Zbigniew Radosław Szymański recenzuje najnowszy tomik wierszy Jerzego Stachury.

Trzynaście linijek ludzkiego losu

Trzynaście linijek ludzkiego losu. Mało to, czy dużo? Niektórzy pisali, by swój los unieśmiertelnić tomy w poszukiwaniu straconego czasu, a tu poeta rozprawia się z odejściem (wciąż przeczuwanym chociaż nieuchronnym) bliskiej sercu osoby, kobiety, żony, w jakże lapidarnym skrócie trzynastu linijek wiersza. Ba, ale jaki to wiersz:

Któregoś wieczoru
zamknę szafę z twoimi sukienkami
szufladę z bielizną
szafkę na buty
Twój płaszcz
włożę do worka
i zostawię przed domem
Potem pozamiatam słowa
które przez tyle lat
rzucałem na podłogę
jutro znowu będziemy szczęśliwi
położę się obok ciebie
I niech już będzie jutro

Poeta już wie, że ta chwila, która nie daje jemu spokoju, która jest codzienną przeczuwaną traumą, nadejdzie nieuchronnie. To, co dla bliskiej osoby było tylko zewnętrzną otoczką, tym blichtrem, którym starała się przyozdobić walcząc o uwagę ukochanego, estetyzując jego dzień powszedni, teraz powędruje w cudze ręce. Może handlarza szmatami, może przejmie je ktoś inny, szykując się do odtańczenia swojego tańca godowego. Być może spełni się kolejny los i ktoś inny wypełni swoje przeznaczenie, nie bacząc, że przestrzeń czasowa miedzy godowym tańcem a dance macabre to zaledwie trzynaście linijek.

Niezwykły to wiersz, którego autor tak zwyczajnie, unikając patosu i zbytecznej, chociaż usprawiedliwionej w takiej sytuacji, nadmiernej egzaltacji, pisze o nieuniknionym. To też niezwykłe wyznanie miłości poprzez projekcję przyszłego rozstania. Wyznania do ukochanej osoby i do biblijnego porządku świata. To wiersz nie tylko o przywiązaniu poety do wybranki serca, ale i o niezwykłym zrozumieniu konieczności poddania się wyrokom, które nawet jeśli niezrozumiałe, to nie zachęcają do wierzgania przeciw ościeniowi, a jedynie do pokory. Los ludzki opowiedziany w trzynastu linijkach wiersza. Świadectwo niezwykłego ufania wyrokom, którym chcąc, nie chcąc, musimy się poddać. Pieśń nad pieśniami poety, który zbliżając się do biblijnej siedemdziesiątki, tracąc złudzenia właściwe młodości, nie poddaje się depresyjnemu pesymizmowi. Gest rozdawania zdobiących niegdyś ukochaną fatałaszków, czy nie przypomina dzielenia się hostią? A wszystko to okraszone wiarą, że trzynastka wcale nie musi być feralna, bo: „jutro znów będziemy szczęśliwi/położę się obok ciebie/I niech już będzie jutro”.

Jerzy Stachura

Życzę poecie, by to jutro nie nastąpiło zbyt szybko. Ciesz się Jerzy wciąż tymi sukienkami, bielizną, butami, niecierpliwie zdejmowanymi, ściąganymi, zzuwanymi, a szczęśliwe jutro niech ci nie przysłania tego skromnego szczęścia dnia dzisiejszego.

„Naucz nas liczyć dni nasze, abyśmy osiągnęli mądrość serca”, uczy Psalm 90 z Księgi Psalmów Starego Testamentu, a znając naszą ludzką ułomność w rachowaniu, byśmy zanadto tego danego nam skarbu nie przeszacowali, podaje dni naszych miarę: „Miarą naszych lat jest lat siedemdziesiąt.[…] Większość z nich to trud i marność, bo szybko mijają, my zaś odlatujemy”.

I ten odlot jednym pęta krok: „Ileż to razy myliłem krok/w tej defiladzie życia”, kierując na nie zawsze cudne manowce, innych zniewala apodyktycznie wprowadzonym do tej egzystencjalnej farsy epilogiem. Na wielu sprowadza szaleństwo; na jeszcze innych roztropność, z którą w tym surrealistycznym świecie, co począć? Zdarza się, że w przeczuciu tego odlotu osiągamy mądrość serca a nawet zdarza się – chociaż to trudne – że mądrość serca i przejrzystość umysłu w porę zawrą sojusz. Wtedy, gdy ten sojusz dotyka poetę, stajemy się beneficjentami tego daru, którym, nasz gdyński Sokrates z Grabówka Jerzy Stachura, obdarza nas szczodrze, częstując destylatem z w porę odrzuconej cykuty (to ku przestrodze) i najczystszych akordów dostrojonego do tego wyjątkowego koncertu jakim jest życie, serca.

Takie mistrzostwo jest udziałem niewielu. Potrzebne są lata prób, duża samodyscyplina. Nie trzeba rzucać się w ogień, by niczym Feniks odrodzić z popiołów. Z wiekiem coraz częściej trzeba się żegnać z miejscami i, co najboleśniejsze, z ludźmi. Stachura, piszący od ponad pół wieku, ma to wszystko już za sobą, a wiedzę, jaką z tych zapasów z materią życia wyniósł, rzetelnie nam przekazał w swoich licznych tomikach wierszy. Już zrozumiał, że nie jesteśmy tutaj po to, by przestawiać boskie puzzle, ale co najwyżej jeszcze raz nam o nich opowiedzieć. Jak pisał w poprzednim tomiku: „Już nie szukam/nie próbuję znaleźć/tego miejsca/które zawsze chciałem/poprawić po Bogu”. Ta świadomość własnej twórczej niemocy, a może nie tyle niemocy, bo siły czuje jeszcze w sobie niemało, ale wtórności, jest prawdziwą mądrością zachwytu pogodzenia ze światem.  

Teraz, gdy poeta dobiega już owej biblijnej siedemdziesiątki, postanowił jeszcze raz pochylić się nad tym, co być może w codziennym zabieganiu pominął – a Stachura był zawsze osobą niezwykle mobilną i ciekawą tego, co za horyzontem, darowując nam Wiersze, które zapomniałem napisać.

Odyseja, tak naprawdę, zaczyna się dopiero po dobiciu do brzegów Itaki.  Wtedy nareszcie jest czas na refleksję, na ogarnięcie tego wszystkiego, co było kwintesencją całej tej pogmatwanej drogi. To wtedy rzeczywistość staje się nie tylko rzeczy wistością, ale wistością i osób, przestając być, jak pisze poeta, usprawiedliwiając się: „Zniewoliła mnie ta rzeczywistość/jakby była kulą u nogi”– przeszkodą.

Zrozumienie, że oprócz wierszy istnieje jeszcze jakaś rzeczywistość, która nas niczym „kula u nogi” uziemia, każąc poszukiwać marzeń w portowych tawernach, a jedynie wierszom pozwalając śnić sny bezbrzeżne jak ocean, wierszom, które dla poety nie są jedynie świątecznym dodatkiem rozświetlającym szarą codzienność: „Tylko wiersz wychodziłem/na prostej drodze/w dni powszednie/na niebiesko w kalendarzu” –  to doskonały moment, by egzystencjalną Odyseję odbyć raz jeszcze, zaś biblijna siedemdziesiątka to wystarczająca ilość czasu, by zrozumieć, że nie wszystko było w tej drodze iluzją: „Nie wszystko jest iluzją/chociaż znikam/na wiele dni i nocy”. Wciąż jeszcze poetę dręczy ten będący motorem napędowym wszelkiej twórczości głód świata: „I wciąż za mało świata”, ale już pojawia się refleksja, że: „choć całe życie na Grabówku”, to jedyne, co nie było tylko sztuczką boskiego iluzjonisty, lecz wartością trwałą, nieprzemijającą, jest miłość wiernej Penelopy i wierne wiersze, siwiejące wraz z ich autorem: „Skąd tyle wierszy/białych jak gołębie”.

Refleksje metapoetyckie zawsze były obecne w poezji Stachury. W swoich peregrynacjach po manowcach życia, nie zawsze cudnych, nie ukrywał, że jego lotne słowa biorą się często z bardzo niskiego przyziemia. Dzisiaj, gdy sięga wyżej; „Już nie znajduję słów na ulicy”, należałoby przypuszczać, że wzorem innych Nestorów sztuki poetyckiej sięgnie tam, gdzie Miłoszowa „Druga przestrzeń”. I tak też się staje, tyle, że Stachura nie zaludnia jej antropomorficznym wyobrażeniem Boga, ale bogiem czyni tę, którą współczesna poezja zazwyczaj stara się zohydzić – Miłość. Bogiem dla poety nie jest więc ten, na którego podobieństwo my, ale wszystko to, co nasze ziemskie, i miejmy nadzieję pozaziemskie, bytowanie konstytuuje. Bóg poety to Miłość i poezja, a całość naszego losu to zaledwie (aż) trzynaście linijek:

Bóg Stachury jest wierszem, a wiersz miłością: „Nie napisałem wiersza/i nie kochałem ciebie//Tak jakbym złamał siódme przykazanie/kradnąc Bogu dzień”. Czy też deklaracja z innego wiersza: „Wszystko co kochałem/nazywałem wierszem”. Miłość, poezja, to oręż, którym poeta zamierza się bronić przed agresorem, niezależnie kto, czy też co nim będzie: „Śpię z wierszem pod poduszką/bo nie wiem/czego się spodziewać po nocy/ i kogo wypatrywać/ w porannej mgle”. Niekiedy i u takiego mędrca, jak nasz Sokrates z Grabówka, pojawiają się wątpliwości i niewiara. Gnoza bije z takich wierszy, ale umówmy się, to tylko takie ćwiczenie stylistyczne, takie dochodzenie do prawdy przez negację, metoda właściwa sokratejczykom: „Nie potrafię już kochać/ale wciąż szukam miłości”/ Piszę nowy wiersz/ale jakbym go dawno wychodził/albo wyczekał pod oknem–”. Bezbrzeżna jest wiara Jerzego w miłość: „Nie odchodź/i ja cię nie zostawię// Aż znajdę wiersz/żeby zatrzymać miłość”. Starajmy się jemu wierzyć, a przynajmniej czytając tę jego „Pieśń nad Pieśniami” ulegnijmy czarowi  nieśpiesznej, pogodzonej z życiem frazy pełnych mądrości wersów. Mądrość to niespecjalnie odkrywcza, ona gdzieś w nas drzemie, a poeta tylko przy pomocy umiejętnie stawianych metodą greckich filozofów pytań, stara się tę wiedzę z nas wydobyć. Niejeden z nas, czując w sobie tę utajoną wiedzę, pewnie zapyta sam siebie; „Dlaczego ja tego nie napisałem?” Stachura odpowiedzi na stawiane pytania już poznał, przeżył, przetrawił. Dla niego są to już pytania retoryczne. Niech i dla nas takimi się staną. Tytuł poprzedniego tomiku Jerzego, który był pytaniem: „Czyż nie pożycza się kwiatów?” znajduje odpowiedź i swoje dopełnienie w tomiku najnowszym, bo miłość, Bóg, poezja są naszym codziennym bytem, a kwiaty należnym za te dary podziękowaniem. Miejmy je więc zawsze w pogotowiu.

Tym, co wyróżnia ten nowy tomik poety z całej jego dotychczasowej twórczości, jest bijąca z tych wierszy pewność swojej wizji świata i spokój w obliczu nieuchronnego. Chociaż autor twierdzi, że jest raczej pesymistą: „Patrzę na świat/jakby jutro miał się skończyć.//I tylko żal/że nie poznałem tylu rzeczy/nie nazwałem ich/i nie przeżyłem wierszem”, to spokój tych wersów i siła ich prostego a jakżeż głębokiego przekazu powoduje, że czyta się tomik z poczuciem łagodnej, ale pogodnej nostalgii.  No bo skoro: „niewiele mi czasu zostało/a jakby wszystko przede mną”, to czy trzeba nam więcej?

Peter Green – Albatros

Te wiersze, od których nie sposób się oderwać, są jak powtarzalny riff gitarowy z pamiętnej melodii Petera Greena „Albatros”, riff, który gdy już wydaje się dobiegać końca, odżywa lekkim muśnięciem strun przez mistrza. Pieść więc grabówkowy Sokratesie jeszcze długo nasze uszy łagodnym powtarzaniem pochwały miłości  nadającej sens naszemu ziemskiemu bytowaniu, i muśnięciem swojego pióra napisz nam kolejny: „Jeszcze jeden wiersz/jak kromka chleba/szklanka herbaty/papieros”. My, podobnie jak i Ty, gdy piszesz: „Mógłbym tak żyć/do końca zeszytu/w długie/niebieskie linie”, chętnie taki kajecik w niebieskie linie założymy, ściągając od ciebie ile się da na tym naszym życiowym egzaminie.

Jerzy Stachura, Wiersze, które zapomniałem napisać. Gdynia 2019.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here