Bóg stworzył świat. Proszę zauważyć jak asekurancko piszę, nie dodając zwyczajowego słowa „pan”. Gdyby było to tylko przyzwyczajeniem z czasów niesłusznych tytułowania Stwórcy obywatelem Bogiem, a Ducha Świętego po prostu duchem (ulica w Gdańsku św. Ducha była za peerelu ulicą Ducha), to byłoby nawet zrozumiałe, bowiem na starość człowiek pamięta lepiej to, co przydarzyło się jemu w dzieciństwie – ale nie, to jest taka nabyta z wiekiem ostrożność, której wciąż mimo epoki wyzwolenia nie potrafię się pozbyć. Wyglądam przez okno, gdzie grupy nadmiernie pobudzonych osób z ruchu wyzwolenia pewnego kobiecego organu ze stringów Dekalogu wiodą ze sobą przedszkolaków wznoszących okrzyki; „Heja, heja, hej, aborcja jest okey!”, na co z okien mojego domu starców wychylające się głowy w wieku 70 plus odkrzykują: „A jakże, a jakże, a jakże, eutanazja także!”- mając nadzieję, że młodzież wyzwoli ich od codziennej porcji porannej owsianki. Stąd więc to moje asekuranctwo? Boję się, że mogą urządzić pod moim oknem pikietę, a nawet noc długich noży (wszak ich logo kojarzy się jednoznacznie), by domagać się poprawności politycznej z mojej strony i tytułowania Boga słowem „pani”: „Domagamy się poszanowania pluralizmu obywatela Boga i pisania o nim używając całego wachlarza możliwości stosowania zaimków osobowych. W liczbie pojedynczej: on, ona, ono, a w liczbie mnogiej (tu próba przemycenia gnozy, że być może bogów jest więcej): oni, one. Żądamy również reformy gramatyk wszelakich, by w liczbie mnogiej zaimek ono, został uhonorowany i miał swojego przedstawiciela nie łączonego z rodzajem męskim. Precz z męskim szowinizmem! (to popiskiwanie feministek)”.
Same pikiety by mi nie przeszkadzały, ale mam nerwowego psa, który w przeciwieństwie do naszej „wyzwolonej” policji, nie wykazuje takiej powściągliwości, solidaryzując się raczej z nerwową porywczością swojego pana.
Recenzja tomu I: Jak zgodnie z zasadą ważności i nieważności zmieniać przeciętne w niepowtarzalne
Bóg stworzył świat z tego, co miał pod ręką, czyli z samego siebie, a to trwały i budzący zaufanie materiał. Jest więc Jego dzieło doskonałe, dlatego Szanowni Artyści, dobrze zastanówcie się, zanim chwycicie za pióro, pędzel, dłuto czy harfę, bo jak czytamy w Biblii: „Spojrzał Bóg na wszystko, co uczynił, a było to bardzo dobre (Genesis 1,31)”.
Niestety, zamiast po takim wysiłku odpocząć i w potyrkę (polskie określenie angielskiego weekendu) raczyć się dobrym trunkiem, regenerując siły na kolejną erupcję boskiego talentu, z resztek owej erupcji stworzył człowieka, mocno zaniżając poziom swojego dzieła. Cóż, pan Bóg nie miał jeszcze wokół siebie dzielnych stoczniowców i nie wywalczył sobie wolnych sobót. Od czasu do czasu musimy więc ten Jego „project” poprawiać, bo jak uczył Jan Paweł II: „Nie ma w polu widzenia Ewangelii miejsca na żadną nirwanę, na żadną apatię, czy rezygnację. Jest natomiast wielkie wezwanie do doskonalenia tego wszystkiego, co stworzone- i siebie- i świata”.
Nie jest to łatwe, skoro, jak czytamy w Pierwszym Liście do Koryntian: „To bowiem, co jest głupstwem u Boga, przewyższa mądrością ludzi, a co jest słabe u Boga, przewyższa mocą ludzi”. Czymś jednak te nasze pięć minut istnienia trzeba zapełnić.

Grzegorz Boros dożył już wieku, który zwiastuje biblijny kres, i w którym materią dalszej aktywności stają się głównie wspomnienia. Pomny więc na myśl wielu twórców, że życie nieopowiedziane jest niewiele warte, opowiada, próbując nauczyć nas: Jak przeciętne zmienia się w niepowtarzalne”. Opowiada już drugim tomem zamierzonej trylogii wydawanej przez wydawnictwo BiT Beata Żmuda-Trzebiatowska, pod wspólnym tytułem: „Wędrówka do środka świata”.
Śpiewał legendarny Sted: „Wędrówką jedną życie jest człowieka”, być może mając nadzieję, że na tym jednym eksperymencie się kończy. Nie byłaby więc opowieść Borosa niczym oryginalnym, gdyby nie to, że on stara się znaleźć i pokazać to wszystko, co pozwala wierzyć, że ta nasza wędrówka nie jest jedyną, lecz przed nami jeszcze eksploracja zaświatów. Wciąż jednak pozostaje niewyjaśnione, gdzie się znajduje ów tytułowy środek świata. Po przeczytaniu drugiej części tej autobiograficznej opowieści chyba już wiem. Wydaje się, że to miejsce autor lokalizuje w miejscu bardzo nieodległym, czyli w nas samych. Niby nieodległym, a jednak doświadczenie uczy, że niełatwo je znaleźć. Każdy z nas jest środkiem świata, a jednocześnie celem naszej egzystencjalnej wędrówki. Jest ten środek niezwykle mobilny, ale też i wierny nam, jego nosicielom, i nawet jeśli dla wielu jest on nieznośnym wirusem, to nie martwmy się zbytnio, bo wirus to nie za bardzo zjadliwy. Podąża za nami, jego żywicielami, jak wierny pies – ale czy my za nim?
Ten poznawczy egocentryzm wędrowców wcale zadania dotarcia do celu nie upraszcza. Wręcz przeciwnie, bo z tym co bliskie, co w zasięgu reki, jest podobnie jak z okularami pana Hilarego, których on uparcie szuka, nosząc na własnym nosie.
„Jak przeciętne zmienia się w niepowtarzalne” zastanawia się autor, kryjąc się za bohaterem swojej opowieści Romkiem Sorobińskim, anagramem własnego nazwiska wzbogaconego o przyrostek „ski”. Wzorem Cezara opowiada o sobie i swojej drodze w osobie trzeciej. W tej autoanalizie, w trudach dotarcia do tego co bliskie i nieoczywiście oczywiste, Grzegorza Borosa wspiera pamięć sformułowanej i ukazanej w części pierwszej swych memuarów zasady „ważności i nieważności”. Zasady, która została wymyślona przez poetę, Aleksandra Rosenfelda jako dowcip mający wzbudzić przychylność egzaminatora podczas egzaminu z etyki. Zgodnie z nią: „jeżeli na uniwersytecie nie studiuje przynajmniej jeden student pochodzenia żydowskiego, to cały uniwersytet należy uznać za nieważny”. Boros, świadomy, że życie to taki nieustający „uniwersytet”, z nami powtarzającymi wciąż ten sam rok, uznał zasadę za swoją. Nawet jeśli od biblijnych protoplastów i naszych korzeni gałąź drzewa genealogicznego znacznie odbiegła. Uznanie ważności własnej osoby i własnej drogi, to klucz do życia twórczego i spełnionego.
Dlaczego tak interesują nas książki biograficzne, a zwłaszcza te biograficzne auto? Myślę, że szukamy w nich potwierdzenia słuszności własnych wyborów. I tego, że życie, powielane w wielu zbieżnych z przeżyciami innych wydarzeniach, nie może być przeciętne. Tu moja niezgoda ze zdaniem gdańskiego prozaika o zamienianiu przeciętnego w niepowtarzalne bo, jak czytamy w Księdze Przysłów: „Na drodze prawości jest życie. Kroczenie po niej jest nieśmiertelnością”. Czyż nie jest to najprostszy, jaki możemy sobie wyobrazić azymut? A jednocześnie tak trudno utrzymać właściwy kierunek.
