Recenzja najnowszej premiery w Teatrze Miejskim im. Witolda Gombrowicza w Gdyni.
Nietrafiony prezent albo czekając na spektakl założycielski
Spektakl z morza i marzeń
Informacja o pierwszej, pełnoformatowej premierze Teatru Miejskiego im. Witolda Gombrowicza w Gdyni w pierwszym sezonie pod dyrekcją nowej dyrektorki Marty Miłoszewskiej uruchomiła po raz kolejny nadzieje i tęsknoty za dobrym i ważnym teatrem dramatycznym w mieście z morza i marzeń. Prawdopodobieństwo spełnienia potwierdził wybór materiału literackiego – „Gdynia. Pierwsza w Polsce” Aleksandry Boćkowskiej to pierwsza książka, która współcześnie stara się zmierzyć z fenomenem wyjątkowego miasta po triumfach i przejściach.
Gdynia nie ma współczesnego „pisarza miasta” jak Gdańsk (Chwin) czy Słupsk (Odija), dlatego zbiór reportaży przybyłej z Warszawy autorki, która delikatnie dotyka najważniejszych tematów w inny niż gdyński, czyli propagandowy sposób, był ciekawy i ożywił opinię publiczną, a akolici prezydenta byli wręcz oburzeni. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że podtytuł koresponduje z nazwą strony na Facebooku, ważnej dla przebiegu wypadków w ostatnich latach w Gdyni. Fanpage „Gdynia jako pierwsze miasto w Polsce” prowadzony przez aktywistów ze Stowarzyszenia Bryza na pewno przyczynił się do zmiany władzy w ćwierćmilionowym mieście poprzez punktowanie błędów ekipy Wojciecha Szczurka. Internety odegrały znaczącą rolę w upadku rządzącego Gdynią przez 26 lat prezydenta, Gdynia jako pierwsze duże miasto w Polsce pokazało czerwoną kartkę swemu władcy (ostatnie, przed upadkiem, wcielenie samorządowca), który bardzo to przeżył i dopiero po 22 miesiącach leczenia ran zaczął się wypowiadać publicznie.
Pułapki spektaklu na zamówienie
Nadziejom od początku towarzyszyły obawy. Czy spektakl w prezencie na 100-lecie może być czymś więcej lub czymś innym niż laurka? Skoro to spektakl otwarcia, deklaracja i pokaz możliwości nowej dyrekcji, to jak pogodzić ambicje artystyczne ze specyfiką fetowanego radośnie jubileuszu? Urodzona, choć niezakorzeniona artystycznie w Gdyni, Daria Kopiec powierzyła napisanie scenariusza Arturowi Pałydze, jednemu z najwybitniejszych dramaturgów polskich, zdobywcy m.in. Gdyńskiej Nagrody Dramaturgicznej. Na konferencji prasowej przed premierą Pałyga rozwiał większość nadziei i poinformował, że zrezygnował z wielu kontekstów, w tym politycznego i stworzył na użytek pracy mapę inspiracji złożoną z „Całego tego zgiełku”, autotematycznego filmu Boba Fosse’a, oczywiście książki Boćkowskiej oraz rozmów z reżyserką i… Zygmuntem Miłoszewskim, przede wszystkim wybitnym autorem kryminałów, ale też czołowym, ogólnopolskim aktywistą kulturalnym.
Biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności i emocje, zadanie, jakie stanęło przed ekipą „Gdynia. Fordewind”, było apokaliptycznie trudne [Wielka fala (uśmiech)].
Antymusical
Gatunkowo „Gdynia. Fordewind” anonsowany jest jako antymusical, co w mieście dumnym z czołowego teatru musicalowego, który osiągnął największą popularność w Polsce (zawieszenie serwera w pierwszym dniu sprzedaży biletów na drugą część roku z powodu zbyt wielkiego zainteresowania!), jest w tym przypadku nie tylko awanturnicze i śmiałe, ale przede wszystkim niepotrzebne. Od lat nie potrafię zrozumieć, dlaczego lokalne sceny dramatyczne (Teatr Wybrzeże i Teatr Miejski), bazując na własnych zasobach, próbują udowodnić, że w musicale to oni też dają radę. W rezultacie powstaje dzieło musicalopodobne, jak kiedyś polską odpowiedzią na czekoladę był wyrób czekoladopodobny. Inaczej myślą, a na pewno myśleli za Dominika Nowaka w Słupsku, gdzie teatr repertuarowy zapraszał do realizacji fachowców (w dwóch przypadkach był to Wojciech Kościelniak ze swoją ekipą realizatorską – mowa o „Alicji w krainie czarów” i „Niech no tylko zakwitną jabłonie”), rozpisuje się ogólnopolski casting i wybiera wykonawców z odpowiednimi kompetencjami gatunkowymi oraz uzupełnia wybranymi z zespołu macierzystego (w Miejskim na pewno byłyby to Agnieszka Bała i Elżbieta Mrozińska). W Trójmieście jest inaczej, dlatego powstają niezamierzone „antymusicale”, śpiew i taniec zastępują grepsowanie i ćwiczenia gimnastyczne dla poczatkujących. W gdyńskim koncepcie zauważam jeszcze pewien branżowy, artystowski rodzaj wywyższania się i obniżania musicalu jako gatunku artystycznego. Ma być ambitnie, więc ponabijajmy się z musicalu i takie tam. Smuci mnie to, jak niegdyś Marcello Mastroianniego:
Wideo: Marcello Mastroianni o aktorstwie
I obowiązkowo, zgodnie z panującą modą w teatrze „artystowskim”, ma być bez emocji i afektacji – po prostu „na zimno”, z dystansem.
Dobre złego początki
Pierwsze sceny przykuwają uwagę. Do miasta przybywają: dziennikarka Goldie (Marta Kadłub), która słusznie może kojarzyć się z Aleksandrą Boćkowską i reżyser Silverman (Piotr Michalski). Przyświecają im różne cele: dziennikarka zbiera materiały do zamówionego reportażu, reżyser przygotowuje spektakl, który ma być wyjątkowy. W trzeciej głównej postaci – Gospodyni (Elżbieta Mrozińska) możemy doszukiwać się śmiało personifikacji Gdyni. Poprzez postać dojrzałej kobiety aktorka pamiętająca dobre czasy Miejskiego snuje opowieść, bardziej komentarz o Gdyni, najczęściej ironizując i demistyfikując. Piotr Michalski, mimo deklarowanej przez autora scenariusza i samego aktora inspiracji, nie przypomina Joe Gideona z „All that jazz”. Owszem, ma szal, a to najważniejszy atrybut reżysera:
Prawdziwy słownik polskiego teatru: Szal
Silverman nie zaczyna dnia od Vivaldiego, dexedrine i samouwielbiającego spojrzenia w lustro. Nie jest także wybitnym choreografem i kobieciarzem, jego „It’s showtime, folks” rzucone do uczestników finału, w którym wystąpi również jego partnerka Śmierć, brzmi co najmniej ironicznie. W kreacji Michalskiego to człowiek po przejściach i sukcesach, jeszcze nie do końca wypalony, ale przybywający do rodzinnego miasta, by zrobić coś wyjątkowego i naładować się gdyńskim, mitycznym Élan vital, by zrobić coś „naprawdę”. Nie jest to łatwe, zgłaszający się na casting są jak wycięci z „Misia”, choreografia przypomina pierwsze zajęcia z rytmiki w nauczaniu przedszkolnym.
