Emil Reszczyński o ważnej książce Petera Turchina.

Groźba inwazji Stanów Zjednoczonych na Grenlandię, Panamę lub Kanadę. Kłótnia prezydenta Ukrainy z prezydentem Stanów Zjednoczonych na oczach całego świata. Kordon sanitarny wokół pikujących w sondażach eurosceptyków na Starym Kontynencie, skutkujący paraliżem parlamentarnym we Francji, legislacyjną gorączką w Niemczech czy unieważnieniem wyborów w Rumunii i sędziokracją w obronie establishmentu na pełnej mocy. Głęboka konsternacja z pewnością towarzyszy dziś niejednemu żyjącemu na zachodniej półkuli. Świat, do którego przywykliśmy, zmienia się bowiem na naszych oczach. Czy powinno nas to jednak dziwić?

Historia wielkich upadków i politycznych przeobrażeń jest zazwyczaj sprowadzana do upadku pojedynczego przywódcy, niekiedy także spektakularnego zwycięstwa jego przeciwników, których strategiczny geniusz urasta wówczas do rangi symbolu oraz mitu założycielskiego dla kolejnych pokoleń. Wielkie wydarzenia, w tym przede wszystkim wielkie upadki, nie znoszą niejednoznaczności. Historycy, politycy czy dziennikarze, szczególnie ci ostatni, lubują się w przypisywaniu nieograniczonej sprawczości jednostce, odpowiedzialnej zarówno za rozkwit, jak i schyłek imperium. Błędnie.

Peter Turchin, badacz zajmujący się ewolucją społeczną i kulturową, z wykształcenia biolog teoretyczny, badający zjawiska niestabilności politycznej, w swojej najnowszej książce „Czasy ostateczne. Elity, kontrelity, ścieżka dezintegracji politycznej” polemizuje z uproszczeniami sprowadzającymi przeobrażenia polityczne do roli, jaką pełnią jednostki stojące na czele państw czy politycznych organizacji. W ramach swojej pracy naukowej wykorzystuje modele matematyczne celem kompleksowego wyjaśnienia historycznych przemian. Wykorzystując matematykę do badań historycznych, stworzył wraz z grupą innych badaczy ogromną historyczną bazę danych – CrisisDB, będącą punktem wyjścia jego analiz. Na potrzeby swoich badań ukłuł termin kliodynamika, zawierający w swych ramach testowanie historycznych teorii w oparciu o statystykę oraz matematyczne modelowanie zjawisk historycznych.

Czytaj takze: [Repozytorium] Rozpieszczony umysł

Warto pochylić się nad pracą Turchina. Dostarcza on nam bowiem solidnych dowodów na to, że kierunek zmian wyznaczają siły strukturalne i powtarzające się cykle, na które realny wpływ nawet najznamienitszego przywódcy jest co najmniej mocno ograniczony. Pozwala nam to zrozumieć zachodzące wokół nas zmiany, a co najważniejsze – wyciągnąć odpowiednie wnioski na przyszłość.

Wróćmy do przywołanego na początku Donalda Trumpa i zadajmy sobie pytanie, czy jego epoka musi być nieodłącznie związana z jego osobą. Innymi słowy, czy neokonserwatywna agenda mogłaby odnieść sukces niezależnie od jego osoby z innym prawicowym populistą, jak nazywają go liberalne media, w Białym Domu? Zdecydowanie tak. Żeby to wyjaśnić przyjrzyjmy się ostatniemu stuleciu amerykańskiej historii gospodarczej. 24 października 1929 r. Czarny czwartek, czyli krach na nowojorskiej giełdzie, wpędza Stany Zjednoczone w głęboki kryzys. Skutkiem tego w roku 1933 po władzę sięga Franklin Delano Roosevelt, wprowadzając szeroko zakrojony program reform. Z jednej strony reguluje on rynek finansowy, zapobiegając kolejnym bańkom spekulacyjnym, z drugiej zaś wprowadza szeroki program zabezpieczeń społecznych, ustanawiając płacę minimalną, emerytury czy ubezpieczenia robotnicze, jednocześnie zwiększając uprawnienia związków zawodowych. Nowy Ład przede wszystkim jednak ograniczył majątek elit, redukując ich liczebność. Jeszcze w 1925 r. liczbę milionerów szacowano na tysiąc sześćset, podczas gdy w roku 1950 było ich już niemal o połowę mniej. Progresja podatkowa była w tamtym okresie wysoka, a firmy pogodziły się z ograniczeniem możliwości akumulacji kapitału. Jeszcze na początku XX wieku John D. Rockefeller posiadał majątek będący równowartością 2,6 miliona przeciętnych wynagrodzeń robotników w ujęciu rocznym. W 1982 r. najbogatszy Amerykanin posiadał już jedynie równowartość 93 tysięcy średnich rocznych pensji. Ta interwencja okazała się niebywale skuteczna, zapewniając USA wysoki wzrost gospodarczy i względną, wewnętrzną harmonię na lata. Najważniejsze jednak, że odsunął on w czasie coś, co Peter Turchin nazywa w swojej książce cyklem dezintegracyjnym.

W oparciu o fundamenty położone przez New Deal gospodarka amerykańska rozwijała się przez następne dekady. Kres tej polityki nadszedł wraz z dojściem do głosu polityków i ekonomistów ideowo powiązanych ideologią neoliberalną. Punktem zwrotnym dla USA okazała się porażka Jimmy’ego Cartera w wyborach prezydenckich w 1980 r. To wtedy po władzę sięga Ronald Regan, uruchomiając pompę bogactwa, która istotnie poszerza grono górnego decyla najbogatszych Amerykanów, jednocześnie zostawiając daleko w tyle resztę populacji. Bardzo źle zestrzał się cytat byłego prezydenta USA Dwighta Eisenhowera (1953-1961), który w korespondencji do brata pisał „Gdyby jakakolwiek partia polityczna próbowała zlikwidować system ubezpieczeń społecznych, ubezpieczenie od bezrobocia i wyeliminować prawo pracy i programy rolne, nigdy więcej nie usłyszelibyście o tej partii w naszej historii politycznej”.

Uszeregowanie dynamiki płac według posiadanego wykształcenia unaocznia nam zmiany, które zaszły wraz ze zmianą kursu zapoczątkowaną przez Regana. Porównując rok 1976 z rokiem 2016 (pierwsze zwycięstwo Trumpa) średnie wynagrodzenie osoby z licencjatem wzrosło w USA z 27,83 do 34,27 dolarów za godzinę (dane uwzględniają zmianę siły nabywczej). Z kolei osoby z magisterium lub wyższym stopniem skoczyły ze średniej płacy 33,18 do 43,92 dolarów za godzinę. Brzmi nieźle, prawda? Każdy kij ma jednak dwa końce. I tak pracownicy, którzy ukończyli szkołę średnią oraz niektóre koledze, odnotowali w tym czasie spadek płac z 19,25 do 18,57 dolarów za godzinę, a jeszcze gorzej wygląda to w przypadku osób, które szkoły średniej nie ukończyły, spadek z 15,50 do 13,66 dolarów za godzinę. Dwie ostatnie grupy stanowią aż 64% populacji amerykańskiej. To tyle w kwestii płac. Poziom jakości życia w Stanach możemy jednak zmierzyć, czytając inne, nieco konkretniejsze dane. W 1976 roku przeciętny pracownik, nazwijmy go Steve, otrzymujący wynagrodzenie na poziomie mediany płac, musiał przepracować 150 godzin, żeby zarobić na rok studiów. Dziś jego syn musi przepracować ich aż 500. Podobnie rzecz się ma, jeśli idzie o mieszkanie. Syn Steve’a otrzymujący identyczną pensję jak jego ojciec musi dziś pracować 40% dłużej niż on, aby pozwolić sobie na zakup domu. Turchin przywołuje również interesujące statystyki odnośnie biologicznej miary dobrobytu. Wraz z zahamowaniem wzrostu płac przestał rosnąć średni wzrost amerykańskich dzieci, zwiększył się natomiast wskaźnik umieralności, gdzie istotną rolę odgrywa tzw. śmierć z rozpaczy – samobójstwa, alkoholizm, narkomania. Przed oczami maluje nam się zatem obraz sukcesywnego ubożenia większości Amerykanów.

Po drugiej stronie znajdują się Ci, którzy na konsekwencjach przełomu ery Regana zyskali. Jak wspomniałem, przemodelowanie systemu gospodarczego, opartego przede wszystkim na New Deal, ale również politykę powojenną, uruchomiło pompę bogactwa. Finansowa elita odjechała reszcie społeczeństwa. Tym samym dochodzimy do pojęcia kontrelity, z której wywodzi się środowisko Donalda Trumpa, a które sięgnęło po władzę w Stanach. Wraz z uruchomieniem pompy bogactwa zaczęła zwiększać się liczebność Amerykanów z majątkiem powyżej miliona dolarów i więcej. W tym czasie, z oczywistych powodów, nie przybyło jednak miejsc, do których najbogatsi i najlepiej wykształceni aspirują. Mowa m.in. o renomowanych stanowiskach w administracji publicznej, na uczelniach, czy w sektorze finansowym. Poszerza się zatem grono aspirantów, dla których mimo odebrania odpowiedniego wykształcenia oraz posiadanych zasobów, brakuje miejsc wśród elit.

Opisany mechanizm jest uniwersalny i rzecz jasna nie dotyczy jedynie Stanów Zjednoczonych. Znane przykłady kontrelit, które sfrustrowane „wzięły sprawy w swoje ręce” widzimy na kartach historii Chin, Francji, Anglii czy Niemiec. Kluczowym predyktorem będzie przy tym tempo działania pompy bogactwa, bowiem im większe zyski pojedynczych jednostek – szefów firm etc. i skorelowane z nimi mniejsze pensje pracowników, tym większe grono aspirantów, budujących swoje poparcia na spauperyzowanym przez pompę bogactwa społeczeństwie. Modelowym przykładem jest dziś Donald Trump, wraz z większością swojej obecnej administracji – grupą ex-aspirantów, rewolucjonistów, jak określił to kiedyś Steve Bannon, ojciec pierwszego sukcesu wyborczego obecnego prezydenta USA.

Jak na dłoni widzimy zatem stabilizujący wpływ polityki społeczno-gospodarczej zapoczątkowanej przez New Deal i skutki fortelu dokonanego w latach 80 przez neoliberałów. Peter Turchin nie ma złudzeń co do powtarzalności cyklów integracyjnych i dezintegracyjnych. To co schował Roosevelt, wypływa na wierzch w kolejnym stuleciu. Autor wskazuje, że każdy cykl trwa około 100 lat. W pierwszej fazie dochodzi do integracji elit, w drugiej do dezintegracji. Dość proste równanie. Poszczególne fazy można przyspieszyć lub opóźnić, jak pokazuje przykład amerykański. Ambitna polityka społeczna długoletniego prezydenta Stanów Zjednoczonych wydatnie wydłużyła czas trwania cyklu integracyjnego. Różne mogą być sposoby zmian ich średniego (zgodnie z posiadanymi danymi) czasu trwania. Interesującym czynnikiem jest kulturowy stosunek do małżeństwa. Autor na kartach książki wykazuje, że społeczeństwa monogamiczne dłużej żyją w spokoju oraz rzadziej i wolniej upadają. Te poligamiczne reprodukują elity na szerszą skalę, przyspieszając proces tworzenia kontrelit.

Jak już wspomniałem, autor podkreśla powtarzalność cyklu destabilizacji.  Zwykle zamyka się on w trzech pokoleniach. Pokolenie dziadków, pomne okrucieństw okresu destabilizacji, tworzy sprawny, oparty na wzajemnej współpracy różnych środowisk system. Tyczy się to zarówno podziału po linii ideologicznej, jak i klasowej, w odniesieniu do własności środków produkcji. Współpracują ze sobą liberałowie i konserwatyści, przede wszystkim jednak rząd, biznes i związki zawodowe. Utrzymuje je pokolenie rodziców, na które nadal silnie oddziałuje trauma ich przodków i któremu służą doświadczenia pokolenia dziadków. Zmian dokonuje pokolenie dzieci, będące w istotnej odległości od dziadków, niepamiętające okresu destabilizacji. Pokolenie rodziców nie jest w stanie przekazać tej wiedzy w sposób na tyle sprawny co dziadkowie, a zmieniające się czasy i stosunki społeczne ulegające przeobrażeniom jedynie wspomagają nadejście dezintegracji. Upływa wystarczająco czasu, aby społeczeństwa na nowo uległy polaryzacji, zakwestionowały system ustanowiony przez dziadków, najczęściej dokonując w nim istotnych korekt lub całkowicie go obalając i niczym Epimeteusz ze swą niesławną żoną otwierają tajemniczą puszkę, wiedzeni nieodłączną nam ludziom ciekawością. W dalszej części postaram się zarysować te bliższe naszym skojarzeniom niż wielożeństwo czynniki wpływającym na wydłużenie bądź skrócenie się cyklów.

Historia zna przypadki władców, którzy wydatnie odsunęli nadejście tego, co nieuchronne, niekoniecznie stosując remedium Roosvelta.  Interesującym przykładem z książki jest rządząca Egiptem od połowy XIII wieku militarystyczna klasa Mameluków. Mamelucy byli niewolnikami, którzy przechodzili następnie szkolenie wojskowe, a że byli bitni, egipscy generałowie stopniowo przekazywali im kontrolę nad armią. Trwało to w najlepsze, aż wcześniejsi niewolnicy w 1250 r. obalili dotychczasowego władcę Egiptu, sięgając po władzę, którą utrzymali przez następne trzy stulecia, podbici później przez Osman. Czemu zawdzięczali swą skuteczność? Otóż zabraniali synom dziedziczenia stanowisk po ojcach, rekrutując członków przyszłej klasy rządzącej wśród… niewolników. Uniknęli w ten sposób tworzenia się kontrelit, co zapewniło stabilność na trzy wieki. Notabene zdominowanie klasy panującej przez militarystów rzutowało na współczesny Egipt, gdzie od lat 50 XX w. rządzili kolejno generałowie: Nadżib, Nasser, as-Sadat oraz Mubarak. Dopiero ostatni złamał dotychczasową zasadę sukcesji, szykując swojego syna do objęcia władzy. Była to prawdopodobnie główna przyczyna jego obalenia w 2011 roku.

Innym przykładem ze świata są Chiny, zarówno w kontekście prób zacementowania status quo, jak i nieuchronności fazy dezintegracyjnej. Rzecz dotyczy instytucji mandarynów – urzędników państwowych różnego stopnia, już od VII w. rekrutowanych za pomocą państwowych egzaminów, co wykluczało dziedziczenie urzędów. Istniało wiele rang mandarynów, od szczebla lokalnego, aż po władzę centralną. W synergii ze specyficznym systemem urzędniczym pozostawała przez lata nauka konfucjanizmu, wytwarzająca solidny etos klasy rządzącej. Z czasem okazało się jednak, że również on jest obarczony pewnymi istotnymi wadami, które ostatecznie doprowadziły do jego załamania. Wraz ze wzrostem liczby ludności, rozszerzyła się bowiem klasa kupiecka. Rozrosła się zatem liczba aspirantów, lecz nie zwiększyła się liczba stanowisk, którą tworzył mało elastyczny podział administracyjny. Jednym z aspirantów był Hong Xiuquan, pochodzący z zamożnej rodziny, który po czwartej nieudanej próbie zdania jednego z cesarskich egzaminów, sfrustrowany stworzył nową, synkretyczną religię, stojącą w opozycji do myśli Konfucjusza. Ruch tajpingów, bo o nim mowa, rozrósł się następnie do niebotycznych wręcz rozmiarów, a w 1851 r. jego przywódca ruszył na północ Chin, rozpoczynając bunt przeciwko władzy cesarskiej. Z początku armia tajpingów liczyła 10 tysięcy żołnierzy, aby w ciągu dwóch lat osiągnąć pułap pół miliona bojowników. Prowincja Nankin, którą opanowali powstańcy, w szczytowym momencie liczyła 30 milinów ludzi, a Hong rządził nią do swojej śmierci w 1864 r. Ostatecznie, po 13 latach walk, armia cesarska podbiła prowincję. Buntownicy ponieśli klęskę, jednak na koniec dnia znacznie osłabili panującą dynastię. Swoje sukcesy niewątpliwie zawdzięczali liczbie sfrustrowanych aspirantów, chętnie zasilających szeregi ruchu tajpingów. Powstanie najprawdopodobniej zostałoby jednak stłumione we wcześniejszej fazie, gdyby nie sytuacja ekonomiczna Chin w połowie XIX w. Wraz ze wspomnianym wzrostem populacji zmniejszyła się dostępność gruntów rolnych, a brak innowacji poskutkował drastycznym spadkiem jakości życia. W latach 1846-1879 powtarzające się klęski głodu zabrały życie prawie 13 milionom Chińczykom. Warunki ekonomiczne sprzyjały powstańcom, stąd w armii tajpingów spotykali się przedstawiciele kontrelit z małorolnymi chłopami, widzącymi w powstaniu nadzieję na poprawę warunków bytowych.

Nie sposób przytoczyć wszystkich historycznych analiz zawartych w książce. Jednym zdaniem warto jeszcze wspomnieć interesujący w kontekście sposobu utrzymania cyklu integracyjnego przykład białoruski. Odmienny od niego, powodujący napięcia, jest ukraiński oligarchiat. Z kolei przykładów odsunięcia epoki dezintegracji, a następnie eskalacji nastrojów, dostarcza nam Anglia epoki czartystów oraz Rosja w drugiej połowie XIX wieku.

Widzimy, że różne mogą być zatem przyczyny wydłużania i skracania się cyklów. Zachowując jednak współczesną optykę, wydaje się, że kluczem do stabilności jest racjonalna polityka ekonomiczna, ograniczająca pompę bogactwa oraz wspomagająca mechanizmy umożliwiające społeczny awans, ograniczające jednocześnie nadprodukcję elit, a przede wszystkim ich cementowanie się za pomocą pozamerytorycznych kryteriów. Ten sposób rozumienia polityki możemy postrzegać jako coś, co wydłuża ten etap, który Truchin nazywa cyklem integracyjnym. W ten sposób spowalniamy ubożenie, skutkujące radykalizacją mas i produkcję kontrelit, politycznie gospodarujących skumulowany społeczny gniew. Miejsce, w którym się obecnie znajdujemy, a inaczej stopień społecznej polaryzacji, dobrze wyraża sytuacja na amerykańskich kampusach, o której pisałem tutaj. Jednak, ponownie, jest to rzecz uniwersalna, niewątpliwie u swych źródeł sięgająca również czynników innych niż wskazane. Tu możemy wymienić choćby internetowe bańki informacyjne czy nasilanie się klasowych różnic. Widzimy umacnianie się na swoich pozycjach, odmowę uczciwej debaty, uliczną i internetową przemoc, wzajemne, niekiedy bardzo daleko idące oskarżenia, silniejsze polityczne zaangażowanie trzeciej władzy, prowadzące do prawnego paraliżu, z politycznym terroryzmem włącznie. To obraz współczesnej dezintegracji politycznej.

Koncentrując się na współczesności, warto poświęcić kilka słów słabości lewicy dziś, co może zaskakiwać. To ona tradycyjnie gospodarowała klasowy gniew. Tylko nieliczne partie lewicowe odbijają się w sondażach, zyskując poparcie w związku z przeobrażeniami ostatnich dekad. W większości jednak ugrupowania lewicowe zblatowały się z mainstreamem, firmując własnymi szyldami politykę stojącą niekiedy w rażącej sprzeczności z etosem lewicowca. Z kolei wyraziści politycy lewicy, jak Berni Sanders lub Elizabeth Warren w USA, są marginalizowani w partii, a lewicowi intelektualiści głównie ignorowani przez media głównego nurtu. Wydaje się jednak, że odpowiedzialność za ten stan rzeczy ponoszą same partie lewicowe. Współczesny gniew gospodarują zatem w przeważającej większości prawicowi populiści, jak nazywają ich głównonurtowe media. Są to m.in. Trump, Le Pen, Weidel, Millei, Georgescu czy Mentzen. Co do trafności tego zaszeregowania można mieć jednak poważne wątpliwości.

Wracając pod koniec na poziom metahistoryczny, warto zastanowić się, czy w zestawieniu z naukowcami opierającymi swoją wiedzę o złożoności procesów historycznych i sondujących na jej podstawie o przyszłości, klasyczni historycy nie przypominają bardziej giełdowych spekulantów niż badaczy, którzy rzeczywiście mogą z tej złożoności wyciągać trafne wnioski. Truchin uważa, że historycy akademiccy są nieocenieni przy zdobywaniu informacji i badaniu wiarygodności tych, które stanowią o źródłach naszej wiedzy. Zdecydowanie broni on jednak metody kliodynamicznej, jako dającej najbardziej wiarygodną odpowiedź na pytanie o źródła procesów historycznych. Z pewnością istnieje tu pewne napięcie.

Widzimy, że historia nie jest jedynie „jedną cholerną rzeczą po drugiej”, jak określił to brytyjski historyk Arnold Toynbee, cytowany przez Turchina na wstępie rozważań. Świadomość złożoności przyczyn wydarzeń historycznych, a przede wszystkim przemożnego wpływu procesów ekonomicznych na ścieżkę integracji i dezintegracji politycznej to klucz do właściwej analizy. Szczególnie dziś może się okazać nieocenioną wskazówką.

Peter TurchinCzasy ostateczne. Elity, kontrelity i ścieżka dezintegracji politycznej (2023, w Polsce 2024), Prześwity, s. 360.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj