O „Talicie” Pawła Huellego pisze Zbigniew Radosław Szymański.
Opowiadania Pawła Huellego są jak „stuzłotówki z głową Pstrowskiego […] . Jedyną w swoim rodzaju fantasmagorią. Bytem idealnym” (z opowiadania Krawiec s. 251). Jako złośliwy troll próbowałem ten idealny byt splamić, złapać na kłamstewkach. I co? Nie udało się. Pisarz wskrzesza z siłą literackiego demiurga świat, którego nie było. Alternatywny, ale zbudowany na precyzyjnie odtworzonych realiach, które jak nie osobiście, to z ksiąg uczonych i przekazów przodków można poznać. Jednak pisarz nie chce być odtwórcą, opowiadać tego, co każdy dobrze zna, chociaż nie zawsze potrafi to wyrazić i nazwać. Jest ambitny. Chce być demiurgiem większym niż ten, pisany dużą literą, Największy z Plagiatorów, o którym tak pisał w książce Wszystko jest iluminacją Jonathan Safran Foer: „Bóg kocha plagiatorów. Napisane jest zatem: „Bóg stworzył rodzaj ludzki na obraz swój, na obraz Boga stworzył go”. Bóg jest prekursorem sztuki plagiatu! Wobec braku jako tako odpowiednich źródeł, z których mógłby zżynać – bo i na czyj niby obraz miał stworzyć człowieka? Zwierząt?- stworzenie ludzkości stało się aktem plagiatorstwa ksobnego. Bóg splądrował lustro”.
Czytaj także: Czytelnik w objęciach demiurga. O opowiadaniu „Talita” P. Huellego
Paweł Huelle posuwa się dalej. On stwarza świat, który przegląda się w lustrze własnej jaźni, plądrując to najdoskonalsze z luster, rozbijając na najdrobniejsze drobinki, by z uporem i talentem czułego demiurga oczyszczone złożyć ponownie w całość. Czy ta całość jest lepsza niż pierwowzór? Nie jest gorsza, bo nic gorszego niż owo poronione dzieło dnia szóstego Stworzenia, kiedy to trzeba się bawić i wypoczywać a nie pracować – zwłaszcza twórczo, bo to praca szczególnie wyczerpująca- nie mogło nas spotkać. Cóż, Bóg nie wywalczył sobie jeszcze wtedy wolnych sobót.
Czy ten nowy świat sprezentowany nam przez gdańskiego twórcę może się nie podobać? Nie może. Pisarz jest zbyt doświadczonym artystą, by nie zadbać o wszystkie szczegóły swojego dzieła. Huelle lubi popuścić wodze swojej iście barokowej fantazji, ale zawiódłby się ten, kto by próbował nakryć pisarza na najmniejszym choćby przekłamaniu. Wiem, co mówię, bo dzięki mobilnemu internetowi wykorzystałem półtoragodzinny postój w ulicznym korku, na ustalanie czasu opowiadania Krawiec z najnowszego zbioru prozy Talita oraz na weryfikację zamieszczonych w nim informacji, którymi autor ubarwia fabułę. Odstępstw od realiów opisanych czasów nie znalazłem. Wspomniana w opowiadaniu katastrofa radzieckiej łodzi podwodnej „Komsomolec” rzeczywiści miała miejsce w 1967 r. i pochłonęła życie 39 ofiar. Pierwsza Komunia narratora musiała więc mieć miejsce w latach 1967 lub 1968. Ciotka wspomnianego narratora, mogła ratować się popijając napoje kojące żal po stracie w owej katastrofie ukochanego Karola z buteleczki po syropie Guajazyl, bo sam pamiętam, jak w owym czasie tymże syropem mnie leczono z przeziębień. Chociaż wyboru ciotki nie rozumiem, bo butelka po syropie była pękata i trudno ją było ukryć w damskiej torebce, a było to w czasach, gdy kobiety jeszcze nie nosiły modnych dzisiaj plecaków. Narrator tak opowiada lekceważąco krawcowi Lipszycowi o produkowanym w NRD (dla młodzieży: Niemieckiej Republice Demokratycznej) zegarku marki Ruhla: „W sam raz się nadaje, żeby położyć go na tramwajowych szynach i patrzeć, jak kilkanaście ton stali zgniata kilkanaście gramów” (Krawiec, s. 259). Pamiętam, że właśnie taki zegarek dostałem na moją Pierwszą Komunię od ciotki z Niemiec, gdzieś chyba w roku 1962. W w owym roku 1967, czy 68, gdy narrator przystępował do swojej Pierwszej Komunii, już jako zbuntowany hippis, położyłem swoją Ruhlę na torach kolejki SKM (chociaż nie pamiętam, czy tak się wtedy nazywała). Efekt niezapomniany. Wtedy jeszcze wierzyłem, że w ten sposób ujarzmiam opresyjny czas.
