„Më trzimómë z Bògã” – to popularne na Kaszubach hasło, wywodzące się z satyrycznego i prześmiewczego w stosunku do Kaszubów i Żydów utworu „Ò Panu Czôrlińsczim, co do Pùcka pò sécë jachôł”, wydanego wierszem w 1880 r. przez H. J. Derdowskiego (1852-1902). Najczęściej kojarzone z tzw. „Marszem kaszubskim” (fragment ww. poematu), który od 21.01.2017 r. zalecany jest przez Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie, jako utwór wykonywany po komendzie „do hymnu kaszubskiego.”

            Kilka dni temu trafiłem w sieci na komentarz jednej z internautek, powołującej się na inny, popularny fragment z tej samej książki: „Ni ma Kaszëb bez Pòlonie, a bez Kaszëb Pòlsczi”. Pomijając popełnione przez nią błędy ortograficzne i logiczne w składzie tego zdania, kobieta wykorzystując cytat, przy okazji zwyzywała mężczyznę, który skomentował materiał udostępniony przez TVP Info, dotyczący spotkania M. Morawieckiego z rolnikami (III Święto #WdzięczniPolskiejWsi). Sytuacja przykładowa, ale doskonale obrazuje, w jakim kontekście dziś przywołuje się te słowa: jako argument przy braku argumentów w dyskusji z osobą kaszubskocentryczną. No, bo jak nie jesteś Polakiem, to od razu Niemcem, a jeżeli osoba taka nadal będzie próbować dyskutować, to znaczy, że jest separatystą, zdrajcą itd. Zabieg stary, jak kaszubski świat (przypomnę tylko, że z tym samym zmagali się Zrzeszińcy: Labuda, Trepczyk i inni).


Fragment dyskusji, źródło: twitter.com

            Dzisiejsza melodia „Marsza kaszubskiego” została skomponowana przez Feliksa Nowowiejskiego w 1921 r. i to on jako pierwszy nazwał ten utwór „Hymnem kaszubskim”, co spotkało się ze sprzeciwem ówczesnych działaczy kaszubskich – Młodokaszubów i Zrzeszińców. Zresztą Nowowiejski w tym czasie skomponował mnóstwo pieśni do słów lokalnych poetów i poetek z całego kraju, które nazywał hymnami, np. „Hymn Warmii”, „Hymn Górnośląski”, „Hymn Pomorza. Ogólnie w jego bogatym dorobku doliczyć można się przeszło 25 hymnów, co miało wpisywać się w budowanie poczucia narodowej jedności nowo odrodzonej Polski. W oryginale utwór śpiewany był jednak na melodię „Mazurka Dąbrowskiego” (1797 r.), przez tytułowego bohatera poematu, pana Czarlińskiego, przedstawiciela zubożałej szlachty kaszubskiej z okolic Chmielna, który wybrał się do Pucka, aby zakupić nowe sieci do połowu ryb. Może nie byłoby w tym nic dziwnego – melodia ta do dziś nie ma znanego autora, uważa się, że była popularną melodią ludową, a swoje patriotyczne pieśni na tę melodię mają także Chorwaci, Czesi, Łużyczanie, Słowacy, Ślązacy, Ukraińcy i Żmudzini. Na tę samą melodię wykonuje się tzw. „Hymn wszechsłowiański”, będący hymnem Jugosławii (1945-2003) i później Serbii oraz Czarnogóry (2003-2006). Wszystkie te teksty powstawały między 1830 a 1850 rokiem, więc Derdowski pod tym względem niczym się nie wyróżniał, może tylko trochę spóźnił. Dziwi jednak sytuacja, w której bohater utworu wykonuje tę pieśń, najpierw pogwizdując, a później śpiewając staremu, wykastrowanemu koniowi, którego w ten sposób „sprawdzał” (czy jeszcze reaguje na obecność człowieka) przed zakupem w trakcie swej przygody. Koń miał uderzać kopytem w rytm pieśni, czym przypadł do gustu Czarlińskiemu, mimo braków w uzębieniu – istotne w ocenie wartości konia wśród Kaszubów (motyw ten pojawia się np. w Gwiżdżach, gdy listonosz próbuje sprzedać policjantowi bezzębnego rumaka). Utwór składa się z 9 zwrotek i powtarzającego się refrenu, w oryginale:

Nigde do zgube
Nie przyńdą Kaszube,
Marsz, marsz za wrodziem!
Me trzemąme z Bodziem.

            w uwspółcześnionej wersji:

Nigdë do zgùbë
Nie przińdą Kaszëbë,
Marsz, marsz za wrogã!
Më trzimómë z Bògã.

Okładka publikacji z nutami na fortepian i śpiew solowy kompozycji F. Nowowiejskiego, 1921 r., źródło: bibliotekapiosenki.pl

Z poszczególnymi zwrotkami można zapoznać się np. tutaj: kaszubia.com.

            Już pierwsza zwrotka od lat wzbudza liczne kontrowersje, także w szeregach Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego, wszak mowa w niej o polskiej wierze i polskiej mowie, które mają u nas nie zaginąć. Jak to, w kaszubskim hymnie ma być mowa o polskiej wierze i polskiej mowie? Gdy w 2005 r. język kaszubski otrzymał prawny status języka regionalnego w Polsce, członkowie ZKP zaczęli zwracać na to uwagę. Obecny wiceprezes organizacji, Eugeniusz Pryczkowski, od kilku lat proponuje, by zmienić tekst w tym miejscu na „nasza wiara, nasza mowa”. Oczywiście pomijając fakt, że Bałtyk, o czym mowa w kolejnym wersie, nie jest wyłącznie polskim morzem (wszak jest jeszcze kilka innych krajów, które leżą nad Bałtykiem), może byłby to sposób na rozwiązanie problemów, które dotyczą tego utworu. Myślę oczywiście o licznych kłamstwach, które występują w kolejnych zwrotkach.

            W drugiej mowa jest o krwawych wojnach z Niemcami, które mieliśmy prowadzić niemal od zawsze (przez „wieki całe”). Prawda jednak jest taka, że Kaszubi nie prowadzili przeciwko Niemcom ani jednej krwawej wojny, chyba, że w szeregach niemieckich armii. Kolejne zwrotki jakoby mają być potwierdzeniem tezy autora, gdzie za Niemców uważa się głównie Krzyżaków, jednak przywoływane przez niego bitwy i wojny w rzeczywistości wyglądały inaczej, niż to opisuje.

            W trzeciej zwrotce mowa o dwustuletnim ruchu oporu wobec Krzyżaków, którzy mieli palić kaszubskie wioski i miasta. Kaszubi nie sprzeciwiali się władzy krzyżackiej, służyli w krzyżackich szeregach, a nasi zachodni władcy – Gryfici, stali się sprzymierzeńcami Krzyżaków w wojnach przeciwko Polsce (choćby jedyny kaszubski król, Eryk II Pomorski). Oczywiście Derdowski pominął wojny przeciwko Krzyżakom prowadzone wcześniej przez Sobiesławiców – wszak nie wpisywały się one w tezę o odwiecznej polskości Kaszubów, gdyż ci nasi, gdańscy władcy, walczyli także z Polakami. Dodatkowo Polacy sprzymierzyli się z Krzyżakami przeciwko Kaszubom przed 1308 r., w wyniku czego ostatecznie Krzyżacy zajęli Pomorze Gdańskie, gdyż strona polska nie dotrzymała warunków tego przymierza. W czasach krzyżackich nastąpił na Kaszubach rozkwit gospodarczy. Za działania ruchu oporu na Kaszubach uznać można gdańskie powstanie z lutego 1454 r. przygotowane przez Związek Pruski, jednak przeprowadzone bez konsultacji ze Związkiem, w wyniku czego zniszczony został zamek krzyżacki znajdujący się nad Motławą. Twierdzę rozebrano „cegła po cegle” (choć do dziś pozostał fragment murów), aby kolejny władca – np. król Polski, nie obsadził tam własnego starosty (jak to miało miejsce przed rzezią gdańską w 1308 r.), co miało gwarantować Gdańskowi niezależność. Po rozebraniu zamku do „ruchu oporu” przystąpiły Bytów, Kościerzyna, Lębork i Puck, wypowiadając posłuszeństwo Krzyżakom i prosząc Gdańsk o opiekę. Po zajęciu Tczewa, Tucholi, Nowego, Osieka i Gniewu, holenderski dowódca wojsk pomorskich Związku Pruskiego, Jon von der Jene, ogłosił się starostą pomorskim, kilka miesięcy później król Kazimierz IV Jagiellończyk mianował go pierwszym wojewodą pomorskim. Ów ruch oporu upadł jeszcze w tym samym roku, po przegranej bitwie, o której mowa w piątej zwrotce, więc za moment do tego wrócę.

            Tymczasem w czwartej zwrotce śpiewa się o walce Kaszubów po stronie polskiego króla Jagiełły (nie wiadomo którego) w wojnie z Krzyżakami. To też nigdy nie miało miejsca. Choćby w najsławniejszej bitwie konfliktu polsko-krzyżackiego, gdzie dowodzili Jagiellończycy, pod Grunwaldem (1410 r.), Kaszubi przegrali, walcząc po stronie Krzyżaków. Podobnie było w innych bitwach, np. w kluczowej dla wojny trzynastoletniej bitwie pod Świecinem (1462 r.), gdzie król Eryk II Pomorski jako sojusznik Zakonu przybył na miejsce bitwy zbyt późno, przez co Krzyżacy przegrali starcie i od tego czasu zmuszeni byli do przejścia w stałą ofensywę, trwającą aż do hołdu pruskiego (1525) i powstania lenna polskiego – Księstwa Pruskiego.

Bitwa pod Chojnicami 1454, F. Grotemeyer, olej na płótnie, ok. 1900 r.

            Kolejna, piąta zwrotka, przywołuje bitwę pod Chojnicami (18.09.1454), gdzie król Kazimierz IV Jagiellończyk poniósł jedną z największych klęsk w całej historii starć polsko-krzyżackich. Derdowski wychwala tu kaszubskich chłopów, którzy mieli „zgnieść jak robaka” Krzyżaków, a tymczasem rycerze chojniccy w bitwie tej stali po stronie Krzyżaków, którzy przy stracie 100 rycerzy pokonali liczniejszą armię polską, po stronie której poległo 3 000 żołnierzy, a 300 trafiło do niewoli, wśród których znalazł się wspomniany wcześniej dowódca wojsk pomorskich – Jon von der Jene. Bitwa ta zakończyła kilkumiesięczny (luty-wrzesień) ruch oporu na Kaszubach, a ziemia lęborsko-bytowska trafiła pod władanie króla Eryka II Pomorskiego. W temacie dotyczącej trzeciej zwrotki, nadmienię tu jeszcze, że po rozbiorach Polski na Kaszubach nie zorganizowano żadnego ruchu oporu, który działałby przez owe 200 lat i nie przeprowadzono żadnego powstania. Jedno jedyne powstanie, jakie próbowano zorganizować w tym czasie na Pomorzu, miało mieć miejsce kilkadziesiąt lat przed tym, gdy Derdowski zaczął pracę nad poematem, a organizował je krytykowany przez niego ojciec ruchu kaszubskiego, Florian Ceynowa. Atak na pruskie koszary w Starogardzie Gdańskim planowany był na 21/22.02.1846 r. i miał być częścią powstania wielkopolskiego. Do ataku nie doszło, gdyż słabo wyposażeni kociewscy chłopi zaangażowani w akcję nie chcieli ryzykować życiem za gnębiącą ich polską szlachtę, dodatkowo siły były bardzo nierówno rozłożone – powstańców było kilkudziesięciu, a żołnierzy kilkuset, pruscy żołnierze szybko dowiedzieli się o planach, Ceynowę aresztowano kilkanaście dni później i osadzono w berlińskim Moabicie, gdzie po kilkumiesięcznym śledztwie i procesie otrzymał wyrok śmierci przez ścięcie toporem – do czego nie doszło z powodu rewolucji marcowej i ogłoszenia amnestii dla więźniów.

            Szósta zwrotka opowiada już o innym konflikcie, wojnie polsko-szwedzkiej (1655-1660), znanej jako „potop szwedzki”. U Derdowskiego Kaszubi mieli stawiać opór szwedzkiemu najeźdźcy, wyganiając ich czapkami z Pucka. Przypomnę, jak było. Szwedzi wkroczyli do Polski przez Pomorze Zachodnie (od kilkunastu lat nie istniała już dynastia Gryfitów – Pomorze Przednie (od Roztoki do Szczecina) wraz z Rugią należały do Szwecji, a Pomorze Tylne (od Szczecina do Lęborka) do Brandenburgii), zajęli Wielkopolskę, Małopolskę i Mazowsze. Powszechnie znanym jest fakt, że wiele miast poddawało się bez walki oraz, że ze Szwedami dogadał się także książę litewski, Janusz Radziwiłł, zrywając unię polsko-litewską. Pamiętajmy, że w tym czasie prowadzona była także wojna polsko-rosyjska (zwana „potopem rosyjskim”) i trwało powstanie Bohdana Chmielnickiego na dzisiejszej Ukrainie. Pomorze bronione było przez wojska pod dowództwem wojewody malborskiego, Jakóba Weyhera (założyciela Wejherowa), jednak szybko armia ta musiała wycofać się aż do Pucka, gdzie znajdował się dobrze ufortyfikowany i zaopatrzony dawny zamek krzyżacki, który tuż przed potopem szwedzkim rozbudował ród Weyherów na potrzeby powstającego w Pucku portu polskiej floty wojennej. Miasto jednak zostało zajęte przez Szwedów, do końca wojny bronił się wyłącznie zamek w Pucku oraz miasto Gdańsk. Do walk na Pomorzu włączyli się Brandenburczycy, początkowo poproszeni o wsparcie przez szlachtę pomorską i króla Jana Kazimierza mieli bronić pomorskich miast przed zajęciem przez Szwedów, później w zamian za obiecaną Warmię i część Wielkopolski stanęli po stronie szwedzkiej, oddając zajęte wcześniej miasta. Do działań wojennych dołączył także wspierany przez Turcję Siedmiogród, który sprzymierzył się z walczącym o wolną Ukrainę Chmielnickim, licząc na zagarnięcie części Małopolski z Krakowem na czele i być może mając nadzieję na zjednoczenie Węgier. O losie podzielonej już w traktatach najeźdźców Rzeczypospolitej zdecydowała Dania, która wypowiedziała wojnę Szwecji, wymuszając tym samym odwrót szwedzkich wojsk. Brandenburgia ponownie postanowiła zawrzeć traktat z Polską – tym razem stawką była nie tylko obiecana przez Szwecję Warmia, ale całe Księstwo Pruskie oraz możliwość przemarszu wojsk brandenburskich przez Pomorze Gdańskie do Prus. Koniec końców, po pokoju oliwskim (03.05.1660 r.), najlepiej na tej wojnie wyszła właśnie niemal bezstratna w wyniku działań wojennych Brandenburgia i ród Hohenzollernów, którzy 100 lat później dokonali rozbiorów Polski. Same Kaszuby, podobnie jak inne części Rzeczypospolitej, dotknęły olbrzymie straty materialne i kulturowe – splądrowane i spalone wioski, dwory szlacheckie, kościoły katolickie, złupione zbiory rolne, wymordowana ludność. Historycy straty z czasów najazdu Szwedów oceniają na wielokrotnie dotkliwsze, niż te, które były skutkiem II Wojny Światowej. Największe zniszczenia na Kaszubach miały miejsce w Mirachowie, będącym od 1473 r. siedzibą starosty, sędziego królewskiego i miejscem, gdzie organizowano pomorskie sejmiki. Ówczesne miasto z rynkiem i licznymi kamienicami oraz dworem starosty zostało doszczętnie zrównane z ziemią, nigdy już nie wróciło do swojej świetności i zostało zdegradowane do rangi wsi, z czasem starostwo przeniesiono do Kartuz. Gdańsk był całkowicie odcięty od dostaw, również od strony morskiej, w mieście wybuchła epidemia, w wyniku której zmarła niemal połowa mieszkańców miasta. Całkowicie splądrowane Żuławy zostały zalane po przerwaniu wałów przeciwpowodziowych. Podobny los Szwedzi szykowali Gdańskowi, chcąc skierować bieg Wisły na miasto. Wszystkie łupy wywożono drogą morską przez Elbląg do Szwecji. O ile w ogólnym rozrachunku w całej Rzeczypospolitej spadek liczby ludności szacowano na 30%, o tyle na Kaszubach był on znacznie wyższy i szacuje się, że wojny tej nie przeżyła tutaj ponad połowa ludności. Nijak mają się więc do tego kaszubskie czapki Derdowskiego.

Oblężenie Gdańska przez wojska rosyjskie i saskie 1735, G. P. Busch 1736.

            Kolejne zwrotki nie mają już odniesień wojennych. Derdowski całkowicie pomija historię XVIII i XIX wieku, które musiały być jeszcze w pamięci żyjących Kaszubów, gdy tworzył swój poemat. To trochę tak, jakbyśmy dziś w utworze o historii Kaszubów nie pisali o czasach I i II Wojny Światowej. W „Marszu kaszubskim” nie znajdziemy więc niczego o wojnie sukcesyjnej (1733-1735), w trakcie której w Gdańsku ukrywał się Stanisław Leszczyński, który po przegranej wojnie zrzekł się tronu na rzecz Augusta III Sasa. Nie ma więc nic o oblężeniu Gdańska przez wojska rosyjskie i saskie, ani o krwawej bitwie rosyjsko-polskiej pod Wyszecinem (20/21.04.1734 r.). Nie ma nic o rozbiorach i zaborcach. Nie odnosi się do wojny napoleońskiej i oblężenia Gdańska przez Francuzów (1807 r.), do licznych zniszczeń, które zostawili za sobą zwolennicy Napoleona na Kaszubach, do rabunków, których się dopuszczali – choćby do wywiezienia z Gdańska tryptyku „Sąd ostateczny” H. Memlinga do paryskiego Luwru, do ustanowienia Wolnego Miasta Gdańska, do kolejnego oblężenia Gdańska przez Rosjan (1813 r.) przy wycofywaniu się Francuzów, do kolejnych strat, zniszczeń i rabunków, do wywożenia Kaszubów na Sybir, do kolejnych bezsensownych śmierci…

            Siódma zwrotka mówi o tym, że skoro Kaszubi poradzili sobie z Krzyżakami i Szwedami, to dzięki sieciom, siekierom i kosom dadzą radę nawet diabłu w piekle. Z tym, że jak już wspomniałem, na Kaszubach nie mamy tradycji powstańczej, ani buntów chłopskich, jak np. prowadzone kilkanaście lat przed tworzeniem poematu powstanie chłopskie w Galicji pod przywództwem Jakuba Szeli.

            Ósma zwrotka to kłamstwo dotyczące pochodzenia św. Stanisława Kostki (1550-1568), którego Derdowski próbuje zrobić Kaszubą. Oczywiście, można po raz kolejny nazwać to zabiegiem satyrycznym, ale traktujmy kwestię hymnu poważnie. Co prawda w Pucku znany był ród Kostków, przedstawiciele tego rodu sprawowali tam funkcje starostów, posiadali oni dobra ziemskie w Mściszewicach i Węsiorach. Pierwsze wzmianki o rodzie Kostków na Kaszubach pochodzą z 1570 r., czyli pojawili się oni u nas już po śmierci Stanisława. Święty urodził się jednak w Rostkowie, głównej siedzibie rodu Kostków, mazowieckich senatorów i nie ma żadnego źródła, które potwierdzałoby pokrewieństwo obu tych rodów. A już z całą pewnością nie można mówić o tym, że św. Stanisław „u nas się rodził”.

            Ostatnia, dziewiąta zwrotka, jest jakby komentarzem zarówno do tego co było, jak i co jest (w czasie powstawania poematu) – żałoby nad poległymi synami ziemi kaszubskiej. Jednocześnie jednak wzywa do kolejnego buntu i walki, z cepami i kłonicami w ręku, w imię boskie, przeciw zaborcy. Komenda jest prosta i znana z refrenu: „marsz za wrogiem! (…) z Bogiem”. Nie pierwszy i nie ostatni Derdowski wzywa w ten sposób do łamania piątego przykazania bożego w imię Boga. Zawsze jednak będzie mnie to trwożyć – zabijanie w imię Boga, a może usprawiedliwianie i zrzucanie winy na Boga za zabijanie innych ludzi?

            Katechizm Kościoła Katolickiego kłamstwo określa mianem grzechu powszedniego, a śmiertelnego w przypadku, gdy kłamstwo „poważnie narusza cnotę sprawiedliwości i miłości”. Kłamstwa Derdowskiego, wzywające do „marszu za wrogiem” z całą pewnością nie mają nic wspólnego z miłością. Forsowanie więc do rangi hymnu tekstu, który wzywa do wojen, zabijania, propaguje liczne kłamstwa i powołuje się przy tym na „trzymanie z Bogiem” – i to chyba jedyny argument, którego obecnie zwolennicy „Marsza kaszubskiego” kurczowo się trzymają (wszak ich zdaniem Kaszubi to zawsze byli, są i będą katoliccy, bez względu na to, że to także kłamstwo) jest dla mnie całkowicie nieakceptowalne i niezrozumiałe. A co do sprawiedliwości – zależy od punktu widzenia, przez co znów wracamy do początku, czyli do dyskusji z osobą kaszubskocentryczną lub nie, która historię Kaszub traktuje jako historię Kaszub, albo historię Polski, dla której liczy się kaszubska, albo polska racja stanu. Do dyskusji, której nie ma, wszak już wiemy, że „Nie ma Polszy bez Kaszeby, a bez Kaszeb Polszy”.

Skrótowa analiza porównawcza „Marsza kaszubskiego” H. J. Derdowskiego i utworu „Zemia rodnô” J. Trepczyka

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj