„Dziady” w reż. Krzysztofa Babickiego w Teatrze Miejskim w Gdyni

„A imię jego czterdzieści i cztery”.

Z okazji 60-lecia Teatru Miejskiego w Gdyni zostały zaprezentowane „DziadyAdama Mickiewicza. Reżyser, Krzysztof Babicki, w swojej kolejnej adaptacji tego samego tytułu postanowił wykorzystać wszystkie części dramatu wraz z fragmentami nieukończonej części I. W tekście poczyniono jednak skróty a niektórych wersów wręcz brakuje, np. wizyty duchów lekkich.

Scena, którą widzimy wchodząc na widownię, przypomina pracownię malarza. Tak wykreowana przez scenografa Marka Brauna przestrzeń sceniczna inspirowana jest fragmentem z „Dziadów cz. III. Ustęp, Oleszkiewicz” poświęconemu malarzowi, który stał się guślarzem, „dawno od farb i pędzla odwyknął/ Bibliję tylko i kabałę bada”. Mamy sztalugi z ustawionymi na nich płótnami, łóżko, podest dla modela, a wokół rozwieszone płachty malarskie. Te ogromne biało-szare zasłony smętnie zwisające wokół sceny nie zostały jednak do niczego wykorzystane i zdawały się jedynie sugerować, że malarz szykował się do remontu pracowni. Najdalej wisząca płachta znika na początku spektaklu, odsłaniając konstrukcję z obrotowymi drzwiami wykonaną z pleksi. Całość przypomina wejście do niewielkiej galerii handlowej, zwłaszcza kiedy za przezroczystymi taflami, niczym manekiny na wystawie, pojawiają się diabły i anioły. Oczywiście anioły na górnej kondygnacji podświetlonej na niebiesko, a diabły na dolnej oświetlonej na czerwono. Najlepszym pomysłem scenograficznym jest chyba poprowadzenie podestu na widownię, dzięki czemu pojawienie się takich postaci, jak Gustaw czy pani Rollison, skupia na sobie uwagę widza, a ustawienie tam grupy patriotów pozwala nam się z nimi i ich poglądami utożsamić.

Zanim jednak Gustaw/Konrad czy pani Rollison pojawią się na scenie, wbiega na nią malarz, który stanie się guślarzem, a następnie księdzem Piotrem (Grzegorz Wolf). Uzbrojony w pędzel rzuca się na stojące na sztalugach płótna. Ze zgrozą patrzy na powstające obrazy, które tworzą historię Polski, ale też zapowiada nadejście obrońcy i wskrzesiciela narodu. Woła słowami księdza Piotra: „Krew jego dawne bohatery,/A imię  jego czterdzieści i cztery”. Niestety, bardzo przeszkadza w odbiorze sensu padających ze sceny słów nadmierna emocjonalność przekazu – krzyk, gwałtowność ruchów, wytrzeszczone oczy, zmierzwione włosy i otwarte usta utrudniają skupienie na cierpieniu narodu.

Obrzęd dziadów również nie wypadł przekonująco. Przybywający do cmentarnej kaplicy wydają się mało zainteresowani samym obrzędem, to raczej przypadkowi przechodnie, którzy znaleźli się we wspólnej przestrzeni. Razem śpiewają, ale nie interesują ich pojawiające się duchy i ich problemy. Jedynie Starzec, grany przez Małgorzatę Talarczyk, odpowiada na słowa Guślarza i komentuje wizyty duchów znanymi, choć niezwykle ważnymi przesłaniami. Jako pierwsze pojawia się Widmo Złego Pana (Rafał Kowal). W dramacie Adama Mickiewicza niegodne przestąpienia progu kaplicy, cierpiące, pełne bólu i znające swą winę. Tymczasem na scenie widzimy niecierpiące, ale znudzone Widmo, które wchodzi pomiędzy uczestników obrzędu, nonszalancko układa się na łóżku, niczym na kozetce psychoterapeuty i narzeka, że chce, żeby z niego „prędzej się dusza wywlekła”. Zdziwione patrzy na opowiadającą swą dramatyczną historię Sowę (świetna Beata Buczek-Żarnecka). Chyba nawet nie rozumie, czemu nie chcą mu pomóc. Potem kolej na ducha pośredniego, czyli Zosię (Weronika Nawieśniak). Piękna dziewczyna w półprzezroczystej, jasnej sukni w nieco demoniczny sposób wykonuje pieśń – historię swego życia. Potem popada w histerię, krzyczy, miota się, ma pretensje, że została ukarana. W jednej chwili kusicielsko się uśmiecha i wykrzywia twarz w grymasie nienawiści. Brak duchów lekkich, które jedynie przechodzą przez scenę i zaskakujące przedstawienia pozostałych, powodują, że prawdy moralne zawarte w dramacie Mickiewicza nie wybrzmiewają z należytą mocą, a sam obrzęd staje się niejasny i może nawet zupełnie niepotrzebny, bo żadnej duszy zgromadzeni w cmentarnej kaplicy nie pomogli.