Pięciozłotówka z rybakiem i dla mnie stanowiła mroczny przedmiot pożądania, bo mogłem za nią kupić w prywatnym sklepiku Szmula balonową gumę do żucia i jeszcze dwie sztuki papierosów marki Lark, ewentualnie trzy Camele. Nie mogę jednak zgodzić się z pisarzem, gdy w usta krawca Lipszyca wkłada następujące zdanie skierowane do chłopca: „Tylko pamiętaj, że na ulicach jest niebezpiecznie” (Krawiec, s. 247). To zdanie mogłoby wskazywać, że czasem opowiadania jest rok 1968, a więc jakieś dwa miesiące po Marcu. Czy jednak wtedy, ale też i kiedykolwiek wcześniej, czy później, za naszej, mojej i narratora młodości czegokolwiek baliśmy się? Bali się raczej „Oni”, jak ich nazwała trafnie Teresa Torańska, chowając się po bramach, unikając wszelkich zgromadzeń. Bał się wtedy też tzw. półświatek, bo jeszcze republika kolesi nie rozciągnęła nad nim parasola ochronnego. Bać się, Szanowny Autorze, zacząłem dopiero po styropianowej rewolucji, w podobno „wolnej” Polsce. Styropian, materiał nietrwały, wietrzeje. I tak zwietrzała owa przeszacowana wolność. Zresztą, czy my, Polacy, na nią zasłużyliśmy? Czy jest nam do czegokolwiek potrzebna?

Gdyby uliczny korek potrwał jeszcze z godzinę, pewnie zdążyłbym wyguglować topografię ówczesnego Gdańska, bo niepamięć pożera niestety coraz większe obszary mojej pamięci i nazwy ulic bohaterów niesłusznych mieszają mi się z nazwami bohaterów słusznych.
Czy można nazwać bezowocnym takie kulturalne spędzanie resztek pozostawionych mi godzin, którą to resztówkę i tak próbuje się na różne sposoby ukraść? Gdy inni pomstują na rząd, drogowców, policję, złą organizację ruchu kołowego i ogólnie cywilizacyjny postęp, ja zagłębiałem się w świat bez skazy, świat doskonały, kryształowo czysty, w którym do dziecka mówi się per pan, całuje kobietę w rękę, ustępuje starszym miejsca w środkach komunikacji, samemu jadąc na tramwajowym buforze. Nie ma w tym świecie doktorów Copertfieldów, sądów kreujących wyroki po znajomości, a przynajmniej po znajomości zawartości kopert wciskanych im w fałdy togi. A przecież jeszcze tak niedawno mogliśmy takiego budzącego obrzydzenie doktora spotkać w powieści Mercedes Benz. Wielką metamorfozę przeszli bohaterowie prozy Pawła Huelle wraz ze starzeniem się twórcy (odtwórcy), zmieniając się w doktorów Judymów, jak dr Czaplewski z opowiadania Talita, który z narażeniem życia ratował, niestety bezskutecznie, z topieli Bernatkę. Pisarz zrozumiał zapewne, że nie jest jego rolą dołowanie czytelnika wiedzą, o której ten chciałby przynajmniej na czas lektury zapomnieć. Jako człowiek już starszy woli przedstawiać nam bohaterów szlachetnych, wzorcowych, empatycznych, nawet jeśli to z jego doświadczeniem się kłóci. Czy nam, ludziom żyjącym tu i teraz, chromym jak chrome są i te czasy, do czegokolwiek potrzebna jest proteza, skoro i tak nie ma dokąd iść? Nie, ale proteza sztuczna, jak zresztą sztuczna jest i sama sztuka, od sztuczności biorąca swą nazwę, może nam to błądzenie osłodzić, uwznioślić, upiększyć. Skoro, jak pisze Sofokles w Edypie w Kolonie: „Najlepszym losem jest w ogóle się nie narodzić”, a aborcyjna loteria powołała nas na świat, niech on będzie przynajmniej pełen błyskotek i, wspomnianego już w opowiadaniu Most, śniegu.
Skąd taka metamorfoza postaci prozy gdańskiego autora? Myślę, że autor, póki młody, zwłaszcza z pokolenia ukształtowanego jeszcze przez wychowanie domowe, szkołę z czasów niesłusznie niesłusznych, religię, posiadł zasady moralne, które powstrzymywały go przed pisaniem nieprawdy. Od tych dylematów wolny jest autor, o mniej więcej dwa pokolenia literackie młodszy, Tadeusz Dąbrowski, który w swojej debiutanckiej prozie Bezbronna kreska, tak, z uroczą szczerością wyznaje: „W każdym słowie mam schowek na kłamstwo”. Inne, „nowoczesne” wychowanie, nieopacznie rzucone hasło „Róbta, co chceta”, szkoła, która zamiast uczyć i wychowywać jedynie przygotowuje nowy gatunek ludzki: „homo mercator”, powodują, że książki autorów starszego pokolenia czyta się ze zdumieniem. Jeśli w ogóle się jeszcze czyta. Mógłby ktoś z moich słów wywnioskować, że oskarżam gdańskiego pisarza o pisanie łgarstw. Nie, ja po prostu zauważam, że w czasach, gdy zabiliśmy Boga, a z nim Jego główny atrybut: prawdę i miłosierdzie, pisarz musi bardzo ostrożnie stwarzać dawnego świata ekwiwalent lub, po prostu, nie musząc już martwić się o nasze zbawienie, dbać przynajmniej o nasze rozbawienie.
Pisząc o tytułowym opowiadaniu z najnowszego zbioru Pawła Huellego Talita, pozwoliłem sobie nazwać autora demiurgiem. To wzbudziło zastrzeżenia wielu osób, w tym, jak doszły mnie słuchy, i samego pisarza. Mało kto zauważył, pewnie mój wywód był mało przejrzysty, że ja nie kierowałem tego epitetu w stronę autora jako homo, czasami jeszcze na szczęście sapiens, lecz na trudniącego się niełatwą sztuką zaklinania słów, tak by one, wszak były pierwsze, na to pierwszeństwo zasługiwały. Paweł Huelle jest w tej sztuce prawdziwym demiurgiem słowa. Na każdą jego książkę czeka się z niecierpliwością, umiejętnie podsycaną dobrym marketingiem. Szkoda tylko, że książki nie można było kupić przed jej promocją, bo jak dyskutować podczas jej premiery, gdy się jej nie czytało? Moim zdaniem, tytułowe opowiadanie nawiązujące do aramejskich słów Chrystusa: „Talita kum!” jest taką metaliteracką przypowieścią o blaskach i trudach sztuki pisarskiej. Nie na darmo dedykowane jest młodszemu koledze po piórze. Blaski, to możliwość dowolnego kreowania losów bohaterów opowieści, nowego odczytania, wydobycia z ich podświadomości tego, co z uwagi na wiarę, środowiskową normę, czy też zwykłe swoje lenistwo wolą usunąć z pamięci w niepamięć. To opowiadanie jest ponadczasową przypowieścią o tym, co możemy też spotkać w poezji Pawła Huellego: o tęsknocie, niespełnionej miłości, doświadczaniu grzechu z powodu wyimaginowanego, narzuconego tradycją kagańca wiary i środowiskowej szeptanki. Owo wezwanie „Talita kum!” skierowane jest do nas, czytelników, i zachęca do aktywnego, pozbawionego kompleksów kierowania własnym, jednostkowym i tylko na krótko danym nam w depozyt, losem. Pewnie wielu autora nie posłucha, ale czy to w jakimś stopniu umniejsza jego demiurgowatość? No dobrze, już dobrze, dość tego przypochlebiania się pisarzowi, w nadziei, że wróci jeszcze raz do losów Weisera Dawidka. Niech będzie, że Huelle to wybitny rzemieślnik artystyczny, ale upieram się, że jego dzieło to nie jakiś tam landszaft, lecz co najmniej Jajo Fabergé.

To, co było, minęło, już się nigdy nie powtórzy. Chyba, że jako własna karykatura. Niby banalna, codzienna historia z tytułowego opowiadania w misterny sposób ukazana, staje się taką nicią trzech sióstr Mojr. Z małym odstępstwem od mitologicznych skojarzeń. To nie autor jest ową Atropos, przecinającą nić w odpowiednim momencie – tę czynność autor pozostawia czytelnikowi. Czy talent demiurga można dziedziczyć, zastanawiałem się, czytając wzruszającą, pełną ciepła i bardzo osobistą, chociaż zakorzenioną w prozie Bruno Schulza historię z opowiadania Most, poświęconą ojcu narratora. Z czułością i poetycką zadumą pochyla się pisarz nad tym losem. Smutnym, bo przypadającym na czas wielkiej smuty. Mimo to historia ta nie pozbawiona jest humoru, co prawda wisielczego, jak lina wisząca między przęsłami zerwanego mostu. Ojciec narratora, bohater tego opowiadania, na strychu domu stworzył sobie prawdziwe laboratorium demiurga, konstruując przeróżne urządzenia mające mu pomóc w oderwaniu się od bezwzględnej grawitacji spraw przyziemnych. Czy mogły się te doświadczenia skończyć pomyślnie? Czy jedynym sukcesem jest to, że ojciec uległ wezwaniu „Talita kum!” i próbował? Jak potoczą się losy bohaterów opowiadania tytułowego możemy się tylko domyślać, sami być może przeżywając podobne perypetie – autor nam tego nie wyjaśnia. Jak skończyły się próby ojca narratora wiemy, lecz niech ta wiedza nie powstrzymuje nas przed wiarą, że być może to, co nie udało się jemu w opowiadaniu, nam się uda. Nawet jeżeli zostaje po naszej próbie tylko to piękne, poetyckie wspomnienie śniegu, który wydaje się, że dla naszego pokolenia stopniał już na zawsze:
„Śnieg miał różne zapachy. Pierwszy, listopadowy, gdy wielkimi płatkami opadał w ciszy na zeschniętą ściółkę lasu i konary buków, miał coś z niewinnej świeżości. Był jak kryształowe powietrze przywiane z gór nad morze. Grudniowy niósł zapowiedź świąt i zawierał w sobie inne, domowe zapachy: ciast, cynamonu, gałki muszkatołowej, ryb pływających w szafliku, suszonych grzybów, jedliny, świec. Styczniowy mieszał ze sobą włóczkowy zapach czapek, rękawic, smaru do nart i słońca na stokach Niedźwiednika, gdzie szusowaliśmy z ojcem, wzniecając srebrne obłoki lśniącego pyłu. […] Najgorszy był śnieg lutowy. Pachniał ciężarem głuchych, beznadziejnych nocy, podczas których w moje sny wkradał się rosyjski car gnający przez zamieć zakutych w żelazo zesłańców. […] Ale śnieg marcowy pachniał już zupełnie inaczej. Nawet przed roztopami czuć było pod jego skorupą rozbudzone strumienie, a na powierzchni ów lekki, tylko przez doświadczone zmysły poznawany zapach jeszcze nieistniejących dla wzroku, ale już zawiązanych pączków liści”. (Most s. 63)
Powie ktoś; „A co mnie obchodzi zeszłoroczny śnieg?”. Odpowiem: Tracisz możliwość, którą dzięki pisarzowi zyskałeś, zetknięcia się ze światem, jakiego już nie ma. Z pięknem, w jego kryształowo czystej postaci. Huelle ten świat wskrzesza i nieważne, czy taki byt istniał, czy tylko powstał dzięki jego wrażliwości. Kto chce, niech sięga po przekazy historyczne, my nie bądźmy niedowiarkami i przynajmniej na czas lektury ulegnijmy czarowi tego świata i wymyślonego przez pisarza ceremoniału: „Dwie srebrne świeczki i lampa naftowa rzucały lekkie, rozproszone światło na obrus i starą, jeszcze z czasów saskich, zastawę. Po zupie rakowej, pulardzie, wołowinie z żurawinami i pruskich pierożków na wety, Tekla przygotowała poziomki w kremie karmelowy” (Koncert, s.141)
Huelle nie pisze o życiu jakie jest. Pisze o życiu, jakie chcielibyśmy, aby było i z siłą talentu literackiego mistrza to życie stwarza. Gdy trzeba wskrzeszając, jak w omówionym już opowiadaniu Talita. Niby akcja osadzona jest w dość bliskiej współczesności, ale i zachowanie bohaterów opowiadania, i lekko archaiczny język wzbogacony o elementy języka kaszubskiego, a także przedmioty dnia codziennego, dostępne już tylko w muzeach etnograficznych, przenoszą akcję w inny, stworzony przez pisarza wymiar. W wiele opowiadań z tego tomu wpleciona jest nitka nadrealizmu, nadprzyrodzonej interwencji. W Talicie to tajemniczy mnich, we wstrząsającym opowiadaniu Ryfka, taką tajemnicą jest nadprzyrodzona moc grobu cadyka, dzięki której to sile możemy wierzyć, że tytułowa Ryfka ocalała nie tylko z zagłady, ale też, że bryłka lodu, w którą została zahibernowana, stała się jej wrotami do nowej, miejmy nadzieję już szczęśliwej, rzeczywistości. Wisząca nad tymi opowiadaniami tajemnica, ciepła narracja i empatia autora zmieszane z odrobiną potrzebnej do życia poezji, czynią z tych jednostkowych historii uniwersalny model życia, takiego jakim być powinno. I zostawia nam, czytelnikom, przynajmniej niewielki łut optymizmu. Ryfkę, można przypuszczać, czeka jakieś nowe „życie po życiu”, oddane w opiekę cadyka.
Władysław Broniewski, w swoim wierszu „Ballady i Romanse” już tak optymistycznie losu Ryfki nie postrzegał:
„Słuchaj dzieweczko! Ona nie słucha…
Ten dzień biały, to miasteczko…”
Nie, nie miasteczko, nie ma żywego ducha.
Po gruzach biega naga, ruda Ryfka,
trzynastoletnie dziecko.
[…]
I przejeżdżał bolejący Pan Jezus,
SS-mani go wiedli na męki,
postawili ich oboje pod miedzą,
potem wzięli karabiny do ręki.
„Słuchaj, Jezu, słuchaj Ryfka, sie Juden,
za koronę cierniową, za te włosy rude,
za to, żeście nadzy, za to, żeście winni,
obojeście umrzeć powinni”.
I ozwało się Alleluja w Galilei,
i oboje anieli po kolei,
potem salwa rozległa się głucha…
„Słuchaj dzieweczko!… Ona nie słucha…”
A to nowe życie – czym powinno być, jeśli nie realizacją tego, co stało u podstawy stworzenia świata, czyli miłości Stwórcy do swojego dzieła? Współczesna kultura próbuje nam wmówić, że miłością jest szybka realizacja najbardziej nawet wyszukanych potrzeb seksualnych człowieka. Trochę w tym racji, bo tylko ta miłość, pojmowana jako dążenie do technicznej doskonałości Kamasutry może powstrzymać stopniowy zanik rasy homo sapiens. Demografię Europy, poprzez kulturę próbuje się wykorzystać, by ten niekorzystny trend naprawić, dlatego być może obsceniczne pisarstwo Houellebecqa jest tak szeroko reklamowane. Szkoda, że nie znałem jego, gdy byłem w wieku pokwitania. Buszujący w zbożu marną był przepustką do wkroczenia w seksualną zmysłowość. Ale przesyt w miłości, która jak twierdzi prof. psychiatrii Tadeusz Bilikiewicz jest chorobą, miłości nie sprzyja. Dlatego o tym egzotycznym wirusie, przed zainfekowaniem którym tak trudno się obronić, wolę czytać w poezji i prozie Pawła Huelle. Europa ma Houellebecqa, my mamy Huellebooka, w którego książkach miłość jest rozłożona na całe życie bohaterów, przedstawiona w sposób subtelny, z niedopowiedzeniami w momentach, w których należy bohaterów prozy gdańskiego autora zostawić na chwilę samych To jest miłość rodem z twórczości Tołstoja, Bunina, Nabokova. W opowiadaniu Talita to miłość Franka, ojca tragicznie zmarłej Bernatki do szwagierki. W opowiadaniu Szewc miłość tragicznie niedokończona szewca Joachima do Reginy zamordowanej przez niemieckich barbarzyńców. To niespełnienie znajduje swoje dopełnienie w altruistycznym stosunku do ukrywającej się w niezamieszkałej ruinie, sąsiadującym z pracownią szewca domu, Niemki, która przeżyła tragedię wyzwalania Wolnego Miasta Gdańska przez sowieckich wyzwolicieli. Piękna i mądra jest miłość ojca narratora z opowiadania Most do żony, która po przywróceniu go normalności, szyje mu na to nowe, świadome życie, wyjściowy garnitur zgodny z obowiązującą modą. Czy największym szczęściem nie jest miłość rozumiana jako oddanie się swojej pasji? Chaskiel, bohater opowiadania Słoneczny dzień, sam dysponujący znakomitym słuchem i głosem, który mógłby zadziwić niejedną widownię operową, stawia dzieło Boga wyżej niż własny śpiew:
„Nagle jednak Chaskiel usłyszał muzykę. I nie była to muzyka ze słów reb Beszta ani żadna inna muzyka, jaką kiedykolwiek słyszał. Była to muzyka samego Boga: łoskot spiętrzonej wody, szum deszczu, powiew wiatru pierwszego wiosennego dnia. Wzrost trawy przed pierwszym pokosem. Śpiew drozda o świcie, miłosne zaklęcia dziewcząt puszczających wianki, szept matki nad usypiającym właśnie dzieckiem, dźwięk pierwszych płatków śniegu w listopadzie, na dach domu. Szelest światła w oknie domu. Tuż obok synagogi i kościoła, gdzie mieszkał”. (s.108)
Miłość dwóch osób zakochanych w muzyce to temat opowiadania Koncert. Nowy dziedzic Olszanki Joachim Tolle i młoda, ale już mająca na koncie kilka ważnych sukcesów pianistka Ewa, która u ciotki Tekli w dworku w Wiązowej przygotowuje się do studiów w Konserwatorium Paryskim, nie mogli się nie spotkać i nie zapałać do siebie miłością. Na ile do siebie, a na ile do siebie odurzonych muzyką, pozostaje wiedzą demiurga. Wydaje się ta miłość, tak śmiała duchowo, jak nieśmiała fizycznie, wielkim szczęściem Może za sprawą niespełnienia, które, wydaje się przekonywać nas Paweł Huelle, dodaje skrzydeł? Pobyt Ewy w Wiązowej i Joachima w Olszance zostaje przerwany przez wybuch wojny. Pozostają wspomnienia i list Ewy do Joachima, nigdy nie wysłany, a jednak dostarczony mu dzięki taktowi ciotki Tekli. Pozostaje też pytanie, wątpliwość powstała w myślach Ewy: „Filozofowie, żurnaliści, księża, pisarze – wszyscy mówili o szczęściu. Ale żaden z nich nie potrafi wytłumaczyć, na czym miałoby polegać. A skoro tak – być może w ogóle nie istnieje. Może szczęściem jest tylko ta chwila, w której patrzy na staw, na małą wyspę, czaplę, ważki, jaskółki. Na stary pomost i zatopione czółno?” (Koncert s.152).

