******

Kino emerytów

W wieku 86 lat Raymond Thierry Liebling, znany powszechnie jako Roman Polański, dopiął swego: zrobił film, o którym marzył od kilkudziesięciu lat. 86 wiosen budzi szacunek, ale w tej kategorii są zdecydowanie lepsi: Manoel de Oliveira w wieku 106 lat nakręcił „Starca z Restelo” a Leni Riefenstahl dokumentalne „Impressionen unter Wasser” podpisała na swe stulecie. W Polsce Andrzej Wajda w wieku 90 lat zrealizował „Powidoki”. Dyskryminacja ze względu na wiek nazywa się ejdżyzm (z agielskiego ageism) i już 5 lat temu wprowadził ją do ogólnodostępnej przestrzeni publicznej (telewizja, internet a za nimi portale plotkarskie) Kuba Wojewódzki. Wcześniej termin znany był głównie specjalistom i piszącym wnioski grantowe na dyskryminacje wszelakie. Twórcy oczywiście mogą uniknąć dyskryminacji i kłopotliwych ocen, gdy kończą się pomysły i uznają, że nie są w stanie powiedzieć czegoś ważnego i wartościowego, by podpisać swym nazwiskiem, na które pracowali w latach chwały. Przykład Alana Parkera, który przestał robić filmy w 2003 roku („Życie za życie”), bo uznał, że nie ma nic do powiedzenia, co zasługiwałoby na uruchomienie machiny produkcji filmowej, należy jednak do rzadkości.

Mimo ugruntowanej sympatii powstałej po najlepszym okresie aktywności artystycznej, wszechogarniającej poprawności i ochronnego klosza, jakim się cieszą zasłużeni artyści (Allen!), pierwszym epitetem, który spontanicznie wdarł mi się do głowy po obejrzeniu „Oficera i szpiega”, był: „geriatryczny”. Najnowsze dzieło reżysera o najbardziej filmowej biografii jest pozbawione pazura, tempa, niespodzianki, nieoczywistości i suspensu. Być może występuje w nim „zewnątrztekstowa gra reżysera z widzami, dotycząca jego legendy biograficznej” (G. Stachówna). Jednak gdy przypomnimy sobie choćby „Tragedię Makbeta” (pierwszy film po zbrodni w Bel Air) czy „Lokatora”, „Oficer..,” to tylko blady cień niegdysiejszego, frapującego autotematyzmu.

Reklama dla Prady (2012)

Kolorowany akademizm

To zaskakująco „biedny”, jak na temat i wielkość reżysera, film. Rażą domalowane tła w ujęciach miejskich, większość scen rozgrywa się w zamkniętych pomieszczeniach. Film jest ogołocony z artystycznych środków wyrazu, opowiada znaną historię, niczego nie akcentując, a przecież to był proces uważany za sprawę stulecia!  Jest w nim wystarczająco dużo ciekawych zdarzeń i zwrotów, by zbudować trzymający w napięciu thriller non-fiction. Zamiast tego mamy ślimaczącą się, drobiazgową, znaną opowieść o…

No właśnie o czym? Reżyser nie potrafił zdecydować się na wybór ostrza. Na pierwszy plan wybija się oczywiście postać pułkownika Georgesa Picquarta (w tej roli chyba najlepszy w całości Jean Dujardin, ale kreacji generalnie brakuje). To przez niego opowiada Polański, ale tutaj od razu natykamy się na pierwszą słabość dramaturgiczną: niewystarczająco zagospodarowany jest wątek niechęci Picquarta do Żydów z jego działaniem na rzecz oczyszczenia z zarzutów oficera pochodzenia żydowskiego. Dreyfusa w filmie o Dreyfusie mamy niewiele, za to bardzo dużo jest nic niewnoszących scen z Pauline Monnier, kochanką Picquarta (Emmanuelle Seigner, do której nijak nie mogę się przekonać). Najlepszy moment to publikacja i odczytanie „J’accuse”, ale już rozprawie przeciwko Zoli daleko do przeciętnej choćby sceny z kina amerykańskiego, które do perfekcji doprowadziło subgatunek, jakim jest dramat sądowy. Cały wątek Zoli (skazanie, unieważnienie wyroku, ponowny proces, ucieczka Zoli do Londynu, wreszcie tajemnicza śmierć) zasługiwał na szersze potraktowanie. Tym bardziej, że zaskakująco w pewnych momentach współgrał z życiorysem Polańskiego. Najwięcej jest jednak o hipokryzji systemu, który jest w stanie poświęcić jednostkę dla zachowania swej twarzy. No i oczywiście „zewnątrztekstowa gra reżysera z widzami”, która tym razem była chyba mocno kontrolowana.

Tłumacz pod sąd wojskowy!

Zawsze chciałem poznać ludzi od tłumaczenia tytułów zagranicznych filmów trafiających na polskie ekrany. Ich inwencja nie zna granic, często efekty translatorskich wysiłków śmieszą, budzą zakłopotanie, ale czasami domagają się co najmniej anatemy. Tak jest w przypadku najnowszego filmu reżysera „Dziecka Rosemary”. W oryginale film nosi tytuł „J’accuse”, znaczy „Oskarżam” – jak tytuł listu otwartego Émile’a Zoli do prezydenta Republiki Francuskiej. Tak jak w przypadku filmu możemy mówić o małej pieczęci, tak zabieg tłumacza, pewnie jak to zwykle bywa spowodowany „względami marketingowymi”, kastruje film ostatecznie z potencji rezonowania, jaką miał wyjściowo; „Oficer i szpieg” to ostatecznie już nie kastrat, a filmowy eunuch. I nie jest żadnym usprawiedliwieniem, że film w anglojęzycznej wersji leci jako „An Officer and a Spy”.

„Zewnątrztekstowa gra reżysera z widzami”

Uznani krytycy są w niemałym zakłopotaniu. Nie wypada szlachtować, bo na salonach będzie kwas, więc eufemistycznie epitetują „Oficera i szpiega” najlepszym Polańskim od czasu „Pianisty”. Trudno się nie zgodzić, spojrzawszy na listę tytułów po 2002 roku: 3 filmy poprawne i bezstylowe („Oliwer Twist”, „Autor widmo” i „Rzeź”), 2 filmy złe („Prawdziwa historia” i „Wenus w futrze” – 7 nominacji i Cezar za reżyserię „Wenus…” to tylko dowód na kryzys kina francuskiego) oraz dwie reklamy i minimetraż w składance. Wszystkie te obrazy mógł zrobić ktokolwiek inny z reżyserów o dużo mniejszym dorobku niż twórca „Chinatown”. Polański przestał być Polańskim, z jednego z najciekawszych reżyserów współczesnego kina stał się wyrobnikiem. Nieprzypadkowo umieścił się na kilka sekund w „Oficerze…” w scenie koncertu ubrany w strój kawalera orderu. Francja jest jego ojczyzną, tutaj ma schronienie. Nie mógł nakręcić „Oficera…” w Krakowie jak planował, bo zmieniła się władza i minister Ziobro chciał pokazać na przykładzie Polańskiego, że nikt nie może stać ponad prawem, przez co reżyser nie czułby się w Krakowie komfortowo, mówiąc najdelikatniej. I chyba ta wdzięczność dla Francji spowodowała, że film nie wybrzmiał jak mógłby, co pewnie niechcący zaznacza tytuł filmu w konfrontacji z tytułem listu autora „Nany”: „J’Accuse…!” Zoli to krzyk, „J’Accuse” Polańskiego to bezpieczne, salonowe muśnięcie. Nie będziemy przecież kąsać dłoni, która daje nam chleb, schronienie oraz komfort towarzyski i publiczny. Ot, taka kontrolowana, wzajemna, hipokryzja podszyta nieco sparciałym libertynizmem.

Dla Polaka, nieustannie oskarżanego o antysemityzm przez wszystkich, w tym przez Polaków szczególnie, przesłanie filmu może przynieść ulgę: nie jesteśmy w tym antysemityzmie osamotnieni,  słodka Francja jest z nami! Reżyser wywiadowany na okazję premiery nie mówił za wiele o polskim antysemityzmie, czym rozczarował dziennikarzy „Gazety Wyborczej”. Antysemityzm francuski jest w filmie powszechny, oprócz grupki intelektualistów przeciwko Dreyfusowi jest właściwie całe społeczeństwo. Procesy sądowe przypominają rozprawy w XIX-wiecznej Alabamie czy Luizjanie, brakuje tylko, by opasłemu sędziemu kapała z ust ślina z żutego tytoniu. Francuski antysemityzm jest inny, jest wręcz arystokratyczny, taki pomiędzy truflami a foie gras i eskalopkami, nie to co nasz: z widłami i płonącą stodołą. Czasami to był antysemityzm przez dziurkę od klucza, jak w filmie „Mr. Klein” Loseya.

Reklama dla marki Vezzoli (2009) Zobacz film tutaj

Dzisiejszy Roman Polański, podobnie jak Dreyfus, uważa się za ofiarę nagonki. Nie wiemy, ile jest prawdy a ile cynizmu w kolejnych zgłoszeniach kobiet posądzających reżysera o gwałt. Nie mają z tym większego problemu aktywistki ruchu #MeToo, powstałego w środowisku najbardziej narażonym/wykorzystującym/korzystającym z niemoralnych transakcji w celu osiągnięcia sukcesu. 86-letni filmowiec powinien być osądzony, tak jak każdy, ale osobiście nie domagam się krwi, tylko osądu prawnego i moralnego. Relatywizm w ocenach postępowania reżysera ma korzenie także w sprawie Dreyfusa i w wielu innych. Dzisiejsze czasy rozwinęły go o przeniesienie relacji i ocen rodzinnych i branżowych na oceny ogólne. Członek mafii, polityk, artysta, sędzia itd. jeśli jest „nasz”, ma wybaczone wszystko, bo nie obowiązują go zasady ogólne, tylko rodzinne, branżowe. Jak dziecko, które może popełnić największą zbrodnię, ale zawsze znajdą się okoliczności łagodzące i wybaczenie. To przeniesienie reguł funkcjonowania zamkniętych społeczności na decyzje wyborcze charakteryzuje szczególnie polską politykę i, szerzej, funkcjonowanie całego społeczeństwa. Stawianie znaku równości między sprawą Polańskiego a sprawą Dreyfusa byłoby nadużyciem moralnym i przykładem zapaści semantycznej.

Najnowszy obraz autora „Nieustraszonych zabójców wampirów” to słuchowisko w kiepskich dekoracjach. Akademickie w formie, pozornie demaskatorskie, ale jak na dzisiejsze standardy ostatecznie bojaźliwe, zachowawcze. Z pewnością daleko mu do „Dantona” Andrzeja Wajdy. Może zainteresować tych, którzy historii nie znają, ale wyklikać można dużo więcej i ciekawiej niż nasz rodak francuski mocno raczył pokazać. Dla fanów i biografów to oczywiście pozycja obowiązkowa.

Oficer i szpieg (2019) zwiastun PL

Strona filmu na IMDB

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here