Janusza Gawrysiaka zaskakujące refleksje włosko-polsko-gdańskie.

Sen nocy letniej trwa, przechodzimy przez rysowany pastelami na bruku obraz Bottero. Jego rzeźby widziałem przed chwilą w galerii, jego obrazy wiszą w pobliskim kościele. Fernando Bottero. Depczę po jego dziele, bluźnierczy dreszczyk emocji.  Jeszcze jedno wino i można rozpoczynać nocne harce.

Zobacz: Sen nocy letniej 1/3

W następnej galerii trwa performans. Postaci w kolorowych trykotach ustawiane są przez artystę o energii i posturze Tadeusza Kantora. Znowu siadamy z kieliszkiem w dłoni przed jedną z galerii na schodach. Snuje się opowieść: wczoraj był tu Adrien Brody a kilka dni temu Armani. Ludzie siadali obok i udając, że sprawdzają coś w smartfonach, robili sobie z nim selfie. Śmiejemy się, potem jeden z naszych włoskich kompanów dodaje nie bez dumy: ,,podobno zeszłego roku do mariny przypłynął jachtem Chodorowski. Milioner zszedł z jachtu, nie zwiedzał, chciał coś zjeść. W pizzerii nie było miejsc, czekał za długo…

Foto: Janusz Gawrysiak

I co? Zjadł? – pytam.  

No właśnie nie. Wsiadł na jacht i odpłynął – usłyszałem w odpowiedzi.

Płyniemy i my. Znów kieliszek wina. Nad domami wielki talerz – pełnia. Magiczne światło, uliczna kapela gra do tej ilustracji. Małe wzmacniacze wypluwają w lunarna mgłę ,,Dark side of the moon” Floydów. Magia wina się udziela, gdzieś w zaułku widzę całującą się parę, facet ma kudłatą fryzurę, a może łeb osła, namiętnie napiera na swą kochankę, przyciskając ją do ściany. Jego biodra trykają w przód i tył – to osioł? Dama ma piękne udo widoczne w wysokim rozcięciu srebrnej sukni. Lekko zataczam się, idę dalej.  Mija mnie Tytania. Piękna, opalona 50-latka w wielkim kapeluszu. Zdejmuje go – jest łysa. To przedstawienie reżyseruje Fellini! To jest naprawdę?  Strzelają we mnie wielkie i piękne oczy starzejącej się damy. Wzdycham. Idę teraz sam przed siebie; gdzieś, za rogiem, miga mi znowu włochata głowa osła. Skręcam w boczną uliczkę – siedzą tam mężczyźni palący cygaretki. Światło księżyca i kolor aperolu na apaszkach do kraciastych marynarek. Odnalazłem kompanów. Siedzę teraz i rozmawiam z włoską żoną naszego gospodarza. Opowiadam jej o Gdańsku, że nie zawsze ciepło, ale pięknie, europejsko, miło. Mówię to, bo wiem, że była na Śląsku, na Mazurach i w Warszawie. Wywiozła stamtąd raczej nie najlepsze wrażenia. Bałagan, trochę jeszcze brudu, ale przede wszystkim przejmująca brzydota domów, czasem ludzi. Frustratów wąsatych w spranych t-shirtach, szarych spodenkach wędkarskich i gumowych klapkach.  Niestety również, i przede wszystkim, wszem panujący bluzg.

Po prostu wiesz, zawsze tak trafialiśmy, że ktoś był pijany, coś ryczał lub chciał bić. Raczej nie było śmiechu, miłego ,,dzień dobry” od nieznajomych – dodaje jej polski mąż.

Nieprawda! Nieprawda! Nieprawda! – krzyczę w myślach. Przyjedźcie do Gdańska – mówię głośno. U nas jest inaczej, normalnie… już…

On patrzy na mnie i mówi smutno o żonie: ,,mój drogi, nic już w niej nie zmienisz, jak ktoś nie polubił bigosu i pierogów, to już ich lubić nie będzie. My trochę przywykliśmy. Ty, ja. Przywykliśmy do tego w Polsce. My tego nie widzimy, bo jakieś filtry mamy, a Włosi, którzy żyją w bardzo skodyfikowanym świecie, do pewnego poziomu się nie zniżą. Ona mi powiedziała, że w Polsce mamy podkulturę, że to pewnie nam komunizm zrobił.

Nieprawda! Nieprawda! Nieprawda! – coś ryczy we mnie. Gdańsk: Festiwal Szekspirowski, Memling, gotyk… nawet stadion piłkarski piękny… No w sensie, że bryła piękna…

Wszystko we mnie pęka. Pietrasanta zniknęła. Stoję przed jednym z naszych muzeów, jest wystawa sztuki nowoczesnej. Wróciliśmy do Polski, minął tydzień i to wszystko z Pietrasanty do mnie wraca, jakby ta noc i noc w Pietrasancie była paralelna.  Jest znacznie chłodniej, wystawa ma być znacząca, autorka robi rzeczy nieoczywiste, ulotne, choćby poprzez materiał – papier mache. Podobnie jak w Pietrasancie, wystawa rozpocznie się na zewnątrz. Tylko tutaj nie ma poczęstunku na zewnątrz. W rzędzie ustawiają się urzędnicy, gdzieś z boku stoi autorka. Rozglądam się – stoimy w grupie widzów. Stali bywalcy, kilkoro emerytów o inteligentnych twarzach, znajomy dyrektor szkoły społecznej, dziennikarka Radia Gdańsk, znajomi pracowników i pracownicy wreszcie. Razem jest nas może 40 osób. Młodych nie widzę. Stoi Polska inteligencja roczniki 40 do 70 i na tym koniec. Sandały do szarej sukienki, flanelowe koszule, marynarki do jeansów. Szaro. Są też panie, które znamy z naszych wystaw, taka ekipa – szajka babć, które wypijają całe, wernisażowe wino. Bardzo je lubię, są zawsze miłe i uśmiechnięte. Rytuał winny zawsze uzupełniają starannym obejrzeniem wystawy. Zawsze zostają do końca.

Zaczęli.  Jakiś mówca w marynarce i dżinsach z wysiłkiem na twarzy próbuje przekrzyczeć niedziałający mikrofon. Z wielką estymą opowiada o bezprecedensowym wydawnictwie, katalogu wystawy. Dzisiaj jest taniej reklamuje tylko 20 zł . Sprawdziłem sprzedała się cała paczka, tego swoją drogą dobrze zrobionego katalogu, 26 sztuk. 

Który to raz oglądam ten nasz ,,teatr narodowy”? Wielka niczym słoń instytucja pręży się i napina, by w końcu urodzić mysz. Ileż to razy oglądałem te budżetowe festiwale, zjazdy, panele, których tytuł powinien brzmieć: ,,Urzędnicy urzędnikom”. W kontraście do tego jest wystawa, pełna kolorów i fantazji oraz jej autorka kolorowa, jakby w kostiumie, odrealniona. Lubię też kuratorkę wystawy, trochę w tym wszystkim zagubioną, ale z wielkim sercem. Wracamy do domu przez sklepy Biedronki. Bardzo polecam tę ,,placówkę kultury”. Ostatnimi czasy jest tam znakomita aperol i świetne, musujące Martini. Kupujemy więc, stoimy w kolejce do kasy. Zanim stanęliśmy, mężczyzna wbiega truchcikiem i wpycha się przed nas. Wzdycham.  Otwierają drugą kasę, bo robi się kolejka. Ten sam mężczyzna zmienia miejsce. Truchcikiem warchlaka wbiega przed kobietę. Kobieta jest wściekła, inni też – dali się wyprzedzić w tym jakże ważnym wyścigu. Wszyscy stoją niespokojnie, czekają – może otworzą następną kasę? Z pewnością teraz się nie dadzą, zwyciężą w tym ważnym wyścigu. Nie dać się wyprzedzić współobywatelowi, nie dać się oszwabić, ożydzić. No bo co? My nie damy rady?

 Albośmy to jacy tacy!?

Przypomniało mi się jak w jednym z autobusów na lotnisko w izraelskim Ovda jechali tylko rodacy. Wejście do autobusu było pandemią. Dzieci, starsze osoby, wszyscy poszli na bok, wyprzedzili ich rośli, umięśnieni mężczyźni. Niektórzy zajmowali po trzy, cztery miejsca dla swoich rodzin. Jechałem więc z kobietami i osobami starszymi ‘’na stojaka”. W pewnym momencie jedna z blondynek o podejrzanie pełnych ustach szepnęła do swojego Adonisa: ,,byłeś taki dzielny, tak się odważnie pchałeś…”.

Albośmy to jacy tacy myślę, pijąc ten zakupiony w Biedronce aperol z Martini.

W nocy ryki na Jaśkowej Dolinie. Godzinny koncert:  ,,Hej Areczko, spójrz za siebie, jak cię Lechia w du.. je…”.  Nikt nie reaguje, ja też nie. Smutny ten nasz Bezsen Nocy Letniej.

Palę papierosa w łazience,  patrzę w lustro… Mam taki szczery,  ośli , słowiański pysk.

Rodacy, jak u Gombrowicza, ujadają w opłotkach.

Albośmy to jacy, tacy. Chamy i prostacy…

PS

Czas cofnąć czas, wrócić do Pietrasanty, opowiem jeszcze o tym, jak pracuje Marzena i inni rzeźbiarze i obiecuję, że już powstrzymam się od smutnych rapsodii.

CDN

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj