W czwartek 9 kwietnia rozpoczęła się w szkołach przerwa świąteczna i wszystkie osoby związane z edukacją (nie licząc Ministerstwa Edukacji Narodowej) zyskały cudowną chwilę odpoczynku. Za sprawą podejmowanych bez większego zastanowienia decyzji ministra Piontkowskiego edukacyjna karuzela kręci się w szalonym tempie i porywa w swój obłąkany wir nauczycieli, uczniów i rodziców. Niewielu przetrwa taką przejażdżkę bez obrażeń.

Pierwsze zawieszenie zajęć zostało ogłoszone w środę 11 marca i miało potrwać do 25 marca. Nauczyciele nie traktowali tych dni jako wolnych od zajęć, ale zadawali uczniom ćwiczenia powtórkowe, zadania utrwalające wiedzę i umiejętności, dodatkowe lektury do przeczytania. Wszyscy wtedy byli przekonani, że po tych kilku dniach wrócimy do szkoły. Niestety, zanim pierwszy termin zawieszenia zajęć się skończył, MEN ogłosił, że nie można marnować czasu i nauczyciele mają rozpocząć nauczanie, które będzie realizowało podstawę programową. Najlepiej on-line. Decyzja brzmiała wspaniale. Szczególnie dla tych, którzy nie mają dzieci i nie są nauczycielami. Może MEN o tym nie wie, ale żeby realizować takie nauczanie, każdy uczeń i nauczyciel muszą mieć własny komputer, dostęp do internetu i spokojne miejsce, w którym można pracować. Nauczyciele-wychowawcy, sprawdzając zagrożenie uczniów wykluczeniem cyfrowym, mają pełen obraz sytuacji w swoich klasach, ale ministerstwa to nie interesuje. Zagrożony wg MEN byłby tylko taki uczeń, który nie ma w domu komputera i internetu. Urzędnicy nie chcą wiedzieć, ile osób korzysta z jednego komputera, kto pożyczył stary komputer od sąsiada czy dostęp do internetu nie jest ograniczony ze względu na mały pakiet wykupionych danych lub miejsce zamieszkania (brak zasięgu).

Zobacz także: Telefon interwencyjny dla dzieci dzwoni non stop. Mówią o depresji, samotności, kłótniach w domu i biciu

Po dwóch dniach sprawdzania dostępu do platform edukacyjnych, pożyczania sprzętu komputerowego, powiększania pakietu danych, zwiększania prędkości internetu i finalnego wypełnienia tabelki, że wszyscy mają sprzęt i wiedzą, jak będą się uczyć – 25 marca ruszyło nauczanie zdalne; najczęściej za pomocą scenariuszy dla uczniów, czyli rozpisanych treści z każdego przedmiotu, zgodnie z planem lekcji. Zupełnie inaczej tłumaczy się na żywo, a inaczej na piśmie. Pomoce dydaktyczne wykorzystywane na lekcji nie sprawdzają się w sytuacji zdalnego nauczania. Zadanie, które robi się z uczniami w klasie ustnie, teraz trzeba zapisać. Może dodać jeszcze link do filmiku albo zdjęcie, a może rysunek? … Wyszły trzy strony. Może ten scenariusz jest za długi? Ale jak skrócę, to może nie zrozumieją? Trzeba jeszcze sprawdzić, czy zrozumieli. Może zadanie na platformie edukacyjnej? Na jednej nic ciekawego nie ma. Na drugiej za trudne na początek. Zrobię własne zadanie – ułożę i zadam. Mijają kolejne godziny przy układaniu scenariuszy i zadań. Okazuje się, że uczniowie robią zadania na platformie bez czytania scenariusza, na chybił trafił. To może jednak zadania otwarte – napisz odpowiedź i… odeślij do nauczyciela. Nauczyciel sprawdzi i napisze informację zwrotną. 12 godzin przy komputerze to standardowy dzień nauczyciela uczącego zdalnie. Każdy kolejny jest trochę łatwiejszy, bo uczymy się układać scenariusze tak, żeby były zrozumiałe i odpowiedniej długości, ciekawe, a jednak bez zbyt dużej liczby linków i obrazków, żeby internet dał radę, żeby dzieci i ich rodzice dali radę. Jednak na każdy mail trzeba odpowiedzieć, pracę przysłaną do sprawdzenia przeczytać, zapisać uwagi i wysłać do ucznia. Zakładając, że każdy z nas ma tylko 18 lekcji w tygodniu, w 25-osobowej klasie, to zadając choćby jedno zadanie na lekcji zdalnej, mamy do sprawdzenia 450 prac w 450 mailach, na które trzeba odpowiedzieć.

W nagrodę dostajemy do wypełnienia tabelki – zestawienia treści z podstawy programowej, które realizujemy, nauczając zdalnie. Bo trzeba udowodnić, że ze scenariuszy uczniowie czegoś mają się nauczyć.

Druga nagroda jest jeszcze lepsza – choć tylko dla wybrańców – próbne egzaminy ósmoklasisty i próbne matury. Fanfary w telewizji – CKE i MEN zatroszczyły się o biednych uczniów i co prawda nie powiedzą, czy egzaminy się odbędą i kiedy, ale umożliwią sprawdzenie wiedzy, bo szkoły na pewno o to nie zadbały. Może zachwyceni tym pomysłem nie wiedzą, ale każda szkoła organizuje przynajmniej dwa próbne egzaminy, nie tylko sprawdzając przygotowanie uczniów, ale ćwicząc procedury, żeby młodzież pamiętała o zabraniu legitymacji i zostawieniu telefonu. Takie próbne egzaminy są sprawdzane, analizowane, omawiane z uczniami i na zebraniach zespołów przedmiotowych. A tu nagle, proszę, według ministra nikt o tym nie pamiętał, tylko MEN. Próbne egzaminy uczniowie rozwiązywali w domu i wysyłali do nauczycieli ze swojej szkoły, którzy je sprawdzali, bo przecież co mają innego do zrobienia? Choć nikt o tym głośno nigdzie nie mówił, ale była to spektakularna porażka. Uczniowie nie mogli pobrać arkuszy, a ci, którym się udało, nie mogli ich odesłać do sprawdzenia, bo poczta służbowa nie dała rady przyjąć takiej ilości materiałów. Wielu uczniów odesłało zdjęcie ekranu z napisem: „Błąd. Nie możesz pobrać materiałów”, inni rozwiązywali zadania bez limitu czasowego i dosyłali zadania później, a byli i tacy, którzy w ogóle nie podjęli próby rozwiązania. Ale te próbne egzaminy, które przysłano, trzeba było sprawdzić, a jeden test to przynajmniej 30 minut pracy nauczyciela, o czasie pisania komentarza dla ucznia nie wspominając.

Sytuacja nauczycieli jest trudna, ale sytuacja uczniów i rodziców też nie jest łatwa. Stałe przebywanie w domu, zamknięcie, brak kontaktu z rówieśnikami, strach – nie wpływają pozytywnie na zachowanie, na skupienie i chęć do nauki u wielu dzieci. Jako nauczyciele możemy być dumni z tych uczniów, którzy pracują systematycznie i samodzielnie. Często jednak dzieci oczekują wsparcia rodziców, czasem zasłaniają się brakiem zrozumienia tematu, żeby ułatwić sobie pracę i zrzucić na opiekunów swoje obowiązki, a wtedy cały dzień staje się jednym wielkim odrabianiem lekcji. Są i tacy uczniowie, którzy przekonują rodziców, że robią wszystko, choć niczego nie robią. Nie możemy oczekiwać, że wszyscy sobie poradzą, zrozumieją, nauczą się, niezależnie od tego, czy brakuje im chęci, czy psychicznie źle znoszą sytuację, w której jesteśmy. Na razie próbujemy uczyć najlepiej, jak umiemy, choć warunki są trudne i niecodzienne. Boimy się tylko nowych pomysłów Ministerstwa Edukacji Narodowej…

Nauczyciel ze szkoły podstawowej

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj