Od Redakcji

Żyjemy w czasach wyjątkowych, o czym przekonujemy się co chwila. Coraz szybciej reagujemy, coraz mniej myślimy i coraz częściej kierujemy się niekontrolowanymi emocjami. Niestety, także coraz łatwiej zapominamy: o zasadach, o wartościach, o empatii. Czas do normalności możemy wypełnić eskalacją działań wojennych w czasie pokoju, ale możemy także zacząć rozmawiać i przygotowywać się do nowego porządku, jaki kiedyś nastąpi. By nie pozabijać się w licytacji na afery tych i tamtych, możemy pouzgadniać stanowiska i sami zredefiniować ważne pojęcia i wartości dla naszej społeczności, nie czekając na odgórne polecenia tych i tamtych.

W ostatnich dniach przeraziła nas skala agresji i pogardy, która otoczyła tzw. aferę szczepionkową. Na plan pierwszy zaczyna się w niej wysuwać, obok stałej w takich sytuacjach manipulacji, pojęcie elity. Chyba czas na redefinicję nie tylko samego pojęcia, ale przede wszystkim jego otoczenia, czyli tego, co się wiąże z powinnościami i obowiązkami elit i społeczeństwa wobec tych, których uznamy za elity.

Zapraszamy do kulturalnej rozmowy a na początek artykuł o dwóch bardzo zapomnianych osobach, których zachowania zasługują na pamięć, także w temacie naszej rozmowy.

O elicie i o czynach szlachetnych

Niezwykle nie lubię używania tego pojęcia – elita. Zwłaszcza też, że mam uparcie odmienne wyobrażenie jego desygnatu. Odmienne od będącego dziś w powszechnym obrocie. A niezły to psikus, gdy pamiętamy, że co powszechne, to nieelitarne.

Przetłumaczyłem sobie, że istnieje wariant tej kategorii, który nazwałbym terminem technicznym polityki, a który określa pewną odsączoną, wyższą w sensie położenia w społecznej stratyfikacji, warstwę politycznych aktywistów. Taką definicję elity jeszcze, z niemałym trudem, ewentualnie dopuszczam.

Tak czy inaczej jednak, mając świadomość grzeszności człowieka, raczej mówić wolę nie o elicie a o, owszem zdarzających się, szlachetnych czynach człowieka. Myślenie o elicie nie chce mi się odłączyć od skojarzenia z pychą – chorobą ludzkiej duszy natrętną, okropnie deformującą – prowadzącą nieraz ku wprost panoptykalnym autoośmieszeniom, pożałowania godnym ekspozycjom, chorobą o nadzwyczaj przykrych objawach i dalekosiężnych skutkach.

A nawet, gdy dopuszczę myśl o możliwości istnienia takiej społecznej warstwy ludzi o ustabilizowanej statystycznej przewadze myśli, uczuć i uczynków szlachetnych – czyli jakoby kompozycję sterczyn strzelającą nad społeczną budowlę, albo może mocnych i pięknych kolumn ją podtrzymujących – zda mi się to jednak starodawną jaką opowieścią, pewnym raczej marzycielskim zawrotem głowy, z którego trzeźwią wrzaski na ulicach i świecące próchenka monitorów, wyświetlających mętne pajacjady.

Zresztą naprawdę, naprawdę – człowiek jest słaby, ile ja o tym wiem, ile mógłbym opowiedzieć – tonaż powszechnej encyklopedii ogólnym jeno rzutem tej wiedzy zostałby przeważony, ale nawet raczej miotnięty w nierozpoznawalną dal, niczym z trebusza. Tym niemniej w jakże inny świat przenoszą mnie myśli o czynach szlachetnych, w ich okolicy, mimo scenerii nieraz odrażającej i strasznej, dziwny jakiś jest spokój.

Styl mi się trochę uformował ku młodopolskiej manierze, ale bo w obliczu różnych, aktualnych wydarzeń na styku elity z medycyną, niechybnie przypomniała mi się śmierć Karola Irzykowskiego, której opis zapamiętałem ze studenckich lektur.

Karol Irzykowski herbu Ostoja, pisarz, krytyk, teoretyk filmu, jak się mówi o nim: wyprzedzający Freuda, Prousta – pisał o garderobie duszy i o kulturze szczerości – no i właśnie jeden z pierwszych, którzy zauważyli doniosłość sztuki filmowej. Nadto szachista, zwycięzca w turniejach. Człowiek, który w okolicznościach szkoły zaczął się jąkać, co mu zostało na resztę życia, człowiek, już jako dorosły, dotknięty długim konaniem dziecka, kochanej córki, Basi. Doceniany ale i zwalczany jako wzniecający spory krytyk, im bardziej doceniający, tym w krytyce dotkliwszy. Ale i człowiek potrafiący posunąć się do szantażu w domaganiu się zwrotu listów od Zofii Nałkowskiej. Ponoć nawet kłócili się o to w czasie pogrzebu Józefa Piłsudskiego. Człowiek więc, człowiek.

Profesor Ewa Paczoska, zapytana czym była dla Irzykowskiego figura klerka, powiedziała: U Irzykowskiego klerk to bardzo synkretyczne pojęcie. Mieści się w nim między innymi pozytywistyczne wyobrażenie roli intelektualisty. Ma ono też związek ze stosunkiem pisarza do kultury masowej i poczuciem, że ta ostatnia zaczyna nas osaczać i że wszystko niedługo zostanie zglajchszaltowane. Idea klerkizmu jest więc desperacką próbą obrony elitarnego stosunku do kultury w obliczu rządów mediokracji i wszechobecnego uśrednienia.

Karol Irzykowski w czasie okupacji niemieckiej znalazł się w Warszawie, angażował się w działalność konspiracyjną, wykładał na tajnych kompletach. Był w Warszawie, gdy wybuchło Powstanie. I tu zbliżamy się do tych chwil, do tych chwil ostatnich jego życia. Oddam głos pani Agnieszce Woch. Najpierw ten akord:

Kiedy w jego dom uderzyła bomba, postanowił przedostać się do mieszkania swojej córki Zosi na Miedzianą lub w okolice Politechniki. Przed wyprawą chciał ocalić ukryte wcześniej w piwnicy rękopisy. Dom przywłaszczyli sobie własowcy, których Irzykowski starał się uprosić o możliwość zabrania pism. Jeden z nich zgodził się na to, jednak gdy kufer z pracami został otwarty, ten wrzucił do niego zapaloną zapałkę. Pisarz utracił ostatnią drogocenną rzecz – teksty, nad którymi pracował całe życie.

I ton zamykający:

Podczas przedzierania się przez walczącą Warszawę w nocy między 9 a 10 sierpnia Irzykowski został ranny w nogę – pojedynczy strzał zmiażdżył mu kość. Twórca po kilku godzinach rozpoczął wędrówkę po szpitalach, gdzie w fatalnych warunkach musiał przeżywać przedśmiertne katusze. Jak pisała Barbara Winklowa, pisarz umierał w warunkach strasznych, których nie usprawiedliwiała nawet ogólna zła sytuacja po powstaniu. Dąbrowolska wspominała tragedię, jaką przeżywał w ostatnich chwilach życia:

(…) W kącie, wciąż na ziemi, na sienniku niczym nieprzykrytym, z obnażoną głową, blady i nieogolony, w gorączce leżał człowiek, którego nazwałabym sumieniem polskiej literatury. Zapewne był jeszcze czas go ratować, intensywnie leczyć, a nie robiliśmy prawie nic i pozwoliliśmy mu pośród nas umierać.

Bezsilny, w upodleniu i bez godziwej opieki chciał umierać w samotności. Wrzody, wszy i biegunka stale pogorszały jego i tak ciężki stan. Uległ on chwilowej poprawie, gdy pisarza odnalazła córka Hania. Pojawiła się nawet iskra nadziei na uleczenie chorego – Dąbrowolska opowiadała, że udało jej się zdobyć zastrzyki, które mogłyby pomóc mu odzyskać siły. Pisała:

Irzykowski ucieszył się najpierw i dziękował. Za chwilę wszedł doktor, inny, nie ten, co zalecał zastrzyki. […] Doktor zdziwił się, że je uzyskałam, i spytał, ile kosztowały. Istotnie, była to wtedy duża suma. […] – Tak – powiedział wtedy lekarz – to dla jednego chorego wydaje się tyle pieniędzy, a tu leżą żołnierze i nie mają zastrzyków. (…) Było to ponad siły Irzykowskiego, niemalże się zerwał z łóżka, wołał na mnie. – Niech pani odda te zastrzyki zaraz doktorowi dla wszystkich na sali. Nie chcę ich, nie przyjmę!

Karol Irzykowski umarł 2 listopada 1944 roku.

Powie ktoś, inne czasy, inne wymagania, straszne historie. Inne, inne, ale czy gdy wymagania są mniejsze, nie powinno się być w porządku?

Antoni Kozłowski, poeta, eseista, performer, dziennikarz, fotograf. W czasach PRL istotnie zaangażowany w działalność opozycyjną, zaproszony jako gość specjalny na I Kongres Solidarności, współinicjator odezwy do narodów Europy Środkowej. W stanie wojennym dotkliwie okaleczony przez ZOMO.

W odnawianej Polsce premier RP przyznał mu rentę specjalną. Gdy Antoni Kozłowski popadł w bezdomność, mieszkając kątem to tu, to tam, ustąpił miejsca w kolejce do mieszkania komunalnego młodemu małżeństwu z małym dzieckiem.

Naprawdę trzeba tu zaznaczyć, że gdyby III Rzeczpospolita zwróciła zagrabione przez komunę majątki, choćby tylko – nawet według prawa PRL bezprawnie – zagrabione domy i parki, Antoni nie musiałby doznawać bezdomności, ubiegać się o lokale komunalne. Znałem go i jestem głęboko przekonany, że przywrócony do rodowych włości nie tylko nie musiałby latami zabiegać o wydanie tej czy owej książki, ale zapewne stworzyłby ku ogólnemu pożytkowi żywy ośrodek refleksji – myśli i Rozmowy.

Inwalidzie, o znacznie ograniczonych możliwościach poruszania się i z jednym tylko okiem, bardzo zależało, by mógł uczestniczyć w życiu kulturalnym Gdańska, i gdy już znów przyszła jego kolej prosił, aby przydzielono mu mieszkanie w pobliżu linii tramwajowej. Ale pewna znana osoba, podejmująca w tej sprawie decyzję, „zesłała” Antoniego na Ujeścisko, daleko od centrum i daleko od linii tramwajowych.

Antoni miał wyznaczony termin operacji tętniaka, czekał w kolejce. Ustąpił w niej miejsca człowiekowi, o którym powiedziano, że potrzebuje jej pilnie.

Antoni Kozłowski zmarł nagle w grudniu 2017 roku.

Ot, i tyle o elitach, bo o czym by tu jeszcze, wszelki komentarz staje się tu zbędnym. Albo wiesz, widzisz, rozumiesz, albo nie.

Bibliografia:

Maniak, dziwak, impertynent? Spory (o) Karola Irzykowskiego [Skrócony zapis debaty]

Agnieszka Woch, Karol Irzykowski – Polak, który wyprzedził Freuda i Prousta?

2 KOMENTARZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj