„Fotografoterapia, jako wyzwolenie śpiącej pasji, według eFeSoFskiej koncepcji niwelowania stresu oraz uruchomienia pozytywnych reakcji, mających na celu wywołanie uśmiechu na twarzy po to, by żyć zdrowiej”- mawia Maurycy Śmierzchalski, syn Hipolita Śmierzchalskiego, fotografa  pływającego  na pokładzie ostatniego z polskich transatlantyków TSS „Stefan Batory”.

Rozmowa z Maurycym i Marzeną Śmierzchalskimi

Jak powstał pomysł wystawy Love Boat?

Za i więcej o wystawie: tutaj

Marzena Śmierzchalska: Z potrzeby ocalenia zbiorów fotografii ze Stefana Batorego autorstwa Hipolita Śmierzchalskiego ojca mojego męża Maurycego. Spotkaliśmy się z pracownikami Muzeum Emigracji, a oni zdecydowali o wydarzeniu.

Kim był Hipolit Śmierzchalski?

Maurycy Śmierzchalski: Był nie tylko utalentowanym sportowcem, reprezentantem Polski, ale również artystą malarzem, fotografem, grafikiem i muzykiem. Uwielbiał ludzi. Pracował w Teatrze Muzycznym jako oświetleniowiec, a z pracy na pokładzie Stefana Batorego nasze gdyńskie Muzeum Emigracji posiada 10 tysięcy jego klatek negatywowych oraz fotografii.  Zajmował się również fotografią konspiracyjną.

Jak było na wernisażu?

Marzena: Duża ilość odwiedzających, szczególnie starych przyjaciół Hipolita, którzy przybyli na wydarzenie wraz ze swoimi rodzinami.

Maurycy: Wielkie brawa dla kuratorów wystawy: dra Adama Mazura i Nicolasa Grospierre’a. To oni mieli pomysł na to, jaki to wszystko miało przybrać kształt. Neon, boazerie – tak jak na statku… Fotografia, którą można sobie wykonać w kiosku w formie publikacji… Ujął nas również sposób zwiedzania wystawy poprzez oprowadzanie. Tysiące fotografii taty, a na nich znane osoby, aktorzy, zespoły…

Stąd Twoje zainteresowanie fotografią?

Maurycy: Urodziłem się w domu fotografa i malarki. Mama malowała pejzaże, kwiaty, portrety… tak, wsiąkałem w to codziennie.

A tata z Tobą fotografował?

Maurycy: Oczywiście, przede wszystkim pamiętam nasze studio fotograficzne w Jastarni. Wszystkiego uczyłem się od Niego, a potem trafiłem do Liceum Plastycznego w Orłowie na wydział Fotografii. Ojciec wprowadził mnie od razu w życie zawodowe, robiłem dla Niego zdjęcia, mając 14 lat. Często były to pogrzeby, wydarzenia, czy po prostu ludzie spędzający czas na plaży.

A jak poznaliście się z Marzeną?

Maurycy: Poznaliśmy się we wspomnianym liceum. Początkowo założyliśmy Kabaret Udręka, żona była zarazem moją recytatorką, aktorką i muzą. Nasze wspólne działania miały miejsce także potem, gdy prowadziłem agencję reklamową i gdy byłem szefem studia graficznego.

Marzena: Tworzyliśmy wspólne projekty. W końcu dojrzeliśmy do własnej firmy, od 1999 roku stanowimy artystyczny duet.

A szkoła?

Marzena: Powstała w 2012 roku…

Maurycy: …z potrzeby dzielenia się wiedzą i doświadczeniem. To nasza autorska szkoła.

Jaki jest jej cel?

Maurycy: Fotografioterapia. Edukacja prowadzona w sposób nieskrępowany i radosny, zgodny z biologią młodego artysty.

Marzena: Ludzie przychodzą tu z różnych powodów: chcą zacząć świadomie fotografować, podróżują, chcą poznać arkana fotografii, jeszcze inni widzą w tym sposób na życie.

Maurycy: My otwieramy przed nimi drogę.

Na zajęciach pojawia się również dogoterapia i cudowny pies…

Maurycy: Na wszystkich zajęciach jest pies, który wręcz czeka i pozuje na finałowym zdjęciu na koniec każdych ćwiczeń.

Oprócz zajęć organizujecie warsztaty

Marzena: W i poza szkołą, również dla osób niepełnosprawnych, zajęcia tematyczne i skierowane dla firm. Przez kilka lat prowadziliśmy takie warsztaty w tematyce modowej dla gdynian.

Maurycy: Również Fashion Street, Portret, Lampa Błyskowa – prowadzimy różnorodne kursy. Oprócz tego nadal działamy aktywnie jako filmowcy i fotografowie.

Mieszkacie w ciekawym miejscu…

Maurycy: Tak, to modernistyczna i stara gdyńska kamienica. Miejsce budzi zainteresowanie, odwiedzają nas ludzie w ramach festiwalu Open House. Pokazujemy, jak mieszkają i twórczo pracują gdynianie.

Nie przez wszystkich fotografia jest uważana za sztukę…

Maurycy: Będę zawsze bronił fotografię. Budzi coraz większy szacunek dla Polaków, bo wielu mistrzów już ugruntowało swoją pozycję, a my wracamy do korzeni.

Marzena: To możliwość wyrażenia i wyzwolenia siebie poprzez własne hobby. Uczy nas i otwiera na różnorodność i sposób widzenia świata. Jeździliśmy na te same plenery, ale finalnie i tak zawsze pokazujemy coś innego.

Dziękuję za rozmowę

Magda Wosztyl

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here