Często w okresie przedświątecznym przypominam sobie słowa pewnej gospodyni domowej – “kiedy żyła moja mama, zawsze robiła na Wigilię zupę grzybową, ale ja robię już tradycyjnie barszcz”. Niesamowite, że “tradycyjnie” nie oznacza “tak jak robili nasi przodkowie”, tylko “tak, jak pokazują w telewizji”.

Kaszubskie tradycje świąteczne są w odwrocie. Powiem więcej – panuje przedziwna amnezja połączona z przekonaniem o odwiecznej obecności zwyczajów, które jeszcze w dzieciństwie naszych rodziców były czymś zupełnie nieznanym. W przedświątecznym okresie nie chcę jednak psuć nastroju krytyką dla samej krytyki, zatem obok problemów wskażę również, jak wysiłek różnych ludzi i grup prowadzi do niewielkich, ale pięknych przejawów przeżywania Bożego Narodzenia z kaszubskim charakterem.

Zacznijmy zatem od tego, co wielu w świętach lubi najbardziej – od jedzenia. Na stołach dawniej można było spotkać dwie zupy – grzybową i owocową. Osobiście preferuję tę drugą z dodatkiem bakalii. Ponadto śledzie i inne ryby, niekoniecznie karp. Do tego ziemniaki i to by było na tyle. Są jednak opisy, jak bawiła się u nas szlachta – okazuje się, że poszczególne produkty miały dla niej symboliczne znaczenie – jabłka pomagały na gardło, ryby były symbolem chrześcijańskim itd. Jeżeli fakt, że Wigilia naszych przodków z niższych sfer była skromna nas zniechęca, warto poszukać informacji o tym jak bawili się kaszubscy szlachcice. Wszak polskie tradycje też często pochodzą z kultury szlacheckiej, trudno wyobrazić sobie chłopów pańszczyźnianych jedzących dwanaście potraw.

Tradycje kulinarne to sprawa, w której zdajemy się przegrywać na całej linii. Pierogi i barszcz z uszkami nacierają z impetem i pojawiają się w zdumiewających miejscach. Wydawać by się mogło, że nawet jeśli w naszych domach panują polskie obyczaje związane z jedzeniem, kaszubskich potraw możemy skosztować na przedświątecznych spotkaniach kaszubskich organizacji. Nic bardziej mylnego. Spotkania opłatkowe (sic!) oddziałów Zrzeszenia obfitują w paszteciki do czerwonej zupy i próżno szukać tam naszych zwyczajów. To smutne, że nawet ci, którzy mają nas prowadzić ku odrodzeniu własnej kultury nie traktują swojej misji serio.

Media w latach 90-tych uformowały obraz polskiej Wigilii, który kupiliśmy, jak kupuje się produkt z kampanii reklamowej – bo właśnie tym było pokazywanie w programach śniadaniowych i serialach zestawu melodii, kolorów i zapachów, które mają nas wzruszać, bo są “nasze”. Bardziej niż to, co zostawili nam rodzice. Dzisiaj media społecznościowe pomagają nam odkryć to, czego dwa walce – polonizacji i globalizacji nie rozjechały. Powstają grupy, na których użytkownicy wymieniają się przepisami i, mam nadzieję, później próbują je przyrządzać w domu.

Gòdë to czas odwiedzin – zarówno wyjazdów do rodziny, jak i wtargnięć w życie prywatne, których dokonują radośni kolędnicy. Gwiżdże pojawiają się w Wigilię, choć czas ich wizyt jest różny zależnie od regionu, podobnie jak nazwa. Na północy chodzą Panëszczi – nazwa prawdopodobnie wywodzi się od panien z rodzin szlacheckich obdarowujących dzieci smakołykami. Spotkanie takiej grupy należy dzisiaj do rzadkości, choć na jednej z grup na Facebooku użytkownicy opracowują mapę, do której dopięto już 25 pinezek oznaczających miejsce pojawienia się w tym roku Gwiżdży. Z pewnością są osobami mogącymi rozluźnić nieco atmosferę, która dla wielu wydaje się nieznośnie patetyczna i sztywna. Słowa “Narodzył sã Syn Bòżi, a co rok to gòrzi” są wyraźnym sygnałem, że w święta też można się szczerze śmiać, żartować i dobrze bawić.

Ze wspomnień rodziców wiem, że niegdyś Gwiżdże czyniły ogromnny hałas i bałagan. Kominiarz zaglądał do pieca i wygarynał sadzę (dzisiaj w jego roli przydałby się strażnik miejski sprawdzający, czym palą gospodarze), bocian szczypał dziewczęta, bezczelnie zaglądano do garnków, aż wreszcie sprawdzano czy dzieci są grzeczne i wspólnie kolędowano. Kostiumów nie powstydziłby się twórca horrorów. Gospodarze wpuszczali ich do domu, gdyż odmowa mogła sprowadzić nieszczęście.

Dzisiaj nieszczęściem byłoby pobrudzenie dywanów, więc Gwiżdże są rzadkością. Problemem nie jest ich zachowanie, raczej wspomnienie, co kolędnicy wyczyniali dawniej. Obecnie większość grup złożonych z kozłów, baranów, kominiarza, policjanta, niedźwiedzia, Żyda i Gwiazdki szanuje porządek zastany w domach. Problemem jest to, że nie każdy życzy sobie ich wizyty na moment przed świętami. Radą na to są Gwiżdże na telefon. Słyszałem o tej praktyce, widziałem nawet filmik promocyjny z danymi kontaktowymi. Wydaje się, że to jest przyszłość Gwiżdży. Z pewnością na wolnym rynku będą musieli starać się o jakość artystyczną, kreatywne podejście itd.

Kiedyś brałem udział w pochodzie Gwiżdży (na zamówienie), w którym grałem rolę… prezentera radiowego wpychającego się w życie gospodarzy. Można? Można. A nawet trzeba, jeśli chcemy, żeby wizyty Gwiżdży nie zamknęły się w przestrzeni skansenu.

Mało prawdopodobne jest, aby nasze zwyczaje świąteczne odrodziły się i zupełnie wyparły obce wpływy. Widać jednak, że coraz więcej ludzi szuka prawdy, nie zadowala się ckliwymi reklamami i próbuje we własnym zakresie budować swoje własne, kaszubskie święta. Nawet jeśli nie mają wsparcia organizacji, które swoją hipokryzję pokazują nawet na tak błahej płaszczyźnie, jaką jest dobór potraw. Nadzieją są ludzie, ich pasja, chęć nie tylko poznania, ale przeżycia wyjątkowego okresu na sposób, w który wpisuje się nasza przeszłość, ale i teraźniejszość oraz przyszłość, w której znajdujemy miejsce dla tego, co dla nas ważne.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here