Każda, nawet ta najbardziej według nas banalna egzystencja, dana jest tylko nam. Jest Niepowtarzalna. Niepowtarzalnie wielka. Czy można za przeciętne uznać losy rodziny Cybulskich (dziadkowie autora po kądzieli), którzy z narażeniem życia ratowali żydowskie dzieci? Nie była to wówczas polska codzienność niestety, a raczej niepowtarzalny heroizm. Słowa proroka Jeremiasza: „Przeklęty, kto pokłada nadzieję w człowieku”, w wielu wypadkach sprawdzają się, ale jednocześnie odwaga rodziny Cybulskich im przeczy, bo jak czytamy: „człowiek kabaretem sprzeczności jest”. Warto być porządnym, deklaruje wielu autorów, później swoim postępowaniem owej deklaracji zaprzeczając. Dziadek Grzegorza Borosa mógł się wygodnie urządzić w powojennym Gdańsku, jednak nie chciał iść na żadne kompromisy. Widząc, do czego zdolne są nowe, narzucone nam z woli Kremla władze, chcąc uchronić się przed dewaluacją słowa uczciwość, po prostu znika. Nie znamy epilogu tej historii. Autor nam jej poskąpił, ale mam nadzieję, że w III tomie trylogii poznamy, bo nie na darmo autor rozpoczął od nawiązania do losu dziadka drugą część swojej opowieści. Strzelba wniesiona w pierwszym akcie sztuki musi w epilogu wypalić, to dobrze znana zasada dramaturgiczna.
Los przyniósł Romkowi Sorobińskiemu azymut metaforyczny. Dzieciństwo i młodość upłynęły mu na ulicy Partyzantów, gdzie jak mógł uprawiał partyzantkę wymierzoną w socjalistyczną utopię. Później, już jako człowiek dojrzały, ojciec rodziny i przykładny mąż, przeprowadził się na ulicę Wyzwolenia: „Romek stał przed falowcem i patrzył na tabliczkę z nazwą ulicy: „Wyzwolenia”. Prowokowała do przemyśleń. Czy ta przeprowadzka to nowy początek?”- zastanawiał się narrator i odbierając ten przypadek metaforycznie konstatował: „I tej właśnie epoce, która ledwie się zaczynała, przypisano nazwę wyzwolenia. Dosłownie i w przenośni”. Romkowi nasunęły się natychmiast, gdy tylko los obdarzył go tak wyczekiwanym przez młode małżeństwa mieszkaniem, dwa pytania: „Wyzwolenie od czego?” i „Wyzwolenie ku czemu?”. Przyniesiona wraz z wyzwoleniem postawa relatywizmu, negująca sens naszych polskich zmagań z historią, zauważona została przez Romka i takimi słowami zdefiniowana: „Nasze momentami aż do bólu dzieje zdecydowanie łatwiej jest odrzucić, niż zrozumieć. Chyba dlatego Polacy nie lubią się nawzajem, nie chcą lub nie potrafią pochylić się nad własną historią, by ją poznać i zaakceptować. […] Akceptacja, a nawet duma z własnych dziejów, ułatwiłaby budowanie ich pozytywnego odbioru, stworzyłaby podstawę do akceptacji trudnej przeszłości ku lepszej przyszłości”.
Pozwoliłaby, ale o tym zapewne dowiemy się z III części zapisków związanych z przeprowadzką Sorobińskich na ulicę Feniksa. Przeprowadzki, by wzlecieć z popiołów, i cytując Mickiewicza; „okiem słońca ogarnąć całą planetę, od końca do końca”. Program ambitny. Czy się uda, czy relatywizm, sceptycyzm i pandemia nie zniweczą naszej polskiej, chaotycznej krzątaniny, dowiemy się za jakiś czas.
„Pisz rzeczy warte opisania lub czyń rzeczy warte opisania”, pouczał Benjamin Franklin. Grzegorz Boros jest głodny jednego i drugiego. Pisze i czyni. Przedstawiając swoje zasługi dla epoki „wolności’ (w cudzysłowie, bo piszący te słowa do relatywistów i sceptyków wciąż jeszcze się zalicza), kryjąc się za Romkiem Sorobińskim, nie eksponując i nie epatując swoim kombatanctwem. Jest wielu w jego pokoleniu, którzy chętnie wypinają pierś po medale, by zbierać nie zawsze zasłużone gratyfikacje. Oni pozostaną na zawsze w epoce styropianowej wolności, gdy tymczasem Romek szykuje się, po przeprowadzce na ulicę Feniksa, do dalszego doskonalenia i wzlotu z popiołów. Chętnie ukazuje nam swój los, kryjąc się jednocześnie za plecami innych, których zasługi są większe tylko z powodu nadmiernej kurtuazji autora wspomnień. W stanie wojennym, tym eufemizmie zwykłej, barbarzyńskiej próby przedłużenia agonii tego, co nigdy nie powinno się urodzić, wraz z Marianem Terleckim i Andrzejem Dorniakiem drukuje tomik wierszy Stanisława Barańczaka i ulotki, które następnie rozrzuca wspólnie z Bogdanem Borusewiczem, pomagając mu jednocześnie kryć się przed wszędobylskimi szpiclami. Przy tym prowadzi normalne, jak na tamte czasy, życie. Pracuje, tworzy projekty plastyczne i architektoniczne. Uczestniczy w rewitalizacji budynku będącego siedzibą wrocławskiego klubu „Kalambur”, będąc jednocześnie łącznikiem między kulturalnym Gdańskiem i Wrocławiem, bo pamiętajmy, że telefony były wówczas na podsłuchu i trzeba było porozumiewać się językiem ezopowym. Stoi w kolejce po dobra codziennego użytku (ach, jak rozumiem tę radość ze zdobycia wianka rolek papieru toaletowego), zżyma się na jakość materiałów, z których przyszło mu realizować państwowe zlecenia: „Sorobiński wziął do ręki litrową puszkę czerwonej farby i otworzył blaszaną pokrywkę. Wraz z dwoma kolegami otrzymał zlecenie ekspresowego wykonania elementów wystroju pierwszomajowego”. W każdej puszce odcień koloru czerwonego jest inny, jak więc uzyskać ten właściwy? I jaki jest tym właściwym?: „Komuniści chcą mieć władzę absolutną, a nad kolorem swojej idei zapanować nie potrafią – stwierdził drugi z mężczyzn pracujących z Romanem”. Porywa się na na zamierzenia, które wymagają niewyobrażalnych zabiegów związanych z pozwoleniami i pieczątkami najwyższych czynników. Takim był w latach siedemdziesiątych projekt pomalowania gdańskiego wiaduktu na kolor żółty, który udało się z fazy projektowej wybronić i skierować do realizacji. Taka żółta łódź podwodna uderzająca w socjalistyczne dogmaty i przyzwyczajenia. Ma Romek-Grzegorz swój udział w projekcie pomnika poległych w grudniu 1970 r. stoczniowców. Udaje się wraz z żoną na zaproszenie do przyjaciela Jana Goitowskiego osiadłego w RFN. Ten, znający już nieco życie po tamtej, wolnej, pojałtańską rozrzutnością stronie, napatrzył się na tę zachodnią rzeczywistość na tyle, by nie ulegać zachłyśnięciu się gości z Polski: „Romek, żeby nie było złudzeń, liberalizm jest kierunkiem materialistycznym. Główne wartości to wolność, rynek i pieniądz, bez szansy na jakąś duchowość”.
Jako osoba zasłużona dla wybrzeżowej kultury, Romek Sorobiński zaproszony został, wraz z przyjacielem Marianem Terleckim, do udziału w spotkaniu z odwiedzającymi Polskę, na zaproszenie Pen Clubu, pisarzami Wiliamem Styronem i Kurtem Vonnegutem: „- Paradoks, absurd, ironia, tragedia, groteska – to żywioły Vonneguta, które bliskie są Polakom z racji wspólnych doświadczeń. Vonnegut doświadczył przeżyć wojennych w Europie, co łączy go z nami. Jednocześnie posiada taką cudowną właściwość, że patrzy na świat z pewnym zdziwieniem, jakby go widział po raz pierwszy”. To w powieści Vonneguta „Kocia kołyska” znalazł Romek swoje ulubione stwierdzenie „tlą mu się bezpieczniki”: „Wy, uczeni, za dużo myślicie – strzeliła panna Pefko i wybuchnęła głupawym śmiechem.
Łaskawość doktora Breeda spaliła wszystkie bezpieczniki jej systemu nerwowego i nie panowała już więcej nad sobą”.
Czy przeciętne, czy heroiczne, niepowtarzalne życie ma swoje uniwersalne prawa. Sorobiński prowadzi życie towarzyskie, pije alkohol. Nade wszystko jednak jest wzorowym ojcem rodziny i mężem ukochanej żony Bogusi. Wzruszająca jest czułość z jaką o niej pisze, a listy z samotnych wyjazdów są prawdziwym kąskiem dla miłośników sztuki epistolograficznej. Potrafi czerpać z życia, nawet tak ułomnego jak to nasze polskie, siermiężne, chociaż usytuowane w najweselszym bloku socjalistycznym gułagu. Bawi się, pracuje i czeka. W tym czekaniu na spełnienie wróżb Ojca Klimuszki i na głębokiej wierze w Opatrzność Bożą, tkwi jego siła. Wraz z większością Polaków wypatruje białego dymu znad Watykanu: „Do domu wróciła Bogusia. Sorobińscy nastawili odbiornik do odpowiedniej częstotliwości. Wkrótce „Wolna Europa” podała, że około 17.15 z komina nad Kaplicą Sykstyńską unosi się biały dym. O 18.12 padły długo wyczekiwane przez pielgrzymów słowa: „Habemus Papam! Dominum Carolum Sanctae Romanae Ecclesiae Cardinalem Wojtyla, qui sibi nomen imposuit Joannis Pauli Secundi”.
Sąsiad, a w chwilach wielkich, przełomowych wzruszeń, my, indywidualiści, lgniemy do siebie. Wychodząc z mieszkania Sorobińskich powiedział pełen optymizmu: „To naprawdę początek nowej epoki”.
I rzeczywiście zaczęło się wyzwolenie. Wpierw ducha, natchnionego nauką polskiego papieża, a później, po sierpniowych strajkach i smucie stanu wojennego, także i ciała. Czy to ciało, sterane polskim losem, wzbije się niczym mityczny Feniks z popiołów, przekonamy się w zapowiadanej III części memuarów. I nie próbuj przekonywać nas, Autorze, że starałeś się zamienić przeciętne w niepowtarzalne. To zbyteczna kokieteria. Ty tylko pilnowałeś, by to, co dostałeś/dostaliśmy od losu, co niepowtarzalne, nie zamieniło się w przeciętne. Jacques Le Goff, francuski historyk ze skłonnością do antropologii i badania naszej kondycji przez pryzmat kultury, który kładł duży nacisk na badanie życia codziennego ludzi i ich mentalność, starał się udowodnić, że nasze życie było dziełem. To samo podejście spotykam w rozważaniach Grzegorza Borosa. Niepowtarzalne są dla niego losy ludzi przeciętnych, którzy nawet jeśli stali się za sprawą mediów w przyszłości celebrytami, to w gruncie rzeczy my ich widzimy sportretowanych przez autora w największym rozkwicie ich cichej, skromnej działalności. Oni już wtedy byli ludźmi niepowtarzalnymi. A może ściślej: dla niego nie ma ludzi przeciętnych. Wiem, czym są wątpliwości, do których Boros przyznaje się w zamykającym swą mądrą książkę rozdziale. Rozumiem dobrze manowce egocentryzmu: „[…] moje plany, mój punkt widzenia, moje ambicje zawodowe, mój palec w nosie…”. Dobrze, że przypomina nam, czytelnikom, że: „Rozdęte „ego” nie daje się tak łatwo zaspokoić. Przez nie, owe „rozdęte ego”, jest nasza depresyjna alienacja: „Głęboka niewiara w to, że Bóg naprawdę wychodzi każdego dnia naprzeciw człowieka, pogłębia tę samotność”.
Dlaczego i skąd, u Grzegorza Borosa to wielkie, uzdrawiające swym optymizmem, podejście do życia? Zastanawiam się nad tym, czytając jego oczyszczające ze złogów pomówień, złośliwości, złych emocji, wspomnienia. Dlaczego ten ekumeniczny duch pojednania nie stał się również udziałem wszystkich tych, którzy z autorem zetknęli się osobiście? Bo do tego potrzebna jest wiara w wiarygodność i nieomylność Biblii jako Słowa Bożego oraz wiara w wyłączne pośrednictwo Jezusa Chrystusa w zbawieniu. Żywe są obecnie w świecie, i na szczęście ekspansywne, ruchy ekumeniczne, których wyznawcy głoszą, że powodzenie materialne, zdrowie fizyczne i szczęście w ziemskim życiu są owocami właściwego używania zbudowanych w oparciu o Biblię i relacje z Bogiem: wiary, mądrości i posłuszeństwa, a nędza i choroba nie są wolą Bożą dla człowieka wierzącego. Od spotkania w 1994 r. w Toronto, gdzie wylanie Ducha Świętego objawiło się jako śmiech zebranych, znane jest pojęcie „święty śmiech”.
„Aria śmiechu” to właśnie tytuł kończącego książkę rozdziału. Podczas spaceru, Romek przypomina sobie ostatnią rozmowę z koleżanką Basią. Dla niej, wszak to kobieta, okazją do snucia depresyjnych rozważań, które przerodziły się w oczyszczający śmiech, stał się własny wizerunek odbity w szybie marketu i myśl o szarym życiu: „prawie pięćdziesięcioletniej kobiety i nudzie życiowej w wieku przedemerytalnym”. Okazją do śmiechu staje się wszystko to, co jej w życiu nie wyszło: „Ja mimo wszystko uważam, że to może być śmieszne! Tyle rzeczy w moim babskim życiu nie wyszło, że aż strach mówić”. Pocieszeniem może dla niej być to, że także Romek przyznaje się do swoich niepowodzeń: „Chciałbym wyzwolić się od samego siebie. To trudne, jeśli w ogóle możliwe. Człowiek jest omotany tak gęstą pajęczyną egoizmu.[…] A ponadto…- Co ponadto? – Głęboka niewiara w to, że Bóg naprawdę wychodzi każdego dnia naprzeciw człowieka, pogłębia samotność”.
Dla Sorobińskiego pocieszeniem stała się książka Blaise Cendrarsa pt. „Gwiezdna Wieża Eiffla”, w której znalazł dedykację z propozycją, by sobie „polewitował”. Pojął, na przykładzie świętego Józefa z Kupertynu, że: „Człowiek ma dwie relacje. Z panem Bogiem i ze światem”. Święty był wyjątkowym niezgułą, nic w życiu praktycznym jemu się nie udawało. Ale im mniej przypisany był mu sukces, tym więcej znajdował przychylności u Boga, który obdarzył go umiejętnością lewitacji. Tu przypomniały mi się obrazy i freski Marca Chagalla, na których widzimy lewitujące postaci: „Dopiero jak stajemy się bankrutami, jak czujemy się nikomu niepotrzebni, to przypominamy sobie o Panu Bogu. […] Bóg widzi niemoc i dlatego czyni człowieka nowym, ale czyni to wtedy, kiedy […] Jest gotowy na to, by wola Boża kształtowała jego życie […] Człowiek przed śmiercią musi skruszeć i dziękować panu Bogu za wszystko, co go spotyka”.
Dalszy wywód Romana, wizja, że pan Bóg bierze nieudacznika za rękę, by wspólnie z nim lewitować, ulżyła Barbarze w troskach.: „Śmiech coraz bardziej wymykał się Barbarze spod kontroli. […] Jest mi fantastycznie, tak jakbym się unosiła. Jest mi tak lekko, że mogę się tylko śmiać. Ha, ha ha! Czuję się jak piórko w rękach pana Boga”.
Śmiech jako antidotum, gdy cierpię, i wtedy, gdy jestem w euforii. Śmiech oczyszczający jako odpowiedź na niejednoznaczny świat: „…w takich chwilach jest mi tak lekko i radośnie, że tę moją chorobę uważam za dar od Pana Boga”. Śmiech wyzwoleniem? Czemu nie, byle tylko nie był to śmiech zmanipulowanych przez ulicznych zadymiarzy dzieci, o czym wspominałem na początku moich rozważań.
Czy Bóg sam potrafi się śmiać? Gdy budzimy się w kwietniowy poranek w promieniach wiosennego słońca, obudzeni śpiewem ptaków ukrytych w pełnej kwiatów gałęzi jabłoni, zwykle mówimy, że jest to uśmiech Boga. Biblijnych przykładów na Boży śmiech nie mamy, chociaż czasem wydaje się nam, że Stwórca sobie z nas żartuje. A może po prostu śmieje się kamienną twarzą Buster Keatona? „Więcej śmiechu” – chciałbym sparafrazować ostatnie słowa Goethego, gdy znajdę się w jego położeniu, tylko czy przyduszony covidem zdołam jeszcze przynajmniej wyszeptać tę myśl? I czy ten śmiech będzie uprawniony, gdy zdołamy się odbić ze styropianowej ulicy Wyzwolenia, by wzbić się z popiołów Feniksem? A ów mityczny Feniks, czy okaże się Dedalem, czy, jak zwykle, Ikarem? Grzegorz Boros multiplikuje pytania, zmusza do myślenia i zastanowienia się nad odpowiedziami. Jest dla czytelnika mądrym przewodnikiem po niełatwych do zrozumienia czasach. Jeżeli wzleci Feniksem, uchwyćmy się jego i dajmy się ponieść. Azymut wyznaczył nam wszystkim Bóg. On nas stworzył niepowtarzalnymi i nie dajmy się zdewaluować.
Autorowi życzę, by zdążył nas, wyzwolonych, wznieść na poziom wyższy, i by Feniksowi nie „Spaliły się wszystkie bezpieczniki”.
zbigniew radosław szymański
Grzegorz Boros, Wędrówka do środka świata, cz.II Jak przeciętne zmienia się w niepowtarzalne. Wydawca: BiT Beata Żmuda Trzebiatowska.




![[foto] Kaszubski kosmos / Kaszëbsczi kòsmòs w Gdyni cz. I](https://gazetaswietojanska.org/wp-content/uploads/2026/07/DSCF0135-218x150.jpg)




![[foto, wideo] Śpiewać każdy może, ale czy powinien?](https://gazetaswietojanska.org/wp-content/uploads/2026/07/DSC00179-kopia-218x150.jpg)


![[aktualizacja] 4.01 Referendum w Kosakowie](https://gazetaswietojanska.org/wp-content/uploads/2026/01/POL_gmina_Kosakowo_COA.svg_-218x150.jpg)

![[foto] Batory. Transatlantyckie love story](https://gazetaswietojanska.org/wp-content/uploads/2026/06/DSC00138-kopia-218x150.jpg)

![[foto] [wideo] Malta Festival 2026: konferencja prasowa](https://gazetaswietojanska.org/wp-content/uploads/2026/05/IMG_4626-218x150.jpg)
![Sho[r]t: Mariusz Grzegorzek w hołdzie Yayoi Kusamie](https://gazetaswietojanska.org/wp-content/uploads/2026/05/Kusama2-218x150.jpg)
![[foto, wideo] Pomysły na Gdynię: Pomorskie Centrum Sztuki w Hali Łukowej](https://gazetaswietojanska.org/wp-content/uploads/2026/06/44a-218x150.jpg)
![[wideo] 5.06 Premiera singla „Trzy miasta” INKI i Adama Kalinowskiego](https://gazetaswietojanska.org/wp-content/uploads/2026/06/Okladka-218x150.jpg)