Spotkanie Gustawa (Piotr Michalski) z Księdzem (Mariusz Żarnecki) to interesująca scena rozmowy-spowiedzi, uczuciowej, ale bez zbędnej egzaltacji i gwałtownych gestów. Miłość i rozpacz splatają się i ukazują tragiczną historię niespełnionej miłości, w której oskarżenia o pustotę i interesowność mieszają się zapewnieniami bezbrzeżnej miłości. Ale to już kres istnienia Gustawa. Niebawem narodzi się Konrad. W więziennej celi dokonuje się przemiana nieszczęśliwego kochanka w romantycznego buntownika, gotowego poświęcić życie dla cierpiącej Ojczyzny. Jednak ta ważna scena w więzieniu zdominowana zostaje przez szalejącego Żegotę (Jacek Bała), kolejne butelki i pijacki śpiew „Nie uwierzę, że nam sprzyja Jezus Maryja”. Dopiero jego słowa wyrywają na chwilę z letargu Konrada i dzięki nim możemy też poznać interesująco przedstawioną historię kaprala (Eugeniusz Krzysztof Kujawski). Przejmująca jest też opowieść o zesłańcach wygłoszona przez Jana (Dariusz Szymaniak).

Wielka Improwizacja jest popisem aktorskich możliwości Piotra Michalskiego. Aktor udowadnia, że można w głosie zamknąć ogromne ilości emocji, uczucia i siły. Gdy mówi do Boga „I większe niżli Ty zrobiłbym dziwo,/Zanuciłbym pieśń szczęśliwą!”, czujemy moc drzemiącą w tej postaci. Bez podniesionego głosu, zbędnej gestykulacji, w pełnym skupieniu przeżywa swą walkę z Bogiem. To pojedynek gigantów. Kolejny starcie, to zmagania księdza Piotra z szatanem, który wstąpił w Konrada. Scena egzorcyzmów jest mocno przerysowana. Reżyser kładzie nacisk na fizyczne zmaganie się ze złym duchem, więc Konrad wygina się, macha rękoma, wije się na scenie. Zbudowane przed chwilą napięcie znika.

Po przerwie sceną zawładnął Senator (Szymon Sędrowski). To postać o dużym potencjale scenicznym i zagranie jej tak jednowymiarowo i karykaturalnie wydaje się ogromną stratą. O ile posunięta do klaunady scena „Snu Senatora” jest do zaakceptowania, to spotkanie ze skupioną na swoim bólu i cierpieniu matką – panią Rollison (Monika Babicka), ukazuje wszystkie niedostatki w przedstawieniu tej postaci. Także demoniczność i zimny cynizm postaci Bajkowa/Belzebuba (Bogdan Smagacki), który partneruje Senatorowi, zwracają uwagę na powierzchowność w prezentacji Nowosilcowa.

W „Salonie warszawskim” aktorzy pojawili się nie tylko na scenie i podeście, ale również przed sceną, poszerzona w ten sposób przestrzeń podkreśla, że zostaną w tej scenie sportretowani wszyscy – całe społeczeństwo polskie. Zadowoleni, uśmiechnięci i beztroscy zwolennicy nowego porządku, którzy zaprzedali się zaborcy, wesoło rozmawiają o balach i popisują się niechęcią do polskiej literatury. Ale choć ta grupa zajmuje większość sceny i miejsca przed sceną, choć suknie dam błyszczą, a ich różowe peruki dominują kolorystycznie na scenie, to mamy wrażenie, że to margines społeczeństwa. Na podeście zgromadzili się patrioci, oni mówią o sytuacji w kraju, aresztowaniach, represjach. Kiedy słuchamy ich słów, szczególnie dramatycznej opowieści Adolfa (Dariusz Szymaniak) o losach Cichowskiego, to czujemy i myślimy tak, jak oni. To ustawienie postaci czyni nas – widzów, członkami tej patriotycznej grupy. To jedna z najlepszych scen tego spektaklu.