A może szczęściem jest ten kulinarny ceremoniał tak skrupulatnie przestrzegany przez ciotkę Teklę?: „Gdyby w Wiązowej zabrakło tego deseru, świat prawdopodobnie zdążałby ku katastrofie”, czytamy w opowiadaniu Koncert. Ale ta katastrofa już nadeszła. Pojawiają się nowe pandemie, świat Wiązowej, jak i sama Wiązowa w ruinie. Katastrofa spowszedniała, stała się codzienną, egzystencjalną normą, dniem codziennym nowego pokolenia, dniem ich pięknych wzruszeń. Cóż z tego, że najczęściej w rytmie disco polo, przy kebabie, pizzy i piwie, a nie przy koncercie z Karnawałem Schumanna zakończonego kolacją w wykwintnej restauracji. Może uda się następcom Ewy i Joachima zmienić katastrofę w zwycięstwo? Huelle wydaje się w to nie wierzyć. Na okładce książki widzimy zdjęcie psa wyjącego do księżyca. To zwykle zwiastuje śmierć. Ale księżyca nie ma. Jest tylko jakaś nierozpoznawalnego dla mnie (daltonizm) koloru mgła. Czy to znaczy, że nie ma i śmierci? Częstym motywem w twórczości Pawła Huellego jest tajemnicze znikanie postaci, zastanawiam się, czy autor nie zaraził się tą przypadłością od autora książki Piknik pod wiszącą skałą, a może nie tyle autora książki, co opartego na tej prozie filmu pod takim samym tytułem, który w tamtym czasie, gdy Huelle debiutował, był przebojem ekranowym. Dziwnym zbiegiem okoliczności tytuł debiutanckiej książki gdańskiego pisarza dziwnie przypomina nazwisko reżysera filmu: Weir.
To znikanie postaci spotykamy w debiutanckiej powieści „Weiser Dawidek”. Tak jest i z tajemniczym mnichem, oraz po części i z Bernatką, z opowiadania Talita, z Ryfką, z opowiadania pod takim właśnie wziętym od imienia bohaterki tytułem. Tajemniczo znika również Niemka z opowiadania Szewc, czy też krawiec Lipszyc, który: „W trzaskach błyskawic oddalał się w czarnym, długim płaszczu kasztanową aleją wprost ku ruinie dworu von Hoffmannów, gdzie przez zabite deskami drzwi wszedł do środka i zniknął. Więcej go nie spotkałem”.
Nie ma śmierci, zda się wyć do niewidocznego księżyca pies z okładki. Ale nie ma też życia. Jest tylko mniej, czy bardziej, gęsta mgła. Nie ma, sfotografowanego przez chłopca z opowiadania, sterowca. Po wywołaniu filmu okazało się, że klatki kliszy są puste. Nie ma też i dziewczynki z wykuszu grającej na fortepianie. Życie jest snem, chciałoby się powiedzieć za Calderonem. Wszystko więc jest ułudą, fantasmagorią? Nie, bo jest opisane, zaklęte w słowie, a to materiał najtrwalszy i mocno wierzę, że z Weiserem Dawidkiem, a w czasach przeróżnych fejsbuków o to nietrudno, jeszcze się spotkamy. Także z bohaterami opowiadań z tomu Talita.
Nazywając naszego gdańskiego pisarza Huellebookiem mogłem zasugerować, że w jego prozie jest więcej erudycji niż mistrzostwa w przedstawianiu tego, co wymyka się zapracowanemu rozumowi, a jest rejestrowane przez wszystkie te zmysły, bez których nasza egzystencja byłaby nazbyt jałowa. Owszem, gdy czytam porównanie: „tkwił tam jak szkier, którego przez nieuwagę albo niechlujstwo kartografowie nie ujęli w locji”, boleję nad moją niewiedzą wynikającą po części z faktu, że moje podróże były zwykle mobilnością dla samej przyjemności podróżowania, a nie wyznaczoną przez mapy koniecznością dotarcia do celu. Kiedy jednak czytam taki poetycki, zmysłowy fragment: „Lubiłem szept ogrodów. Ich wilgoć nadmorską, szelest niespodziany liści, ciemność pomiędzy ścianami wypalonych kamienic, granatowy mrok” – to dziękuję Bogu, że moje przytępione zmysły naprawił, stwarzając artystów. Bóg, ten największy z Twórców, stworzył