jabłonkowskiej, był na ślubie Dziadka w Krakowie u św.św.Piotra i Pawła i na weselu, a Mama dostała osobiste przyzwolenie Piłsudskiego, by nazywała go dziadkiem; był później przez lata z otwartymi rękami zapraszany do Kaszubów na urlop. Mój Dziadek, choć Góral, zawsze powtarzał hasło nieomal identyczne z tym Akeksandra Labudy, że ,,droga do pklskiego morza prowadzi tylko i wyłącznie przez serca Kaszubów”.
    Sam gen.Józef Haller przecież dostał tu na zawsze Hallerówkę. W czasie ostatniej wojny to Kaszubi bardzo wspierali podziemną armię.
    Nie sądzę więc, że Hallerczycy dali się we znaki Kaszubom aż tak jak Niemcy i Moskale.
    Jednak popieram całkowitą kulturową i edukacyjną samodzielność Kaszubów, nie opowiadając się za żadnym politycznym separatyzmem !!!!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here