Spektakl, podobnie jak musical, składa się z szeregu scen i scenek sytuacyjnych, śpiewanych i tańczonych oraz tzw. „wrzutek”. Sceny, scenki i przerywniki są bardzo różnej długości i wartości. Sądząc po kompozycji, najważniejszą osobą po trójce organizującej całość jest Salcia Hałas:
Wideo: Teatr Miejski w Gdyni, Gdynia. Fordewind: fragment spektaklu 1/2 (próba medialna)
Wenda i Kwiatkowski pojawiają się na kilka sekund – oczywiście campowo. Kaszubi wymienieni są ze trzy razy plus nazwiska rodów kaszubskich (m.in. Skwierczowie). Gdańsk to oczywiście miasto krzyżackie (salwa śmiechu na widowni), wróżka Benita w płetwach, kilka razy ogrywany basen na Polance Redłowskiej, deweloper łapówkarz itd. Ciąg przypadkowych, zaskakujących adresów zmieszany z istotnymi. Największą niespodzianką dla mnie było poświęcenie jednej sceny Mieczysławowi Plucińskiemu (Grzegorz Wolf), projektantowi w latach 80., właścicielowi biura projektowego „Szkutnik” w Gdyni i popularyzatorowi wiedzy żeglarskiej. Nie chodzi o to, by w dwugodzinnym pokazie teatralnym pokazać wszystko, co ważne i konieczne, ale menu przygotowane przez Pałygę i Kopiec jest za bardzo fusion (śmiech). Miała być esencja gdyńskości, a wyszła lura.
Pastisz, parodia i autoparodia
Dość szybko opuszcza nas zaciekawienie i grzęźniemy w antymusicalowości. Antymusicalowa jest scenografia złożona z czterech elementów: fragmentu muru przypominającego fasadę modernistycznego bankowca, mikroestradki z kolorowymi żarówkami – to najpewniej „campowa” wariacja nt. Maxima, gdyńskich rybek i centralnej muszli na tle dużego ekranu zamykającego jednobarwny horyzont. Antymusicalowy jest tekst, a właściwie morze słów, z których zbyt często niewiele wynika. Brakuje mi skali, by scharakteryzować „choreografię”, a raczej pląsy i wygibasy, które apogeum osiągają w tanecznej zbiorówce „jako żywo” przypominającej układ z „Thrillera”, ale gdyńskie zombiaki mają w sobie zdecydowanie mniej życia. Wstrząsające i mrożące krew w żylakach są też przejścia przez całą scenę: z lewej na prawo, a odwrotnie to już w ogóle sztos.
Tak sobie pokpiwam, bo tak to jest, gdy ktoś się zabiera za coś bez szczególnego zapału i dopracowanego pomysłu, ale chętnie opowiada o sobie. Pastisz to trudne rzemiosło, w którym bardzo łatwo o przeskalowanie i wejście w parodię, a w ostatniej fazie w autoparodię, jak to się zdarzyło w gdyńskim spektaklu. Gdyńska campowość (swoją drogą to już mocno passe) to żaden artystyczny strzał, tylko kicz (ups, ale mi się wymsknęło, ale to dobrze, bo zadziałał instynkt – to parafraza wypowiedzi jednej z realizatorek).
Na przedpremierowej konferencji zaciekawiło mnie też wyjaśnienie dotyczące obecności na plakacie spektaklu wizualnego cytatu z najsłynniejszej grafiki japońskiej (Hokusai). Dowiedziałem się, że nowa wizualizacja teatralna ma być spójna z duchem teatru, ale nikt nie potrafił wyjaśnić obecności „Wielkiej fali w Kanagawie” w Gdyni.
Plusy dodatnie i plusy ujemne
To bardzo nierówny spektakl z przeważającą liczbą rozczarowań. Zespół aktorski jest, i to bardzo delikatne określenie, nadzwyczaj zróżnicowany. Całość trzyma dwoje doświadczonych aktorów, którzy tradycyjnie nie zawodzą. Ich opanowanie, świadomość i swoboda sceniczna czy wreszcie, co coraz rzadsze w tym zawodzie: warsztat i dbałość o szczegóły, chronią całość przed całkowitą katastrofą. Ta dwójka to oczywiście Elżbieta Mrozińska i Piotr Michalski. Spośród pozostałych wyróżnia się Agnieszka Bała, szkoda, że tak mało do zagrania ma Szymon Sędrowski, bo na pewno w najżywszej scenie całego pokazu pokazuje trochę jakości (scena z zespolonymi urzędnikami, widziana już kilka razy u kogoś innego, ale w Gdyni się broni):
Wideo: Teatr Miejski w Gdyni, Gdynia. Fordewind: fragment spektaklu 2/2 (próba medialna)
Artur Pałyga bał się laurki, ale, jak się okazało, były to lęki nieuzasadnione. „Gdynia. Fordewind” na pewno nie jest laurką, za to zbyt dużo słów dość szybko nuży i zniechęca do śledzenia przebiegu. Zadanie stojące przez Pałygą było moim zdaniem pułapką dla dramaturga „krwistego”, chętnie penetrującego prawdziwe problemy.
Daria Kopiec: „Jako twórczyni potrzebuję przede wszystkim skontaktować się ze swoją prawdą, ze swoją wizją spektaklu”.
Najwięcej zastrzeżeń mam do reżyserki odpowiedzialnej, jak prezydent miasta, za wszystko. To nie jest do końca tak, że Miejski ma bardzo słaby zespół, w solidnym procesie z każdego aktora zawodowego można wycisnąć bardzo dużo, gdy jest się skoncentrowanym na końcowym efekcie w odbiorze widza, a nie jedynie na własnej projekcji. Obsadzenie Marty Kadłub w wiodącej roli było bardzo ryzykowne, a puszczenie niedopracowanego spektaklu jest grzechem największym. Mogę wyliczać różne niedostatki, ale brak jakiejkolwiek koncepcji oświetlenia zabija wszystko, niektóre sceny można dość niewielkim wysiłkiem zróżnicować i wręcz uratować – dwie godziny „na lampie” dobiły mnie ostatecznie. Nie przeszkadza mi artystyczna nonszalancja i podkarmianie w każdej sytuacji własnego ego, gdy w zamian uzyskuję jakość artystyczną – tej w Gdyni zabrakło.
[uwaga: prowokacja!] Śmiejecie się? To z Was się śmieją!
Lubimy, gdy obcokrajowcy naiwnie zachwycają się Polską i uroczo kaleczą nasz język. Czujemy się wtedy jakoś lepsi – jak na wycieczce w Bułgarii czy w Egipcie, gdzie jesteśmy królami dzięki średniej krajowej. Gdynianie są szczególnie głodni mówienia o nich i o ich mieście. Młode miasto potrzebuje mitologii i tożsamości, aktów formujących i założycielskich bardziej niż miasta z historią i dorobkiem. Może nieprzypadkowo, o ironio, najważniejszy dokument potwierdzający formalne nadanie praw miejskich miastu z morza i marzeń nie został do dzisiaj odnaleziony – coś w tym jest (śmiech).
„Gdynia. Fordewind” to beka z miasta, jej mieszkańców, jej kultury, inteligencji i przewag. To Gdynia wyśmiana, a za najczulszy punkt do ataku wybrano naszą chwałę i największy sukces: musical. Shame! Shame on You!
[koniec prowokacji]
Co dalej?
Zwyczajowo w cywilizowanym świecie pierwszy rok nowej dyrekcji, a co dopiero w takim miejscu jak przy Bema 26, jest okresem ochronnym. W siódmym miesiącu nowej dyrekcji jesteśmy po drugiej premierze, pierwszej pełnoformatowej. Skoro po „O dwóch takich, co ukradli księżyc” w reżyserii Ewy Platt określono scenę w foyer teatru jako scenę eksperymentu, wstrzymałem się z recenzją, ale z obowiązku nadmienię jedynie, że był to eksperyment bardzo nieudany.
Pytanie o format teatru miejskiego na przykładzie Teatru Miejskiego w Gdyni jest jeszcze bardziej otwarte niż rok temu. Zgodnie z deklaracją prowadzących teatr, które zapraszają do dyskusji, możemy mieć na to wpływ, ale czy chcemy? Czy powinniśmy? Czy musimy?
Przed nami premiera „Chłopek” – trzecia propozycja ponownie bardzo feministyczna. To kolejny tekst niesceniczny, wymagający adaptacji, co jest wielką bolączką w polskim teatrze, a w dramaturgii współczesnej szczególnie. Czy będzie to spektakl założycielski, który zdefiniuje ciąg dalszy i będzie punktem odniesienia? Mam nadzieję, że tak i nie będziemy musieli czekać jak Estragon i Vladimir.
Zakończę jednak inaczej, trochę w stylu największego, lokalnego trendsettera: mimo zastrzeżeń warto obejrzeć „Gdynia. Fordewind”, bo jest to propozycja nieoczywista oraz oryginalna. Według deklaracji spektakl jest prezentem teatru dla miasta. Czy trafionym? Przekonajcie się sami.
Korzyści osiągnięte przez autora: bezpłatna akredytacja.
Bogatą dokumentację spektaklu może zobaczyć na Playliście Teatr Miejski im. Witolda Gombrowicza w Gdyni, Gdynia. Fordewind (rozmowy, wypowiedzi, fragmenty z próby medialnej, pełny zapis konferencji prasowej).
Wideo: Teatr Miejski w Gdyni, Gdynia. Fordewind: premierowe oklaski i ukłony
Gdynia. Fordewind. Antymusical na podstawie reportażu „Gdynia. Pierwsza w Polsce” Aleksandry Boćkowskiej
Adaptacja: Artur Pałyga
Reżyseria i scenografia: Daria Kopiec
Muzyka: Aleksandra Gronowska
Kostiumy: Patrycja Fitzet
Choreografia: Michał Przybyła
Asystent reżyserki: Krzysztof Berendt
W obsadzie cały zespół Teatru Miejskiego w Gdyni:
Goldie – Marta Kadłub
Silverman – Piotr Michalski
Gospodyni – Elżbieta Mrozińska
Aleksandra /Marynarzowa Barbara – Monika Babicka
Deweloper Sebastian – Jacek Bała
Walerian/ Podziemny Marian – Maciej Wizner
Psujzabawa Tomasz – Szymon Sędrowski
Kamila/Helena – Olga Barbara Długońska
Elżbieta/Aktorka – Beata Buczek – Żarnecka
Benita/Fala – Martyna Matoliniec
Aleksandra/Podziemna Salcia/Marynarzowa Krystyna – Agnieszka Bała
Barbara/Fala – Weronika Nawieśniak
Edmund/ Inżynier W Palcie/Senior/Leon – Bogdan Smagacki
Jan/ Inżynier W Garniturze/Aktor/Zbigniew – Rafał Kowal
Urzędnik Starszy – Mariusz Żarnecki
Urzędnik Młodszy – Szymon Sędrowski
Mieczysław – Grzegorz Wolf
Fala – Krzysztof Berendt
Premiera: 7 marca 2026 r., Duża Scena Teatru Miejskiego im. Witolda Gombrowicza w Gdyni. Czas trwania: ok. 120 min bez przerwy.



![[foto, wideo] Śpiewać każdy może, ale czy powinien?](https://gazetaswietojanska.org/wp-content/uploads/2026/07/DSC00179-kopia-218x150.jpg)







![[foto, wideo] Pomysły na Gdynię: Pomorskie Centrum Sztuki w Hali Łukowej](https://gazetaswietojanska.org/wp-content/uploads/2026/06/44a-218x150.jpg)

![[foto] [wideo] Malta Festival 2026: konferencja prasowa](https://gazetaswietojanska.org/wp-content/uploads/2026/05/IMG_4626-218x150.jpg)

![[aktualizacja] 4.01 Referendum w Kosakowie](https://gazetaswietojanska.org/wp-content/uploads/2026/01/POL_gmina_Kosakowo_COA.svg_-218x150.jpg)

![[foto] Mikołaje na motocyklach 2025](https://gazetaswietojanska.org/wp-content/uploads/2025/12/DSC00090-Copy-218x150.jpg)
![[foto] Batory. Transatlantyckie love story](https://gazetaswietojanska.org/wp-content/uploads/2026/06/DSC00138-kopia-218x150.jpg)
![Sho[r]t: Mariusz Grzegorzek w hołdzie Yayoi Kusamie](https://gazetaswietojanska.org/wp-content/uploads/2026/05/Kusama2-218x150.jpg)

![[wideo] 5.06 Premiera singla „Trzy miasta” INKI i Adama Kalinowskiego](https://gazetaswietojanska.org/wp-content/uploads/2026/06/Okladka-218x150.jpg)

