Czarnoskóry kowboj, rycerzyca (rycerka?) czy przenoszenie współczesnych problemów do realiów historycznych – burzymy się często na te przejawy politycznej poprawności w światowej kinematografii. A ile jest prawdy w ukazywaniu Kaszubów w polskim filmie?

Ograniczę się do dwóch filmów i kilku kwestii, choć nasze wątki pojawiają się (zazwyczaj pobocznie) w różnych produkcjach. Dwa współczesne obrazy poświęcają naszej rzeczywistości dużo więcej uwagi. To “Miasto z morza” i “Kamerdyner”. W obu usłyszeć możemy język kaszubski, pojawiają się odniesienia do naszej kultury i akcja osadzona jest w bliskiej nam historii.

Zacznijmy zatem od języka. Film o powstaniu Gdyni to pierwsza od dawna próba budowania bardziej rozbudowanych dialogów w naszym języku. Dodajmy – próba nieudana. Oczywiście z wymową nie miał żadnych problemów Zbigniew Jankowski, posługujący się kaszubszczyzną na co dzień. Inni nie zdali egzaminu. Lepszy miał być “Kamerdyner”. Chyba nawet poradził sobie nieco lepiej. Fabijański opanował kaszubski całkiem nieźle, Janusz Gajos niestety ratował się graniem Bazylego jako osoby z wadą wymowy i pod lekkim wpływem alkoholu – przynajmniej tak to sobie tłumaczę, żeby powstrzymać ból uszu. Należy jednak zaznaczyć, że miał do opanowania naprawdę dużo tekstu w obcym dla siebie języku.

Kwestię ukazania naszej kultury najlepiej byłoby przemilczeć, jednak problem z gwałcicielami jest taki, że ich ofiary często boją się o tym mówić i przez to są oni bezkarni. A to był gwałt na naszym dziedzictwie. Obie produkcje można potraktować jako jeden wielki kit godny podpitego grajka w stroju regionalnym gadającego głupoty płacącym napiwki turystom. Ubiór, którego w tamtych czasach nie było, piosenki, które powstały w ostatnich dwóch dekadach i ogólna atmosfera peerelowskich dożynek. Jakim cudem nie dopilnowano tak prostych spraw? Może myśleli, że tak będzie bardziej kolorowo i nikt się nie kapnie.

Pocieszyć możemy się tym, że nie jesteśmy sami. Amerykańskie kino również nie przywiązuje dużej wagi do historyczności ubioru Indian, uznajmy zatem to obrazowanie za takie “kaszubskie pióropusze”.

Najlepiej chyba wypada ukazanie kwestii historycznych. Dzięki “Miastu z morza” widz ma szansę zobaczyć niełatwą sytuację, w jakiej znaleźli się nasi przodkowie. Wymowna jest scena, w której dowiadujemy się, że w Wejherowie sprzedano wszystkie kłódki, które okazały się konieczne ze względu na kradzieże – zjawisko, które przybyło wraz z budującymi to wspaniałe miasto. Zamiast laurki mamy zatem blaski i cienie. “Kamerdyner” za to ukazuje, jak dramatyczne było nasze położenie podczas II Wojny Światowej i jednocześnie prezentuje zapomniany świat, który ukształtował naszą mentalność. Sądzę, że wiele można zrozumieć oglądając ten film. Nie zabrakło jednak odwołań do polskości, które brzmią trochę jak usprawiedliwienie. Wprawdzie mieliśmy dziadków w Wehrmachcie, a nasza kultura jest odrębna, ale na wszelki wypadek będziemy bardziej polscy od Polaków.

Miasto z morza – cały film

Kiedy będziemy mieli dobre i prawdziwe kino opowiadające naszą historię? W czasach, kiedy rozpoczęła się medialna cieszynka pod tytułem “Gajos będzie mówił po kaszubsku”, rozmawiałem na ten temat z profesorem Danielem Kalinowskim. On skwitował to krótko – jeżeli cieszymy się, że ktoś łaskawie przyjeżdża do nas z kamerą i nas filmuje, to jest z nami naprawdę źle. Powinniśmy się sami zabrać do roboty. Oczywiście nie stać nas na kino klasy “Kamerdynera”, tak jak twórców polskiego “Wiedźmina” nie stać na to, na co pozwolić sobie może Netflix, ale lepsze niskobudżdetowe offowe kino z prawdą, niż wielkie produkcje wciskające wielki kit.

Od Redakcji

Pamiętamy jeszcze „Kaszebe”, film Ryszarda Bera z 1971 r. To był chyba pierwszy film fabularny, w którym Kaszubi byli nie tylko tłem. Jak z kaszubskim w tym obrazie? Przykładowy fragment pod linkiem: https://www.youtube.com/watch?v=tc9gLGUq0SU

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here