Złe wrażenie na koniec festiwalu. Bardzo złe.

Sho[r]t: Bromszczyzna, czyli największa żenada na koniec festiwalu w Gdyni

Zamieszanie związane z udziałem najnowszego filmu prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich (od roku 1996) mogło zwiastować największe wydarzenie tegorocznego święta kina polskiego. Każdy festiwal potrzebuje skandalu jak kania dżdżu i w tym roku była wręcz ulewa. Sekwencja skandali rozpoczęła się już w lipcu, po ogłoszeniu listy nominowanych filmów. Potem było żałosne w formie wystąpienie części reżyserów (więcej tutaj, ale do tematu wrócę) a na deser saga z filmem Bromskiego. Zaczęła się jeszcze w lipcu, pierwsza transza skandalu została zrealizowana, przesunięto premierę na „po wyborach”, ale było mało. Na festiwalu „Solid Gold” był jak Wańka Wstańka – najpierw był, potem nie był, na końcu znowu był w konkursie. Organizatorzy zrobili wszystko, by „dzieło” pana prezesa można było obejrzeć, film rósł w atmosferze oczekiwania na wydarzenie, zamieszani w akcję pozazdrościli Patrykowi Vedze, który jest mistrzem promocji a w wolnych chwilach robi dla ludności coś jakby filmy. Napięcie tworzyły doniesienia polityczne, podobno TVP Jacka Kurskiego miała wpływać na ostateczny kształt filmu i zażądało wycięcia kilku scen. Pan prezes i studio Akson zaprotestowało, postanowiono, że TVP dostanie zwrot swego udziału (2,5 mln zł) i „Solid Gold” triumfalnie powrócił do konkursu, przykrywając wszystkie wydarzenia, w tym wrażenia po najlepszych filmach („Boże ciało” i „Pan T.”).

Sędzia Lidia Jedynak nie zdążyła do premiery filmu z wyrokiem w sprawie Amber Gold. Odczytuje go w gdańskim sądzie do pustych ścian już trzeci miesiąc i prawdopodobnie skończy pod koniec września. „Solid Gold” rozgrywa się w Trójmieście, Janusz Gajos mówi w nim: „Nie lubię tylko trzech rzeczy: kobiet, Trójmiasta i samorządowych polityków”, film nawiązuje oczywiście do afery i podobno miał być ostrą wypowiedzią polityczną. Było po jednym zdaniu o zdechłych klaczach i wolnym etacie w Siemiatyczach i więcej nie wychwyciłem a nadstawiałem ucha, bo to przecież epokowe chwile były, w tle brzmiały surmy bojowe.

W normalnej rzeczywistości Jacek Bromski nie byłby filmowcem, po „Solid Gold” musiałby w niesławie zakończyć swą karierę. „Solid Gold” to gniot okropny, kino źle napisane, okropnie zainscenizowane, z nieciekawą fotografią, co jest pochodną braku wyobraźni wizualnej reżysera – podczas oglądania pękają oczy jak niegdyś na dworcu w Kutnie.

W latach 60. i na początku lat 70. Włosi kręcili najlepsze chyba kino społeczno-polityczne w historii, wystarczy pooglądać obrazy Petriego czy Rosiego, by zrozumieć, że u nas powstają dużo gorsze filmy niż 50 lat temu. W Polsce, z przykrością i niedowierzaniem to piszę, ale inaczej nie wychodzi, klasa próżniacza, jaką jest część środowiska filmowego żyjąca w swej naznaczonej wyższością i bucerką bańce, robi filmy: niepotrzebne, niedomyślane, prymitywne formalnie, po prostu złe.

Współczuję ekipie wykonawczej festiwalu, to obok kolektywu Openera najlepsza załoga w Trójmieście, dzięki czemu np. dziennikarz może lepiej wykonywać swoją pracę. Uważam, że należą się jej, jak i nam wszystkim, przeprosiny od pana prezesa Bromskiego za ten żenujący incydent związany z pompowaniem jego filmu. Najważniejsza impreza filmowa, która powinna być świętem polskiego kina a nie tylko branży, zakończyła się blamażem środowiska. Potrzebne są gruntowne zmiany, nie tylko te sugerowane przez Gildię, ale jeszcze głębsze, dotyczące finansowania i odpowiedzialności, statusu filmowca i w tym kontekście pozostałych grup twórców polskiej kultury. Potrzebna jest głęboka wiwisekcja i pokora.

Czy to nastąpi? Oczywiście, że nie, bo najważniejszy jest bankiet! Choćby miał go wyprawić współczesny Człowiek Adam (Poniński), to na pewno i tak wszyscy przybędą w podskokach (uśmiech).

Przygotowania do bankietu po Solid Gold

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here