Jak zgodnie z zasadą ważności i nieważności zmieniać przeciętne w niepowtarzalne.

„Ideolodzy  socjalistyczni i komunistyczni, ustrój zapewniający szczęście ludzkości, budowali bez odrobiny poczucia humoru, za to ze śmiertelną powagą, która kosztowała życie dziesiątki milionów ofiar. Mimo tak gigantycznej zbrodni ludzie dalej wierzą, że socjalizm i komunizm jest drogą do postępu i nowoczesności”. 

Są niestety i tacy, którzy wierzą w kapitalizm, ten egzystencjalny surrealizm żyraf i osłów płonących pożądaniem gadżetów. Ta wiara pociągnęła za sobą, a jest dzisiaj wiarą wciąż żywą, więc zbrodnia trwa,dziesięciokrotnie więcej ofiar niż krótka, socjalistyczno-komunistyczna utopia. Codziennie ubywa nas w tym powszechnym poczuciu radości z ciepłej wody w kranie, a zbrodnia, eufemistycznie zwana życiem osiąga swój finał w pogrzebowym kondukcie.

Kara dożywocia jaką nam zasądzono, trwa na szczęście krótko, przewrotnie torturując nas dławiącą garrotą piękna, o czym anonimowy twórca tak pisał:

„Życie jest piękne, na szczęście krótkie,
nie zdąży piękna utopić w wódce”.                       

Jak nie dać się zadławić, jak zadowolić Naczelnego Klawisza, by karę za grzech białogłowy, naszej pramatki, zamienić w pieszczotę dopustu bożego?

Foto za: https://m.radiogdansk.pl/audycje-rg/inne-audycje/wspolne-czytanie-w-radiu-gdansk

Grzegorz Boros, a to właśnie jego gryps wysłany do współosadzonych skłonił mnie do tych egzystencjalnych dywagacji- znalazł na to receptę: kroczenie drogą prawości, bo jak przypomina nam, cytując Księgę Przysłów „Na drodze prawości jest życie, kroczenie po niej jest nieśmiertelnością”. Przysłowia zawierają w sobie zawsze jakieś ziarno prawdy, warto więc się nad nim zastanowić.

W rozmowie z Romkiem Sorobińskim, główną postacią książki Grzegorza, którego nazwisko jest anagramem   nazwiska autora wzbogaconego nobilitującą końcówką „ski”,  Jonatan Schaatz wyraża taką myśl; „Bóg jest tajemnicą. Życie jest tajemnicą. Dość zgrabnie przypomina o tym refren piosenki Marka Grechuty Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy.

Tylko, czy możliwe jest doznanie tego, co nas spotka, zrozumienie i odczucie, bez tego, co już znamy? A jeżeli znamy, to czy nie byłoby obrazą gdybyśmy je zapomnieli? Przyszłość jest horyzontem przeszłości i dla ludzi wierzących, niezależnie jakiego wyznania, nigdy się nie kończy. To, co żywe, nigdy nie będzie martwe, co najwyżej zmieni swój doczesny wymiar z 3D na D zwielokrotnione, by trwać gdzieś w wirtualnej chmurze.

„Życie to błądzenie za sobą bez nadziei, że się kiedykolwiek siebie odnajdzie” pisał w Traktacie o łuskaniu fasoli Wiesław Myśliwski.  A „Może każde zdarzenie musi się przejrzeć w opowieści, jeżeli chce się zdarzyć? I każdy człowiek, jeśli chce istnieć? A nawet Bóg nieopowiedziany, czy istniałby?”, więc nic dziwnego, że ta wiara w słowo, od którego wszystko się zaczęło, powoduje, że każdy z nas pisze księgę swojej wędrówki ku horyzontowi przyszłości, a często też opisuje, utrwalając na papierze i innych, modnych dziś nowinkach zwanych nośnikami pamięci. Dlatego to  Romek, alter ego autora książki dzięki której jego  Wędrówka do środka świata staje się  udziałem i nas, czytelników: „W poważnych sprawach zastanawia się, czy jego życiowe postępowanie nie jest wypracowaniem na temat”. Pewnie jest, ważne jednak, byśmy byli świadomi, jaki jest tego wypracowania temat, kto nam je zadał i kto będzie oceniał.

„Wszyscy wędrujemy a nasze życie jest podróżą” mówi wspomniany już przyjaciel głównego bohatera książki, Romka, Jonatan Schaatz, i tę myśl wydaje się, przyjął za swoją Grzegorz Boros, jakby zaprzeczając słowom Myśliwskiego, że ta wędrówka jest błądzeniem bez nadziei i mała szansa, że się kiedykolwiek siebie odnajdzie.

Lektura prozy Grzegorza uczy mądrego optymizmu i pogodnego przeżywania trudów wędrowania, bo „Dlaczego tyle mówi się o różnego rodzaju nieszczęściach, czy złych wydarzeniach, a prawie nic o sprawach drobnych, lub takich, które mimo dramatycznego przebiegu zakończyły się pomyślnie, ku radości i szczęściu wielu ludzi?”

Zdarzenia z pozoru błahe, banalna codzienność dorastania i wczesnej młodości w samym środku świata, którym dla Grzegorza i jego kolegów były okolice wrzeszczańskiej ulicy Partyzantów, stają się uniwersalnym kodem także naszych przeżyć, nieraz bardzo odległych od miejsc bliskich autorowi: „E, ja tam nie wierzę, aby się nic nie działo. To nie u nas. Nie w tym kotle- Romek wskazał ręką podwórko. Tu zawsze coś się dzieje. Wystarczy się przyjrzeć”.

Grzegorz zrozumiał, że ten środek świata jest w każdym z nas. Jest więc tak jak i my, mobilny. I chociaż bardzo osobisty, jednak uniwersalny, a ten uniwersalizm, to zapisany w Biblii nasz los. Wspólny los. Czy los Grzegorza, w powieści zapisany jako los Romka Sorobińskiego jest jakoś wyjątkowy? Czy wyjątkowe były czasy, w których ta trwająca wciąż historia wydarzała się? Już ksiądz udzielający Romkowi niemowlakowi chrztu przewidział, że będzie miał życie ciekawe: „Rodzice ochrzczonego niemowlaka zapamiętali maleńki kryształek soli, który podczas liturgii ksiądz włożył do ust chrzczonego chłopca. Poczekał chwilę na reakcje dziecka i półgłosem powiedział do rodziców: ­– jesteśmy w tej chwili świadkami Chrztu Świętego i widzimy, że chłopczyk nie płacze! Smak soli jest mu niestraszny. Wygląda na to, że będzie miał ciekawe życie”. 

I ma, a że było one mimo opresyjnej, zgrzebnej socjalistycznej rzeczywistości pogodne, to już sprawa charakteru Romka-Grzegorza, który nie mazgaił się, lecz dzielnie zjadł zaraz u zarania swojej drogi, ze światem przysłowiową beczkę soli, we właściwej jego wiekowi i wielkości dawce. Niełatwe dzieje tych, którym przyszło żyć w ustroju totalitarnym, Grzegorz przedstawia z humorem i pogodnym pogodzeniem się ze światem. Taką samą pogodę ducha znajdujemy u jego kolegów, przyjaciół, sąsiadów, udręczonych codziennością rodziców. I przyznam, że czasem mnie ten nadmierny optymizm Romka i jego otoczenia drażni. Wraz z kolegami Sorobiński stworzył niemal sielankową enklawę w otaczającym nas piekle i wszechobecnej brzydocie. Czy ten raj oglądany przez pryzmat dzieciństwa i młodości okaże się konstrukcją trwałą, czy siły odśrodkowe nie rzucą go na ugory zwątpienia, marazmu, czy wręcz nieprzyzwoitości, o tym być może dowiemy się w części drugiej i trzeciej, bo książka Grzegorza podzielona została na trzy odcinki. Chociaż czekam na następne z niecierpliwością, to myślę, że to rozczłonkowanie opowieści było dobrym zabiegiem, bo daje czas na przemyślenie pewnego etapu Grzegorzowej drogi, wyciągnięcie dla siebie tego, co może być drogowskazem i dla nas. Rzeczywistość lat pięćdziesiątych, sześćdziesiątych i częściowo siedemdziesiątych z krótką wycieczką do czasów najnowszych, początkujących sielankę wolnej Polski, jest też i naszą, rówieśników autora rzeczywistością, i nie ma sensu malowanie jej w zbyt czarnych barwach, bo to rzutowałoby na obraz czasów późniejszych, w których przyszło nam spędzać nasz czas senilny. Po zbyt czarnym obrazie czasów przeszłych, przyszłość musiałaby być albo zakłamana tęczowym optymizmem, albo by jej wcale nie było, bo powielanie smuty chwil, gdy ciemność nie została jeszcze przez Stwórcę rozjaśniona blaskiem dnia, kazałaby nam błądzić nadal. A nie jest to stan budujący radość ze spotkania z tym, co przed nami już niedługo, a co nieuniknione.

Grzegorz próbuje nas i siebie przekonać, że warto w swej wędrówce przez manowce losu być porządnym i skupiać się na tychże manowców cudowności, niewygody puszczając w zapomnienie. Jego bohaterowie przemawiają językiem literackim, formą zwracania się do dzieci i młodzieży przez dorosłych jest grzecznościowy zwrot „Pan”. Nawet wydarzenia tragiczne,: marzec 1968 roku, czy grudzień 1970, nie epatują nadmiernym realizmem. Dzidek, wielbiciel militariów, potraktowany jest przez zatrzymujących go milicjantów w sposób wręcz idylliczny. Trochę to kłóci się z doznaniami nas, czytających wspomnienia Grzegorza, ale czy zawsze literatura musi naśladować życie? Może warto dać prymat literaturze i niech chociaż na kartach książki życie naśladuje literaturę.  Czy przed spodziewaną już niedługo czekającą nas ostateczną przygodą, nie chcielibyśmy wynieść z naszego życia tego, co piękne, starając się brzydkie usunąć w cień zapomnienia? To, co ciemne, przecież i tak zostanie rozliczone przez Najwyższego Sędziego.

 Grzegorz Boros jest postacią zasłużoną dla kultury naszego trójmiejskiego zaścianka. Nie piszę tego z przekąsem, bo doceniając sukcesy naszych wybrzeżowych twórców w szerszym krajobrazie Polski i świata, nie uważam by musiały być dla nas kompasem. Czasem lepiej skupić się na drobiazgach, zmniejszyć obszar artystycznych i egzystencjalnych poszukiwań, wszak środek świata każdy z nas i tak nosi w sobie. Zawierzyć swoim małym ojczyznom i obserwować Jak przeciętne zmienia się w niepowtarzalne (taki tytuł I części swojej książki nadał autor).

Architekt wnętrz z zawodu, a od najnowszej książki mam nadzieję także i naszych osobistych wnętrz, jest autorem wielu ważnych projektów, wśród nich unikalnego przedsięwzięcia, jakim była rewaloryzacja zespołu architektoniczno-krajobrazowego „Jaśkowa Dolina” w Gdańsku Wrzeszczu. To jemu też zawdzięczaliśmy w ponurych czasach peerelu uśmiech na twarzach jadących kolejką do pracy stoczniowców, gdy w powszechnej szarzyźnie ujrzeli nagle pomalowany na żółto jeden z wiaduktów nad torami kolejowymi. Był też inicjatorem i współautorem książki „Obowiązek piękna” zawierającej bogatą kolekcję wzorników architektonicznych z XVI i XVII wieku. Ja zapamiętałem Grzegorza głównie z serii arkuszy poetyckich, której to serii był inicjatorem, wydawanych w latach 1974- 1978 przez RUSZSP przy ówczesnej Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych w Gdańsku, pod patronatem GTPS-u. Jak sam pisze: „Arkusze poetyckie składały się z publikacji wierszy młodego poety, a formę edytorską nadawał im student grafiki użytkowej PWSSP. Do wydawnictwa dołączano suplement w postaci plakatu autorskiego. […] W serii tej ukazało się dziewięć publikacji wydawanych w postaci eksperymentów edytorskich”.

Te bibliofilskie dzisiaj plakaty poetyckie czyta się wciąż tak jakby wyszły spod pióra twórców zaledwie wczoraj: „Każdy z nich na swój sposób intuicyjnie poszukiwał przestrzeni symbolicznych Gdańska i kreując rzeczywistość liryczną, stawiał ją poza czasem. Było to coś w rodzaju poszukiwania przyjaźni z Prawdą. Stąd dzisiaj, po czterdziestu kilku latach, wiersze te czyta się tak, jakby powstały wczoraj. To tajemnica właściwa poezji. Jej istotą wydaje się jednoczesne powiązanie z przeszłością i przyszłością”.

Nie mam już żadnego z owych poetyckich arkuszy, i niewiele pamiętam z wierszy, które wtedy czytałem, ale utkwił mi w głowie wiersz Grzegorza Borosa Rzeczpospolita kolejarzy Nie potrafię niczego o nim powiedzieć, nie wiem, czego dotyczył, ale wielokrotnie przez te czterdzieści parę lat używałem w różnych konfiguracjach owej frazy: „Rzeczpospolita kolejarzy”. Używam jej do dnia dzisiejszego, więc można powiedzieć, że ta rzeczpospolita wszelkie eksperymenty ustrojowe przeżyła i wciąż ma się dobrze, w przeciwieństwie do piszącego te słowa, odpornego na sugestię autora wyrażoną w prologu, że „Czasem wystarczy posprzątać”.

Tym, co robi wrażenie na czytających w tym trącącym nieco dydaktyzmem sprawozdaniu Grzegorza z jego wędrówki, jest niezwykła pewność drogi, którą autor w życiu obrał. To zgodne z zasadą ważności i nieważności, którą wyłożył profesorowi Karolowi Wojtyle poeta Aleksander Rozenfeld podczas egzaminu z etyki chrześcijańskiej na KUL-u, gdy „Wykładowca poprosił studenta, aby w ramach egzaminu z etyki chrześcijańskiej opowiedział jakiś nowy dowcip żydowski. Aleksander po chwili zastanowienia z właściwą sobie swobodą stwierdził, że jeśli na uniwersytecie nie studiuje przynajmniej jeden student narodowości żydowskiej, to cały uniwersytet należy uznać za nieważny. Ksiądz profesor poprosił o rozwinięcie tej myśli. – Rozwijając zasadę ważności i nieważności w odniesieniu do Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, to uniwersytet ten należy uznać za ważny, ponieważ Aleksander Rozenfeld jest studentem tego uniwersytetu”.

Uczmy się więc żyć zgodnie z tą zasadą, pamiętając, że nasze jednostkowe życie, to nasz środek świata, i bez nas oraz bez niego byłoby owo życie nieważne. Nawet, jeśli teraz, gdy i nasze „przeciętne” zmieniło się w niepowtarzalne, gdy zmieniły się imponderabilia i delatorstwo jest normą wręcz zalecaną (czego przykładem niedawne glosowanie w Parlamencie Europejskim), tęsknimy na powrót za tym przeciętnym.

„Wielka podróż zaczyna się od małego kroku”, pisze Grzegorz w prologu. Czy tych wielkich/małych kroków wystarczy, by „Znaleźć swoje miejsce na Ziemi to warunek szczęśliwego życia. Doświadczyć głębokiego poczucia, iż można o własnych siłach być szczęśliwym za życia ziemskiego”? Kroki małe, małe ze względu na wiek, są dzisiaj moją codziennością. Czy zdążę/zdążymy, być szczęśliwym jeszcze za życia ziemskiego, mam wątpliwości.  Ale próbujmy!

Polecam gorąco ten przewodnik wspierający naszą wędrówkę do środka świata. Zmienić przeciętne w niepowtarzalne warto, więc do lektury, tej staranie wydanej i głęboko przemyślanej przez autora książki zachęcam.

Grzegorz Boros, Wędrówka do środka świata, cz.I Jak przeciętne zmienia się w niepowtarzalne. Wydawca: BiT Beata Żmuda Trzebiatowska.

1 KOMENTARZ

  1. Mam kilka takich borosowych arkuszy poetyckich – m.in. Andrzeja Dorniaka w formie starego biletu kolejowego. To była piękna inicjatywa. Czas Zbyszku byś Ty wydał zbiór swoich erudycyjnych krytyk. Podsuwam tytuł – „Od Antarktydy do Arktyki – czyli szymański świat literackiej krytyki”…;)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here