człowieka, obdarzając go Dekalogiem, który nakazywał miłować bliźniego swego. Niestety, nie wytłumaczył, co znaczy miłować. Na Adama scedował twórczość praktyczną, chociaż drugorzędną, nakazując nazwanie wszystkiego, co materialne, ale nie nauczył go, postępowania z tym, co duchowe. Najpewniej jego dzieło, „project”, jak się dzisiaj prace artystów nazywa, skończyło się na stworzeniu kukiełek, marionetek w rękach Najwyższego Animatora. Nie przewidział duchowości tej powstałej z prochu i żebra lalki. Być może nasza duchowość to figiel Szatana? Gdy Stwórca pojął, co stworzył, zrozumiał, że trzeba dać tym kukiełkom kogoś, kto nauczy ich kilku niezbędnych zasad etycznych, w tym miłości. Stworzył więc artystów, którzy owej miłości uczą. Jedni lepiej, inni gorzej, zbyt ulegając podszeptom figlarza Szatana. Paweł Huelle uczy nas miłości z wielką maestrią i elegancją. Ufajmy artystom, których można scharakteryzować słowami pisarza, co prawda skierowanymi pod adresem krawca Lipszyca, też artysty, tyle że nożyczek, igły, nici i taśmy krawieckiej: „Żył najwyraźniej w równoległych światach, między którymi raz zachodziła bliskość, to znów dystanse rosły jak na wszechświecie w zastraszającym tempie kwadraty odległości”. (Krawiec, s. 258)
Czytajmy Huellego. On chce nas przekonać, że świat jest dobry, czysty, piękny, że taki świat kiedyś istniał. W wierszu Pieśń nad pieśniami z tomiku wydanego w 1994 r. pisał: „Jak piękna jesteś przyjaciółko moja / W miasteczku, którego nikt już nie pamięta”.
Tego miasteczka już nie ma, ale jego dybuk domaga się, byśmy o nim pamiętali i pisarz z czułością oraz maestrią wskrzesza je, odnawiając i pielęgnując macewy pamięci. A że posiadł talent demiurga, wierzę, że to miasteczko pięknym i czystym uczynić potrafi, bo jak pisał Tomasz Mann: „Talent to zdolność do posiadania własnego losu”. Przynajmniej na czas lektury spróbujmy uwierzyć w wolno sunący nad łąką sterowiec: „Ogromny, biały, z przodu miał kilka dziur w poszyciu, które przypominały blizny na pysku wieloryba. Kilka ludzkich figurek ciągnęło statek za pomocą lin. Za nimi biegł pies, również biały, odcinając się wyraźnie od równiny”.
Nawet jeśli wywołane z tego zdarzenia zdjęcia okazały się puste, to zapełnijmy je naszą wyobraźnią. Obudźmy się! Talita kum!
Paweł Huelle, Talita. Społeczny Instytut Wydawniczy Znak 2020, 320 s. Data premiery: 30/9/2020.

.



![[foto] Kaszubski kosmos / Kaszëbsczi kòsmòs w Gdyni cz. I](https://gazetaswietojanska.org/wp-content/uploads/2026/07/DSCF0135-218x150.jpg)




![[foto, wideo] Śpiewać każdy może, ale czy powinien?](https://gazetaswietojanska.org/wp-content/uploads/2026/07/DSC00179-kopia-218x150.jpg)


![[aktualizacja] 4.01 Referendum w Kosakowie](https://gazetaswietojanska.org/wp-content/uploads/2026/01/POL_gmina_Kosakowo_COA.svg_-218x150.jpg)

![[foto] Batory. Transatlantyckie love story](https://gazetaswietojanska.org/wp-content/uploads/2026/06/DSC00138-kopia-218x150.jpg)

![[foto] [wideo] Malta Festival 2026: konferencja prasowa](https://gazetaswietojanska.org/wp-content/uploads/2026/05/IMG_4626-218x150.jpg)
![Sho[r]t: Mariusz Grzegorzek w hołdzie Yayoi Kusamie](https://gazetaswietojanska.org/wp-content/uploads/2026/05/Kusama2-218x150.jpg)
![[foto, wideo] Pomysły na Gdynię: Pomorskie Centrum Sztuki w Hali Łukowej](https://gazetaswietojanska.org/wp-content/uploads/2026/06/44a-218x150.jpg)
![[wideo] 5.06 Premiera singla „Trzy miasta” INKI i Adama Kalinowskiego](https://gazetaswietojanska.org/wp-content/uploads/2026/06/Okladka-218x150.jpg)