Znacznie słabiej wypadła scena „Balu u Senatora”. Zostaje w niej powtórzone ustawienie patriotów, unikających udziału w zabawie, na podeście. Natomiast przestrzeń sceniczną wypełnia podrygujące grono sympatyków Nowosilcowa, który sam także szaleje na parkiecie. Tu znowu zabrakło umiaru. Karykaturalne przedstawienie uczestników balu nuży i nie prowadzi do żadnych nowych wniosków.

Spektakl mocno przerysowany, prezentujący emocje zbyt dosadnie i zewnętrznie. Szczególnie słabo wypada rozhisteryzowany Guślarz/ksiądz Piotr, zwłaszcza w konfrontacji z Gustawem/Konradem, którego gra jest dużo bardziej oszczędna, ale jednocześnie pełna wewnętrznej siły.

Przed premierą zapowiadano, że będzie to wersja klasyczna, bez uwspółcześnień. Co prawda, każdy chciałby zobaczyć współczesną wersję „Dziadów”, na miarę zrealizowanych w Teatrze Narodowym przez Kazimierza Dejmka w 1967, ale choć współczesność daje moc inspiracji, to czasem efekty uwspółcześniania są kontrowersyjne. Może więc lepsza klasyka? Jednak gdyńskiej wersji „Dziadów” daleko nie tylko do wersji uwspółcześnionej, ale również do klasyki. Scenografia sytuuje nas gdzieś poza czasem, a malarska folia i ściana z pleksi raczej zbliża do XXI wieku. Kostiumy także bardziej przypominają stroje współczesne niż dziewiętnastowieczne. Jeśli klasyka drzemie w tekście, to on również został nieco zmieniony i nie proponowałabym opierania się na adaptacji przy powtórce do matury. Nawet rola Gustawa/Konrada ma bardziej współczesny – ludzki, a nie metafizyczny wymiar. Gdzieś zagubiła się klasyka pośród uwspółcześnień…

Adma Mickiewicz, Dziady . Scenariusz i reżyseria: Krzysztof Babicki. Muzyka: Marek Kuczyński. Scenografia: Marek Braun. Kostiumy: Hanna Szymczak. Choreografia: Katarzyna Maria Migała. Światło: Marek Perkowski. Występują: GUSTAW – KONRAD – Piotr Michalski, GUŚLARZ – KSIĄDZ PIOTR – Grzegorz Wolf, STARZEC – Małgorzata Talarczyk, WIDMO, PELIKAN, JENERAŁ – Rafał Kowal, SOWA, (DAMA), GUBERNATOROWA – Beata Buczek-Żarnecka, DZIEWCZYNA (ZOSIA), ANIOŁ I, PANNA – Weronika Nawieśniak, PASTERKA, ANIOŁ II, KMITOWA, MŁODA DAMA, KOBIETA – Marta Kadłub, KSIĄDZ, KSIĄDZ LWOWICZ, BESTUŻEW – Mariusz Żarnecki, DIABEŁ I, LITERAT I,SEKRETARZ, SOWIETNIK, FREJEND, ŻOŁNIERZ – Maciej Wizner, DIABEŁ II, LITERAT II, KOLLESKI, REGISTRATOR, TOMASZ – Krzysztof Berendt, BELZEBUB, BAJKOW – Bogdan Smagacki, ŻEGOTA, ZENON – Jacek Bała (gościnnie), DOKTOR – Maciej Sykała, JAN, ADOLF, STAROSTA – Dariusz Szymaniak, KAPRAL, HRABIA, PUŁKOWNIK – Eugeniusz Krzysztof Kujawski, SENATOR NOWOSILCOW – Szymon Sędrowski, PANI ROLLISON – Monika Babicka, DAMA I, SOWIETNIKOWA – Olga Barbara Długońska, DAMA II, JENERAŁOWA – Agata Moszumańska, DAMA – MATKA PANNY MŁODEJ – Elżbieta Mrozińska.Teatr Miejski w Gdyni, premiera: 14 grudnia 2019, czas trwania: 160 minut (jedna przerwa).

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here