Jesień to także czas wyborów. I czas rozterek przedwyborczych.

Jesienni żebracy i prebendariusze

Za moim oknem jeszcze jest zielono, tylko jarzębina śmieje się czerwienią. Ale już niedługo Wzgórza Morenowe zapłoną barwami jesieni, a potem drzewa będą milkły, zawstydzone swą nagością, żeby z wiosną znów się zazielenić.

Cykliczny czas natury kojąco działa na duszę, w przeciwieństwie do linearnego czasu ludzkiego, który budzi lęk przed nieuchronnym przemijaniem. Dlatego metafora jesieni życia wydaje mi się pewnym nadużyciem, bo niezależnie od wiary czy niewiary w rajski przebyt trudno byłoby wpisać życie człowieka w rytm powtarzalnych sekwencji obumierania i ożywania.

Porzućmy jednak kwestie eschatologiczne, zajmijmy się życiem. Wspomniana jesień naszej egzystencji to – och, cóż za niemiłe słowo – starość. Jak pisał w swojej książce Paweł Adamowicz:

„Nasze gdańskie społeczeństwo się starzeje; potrzebujemy nie tylko więcej domów seniora, lecz także zakładów opieki leczniczej. Rola zinstytucjonalizowanej opieki nad seniorami będzie rosła. Liczba samotnych, często chorych i niesamodzielnych, starszych osób będzie się zwiększała”.

Wiem, to nieprzyjemny temat. Możemy o tym nie mówić, nie myśleć nawet, lecz to nie zmieni faktu, że jako wspólnota stajemy się coraz starsi.

W dawnym Gdańsku ludzie starzy i samotni, począwszy od XVI wieku, mogli znaleźć schronienie w Lazarecie przy Bramie Oliwskiej. Byli wśród nich ubodzy, ale byli też prebendariusze, którzy kupowali sobie dożywocie. Czasem budziło to kontrowersje, niektórzy rajcy bowiem wychodzili z założenia, że przywilej dożywotniego pobytu należy dawać tylko ubogim. Trudno było to jednak pogodzić z finansami szpitala, niełatwe też okazało się zarządzanie pieniędzmi – przekonał się o tym doktor Stich, ordynator, który w roku 1869 został skazany przez sąd za swoje nieodpowiedzialne decyzje finansowe, po czym utopił się w jeziorze Tegeler w północnej części Berlina.

Tym, którzy z takich czy innych powodów nie mogli skorzystać z miejskiej i kościelnej dobroczynności, pozostawały żebry. Prócz żebraków miejskich, z miasta pochodzących, byli też przybysze ze wsi. Tak jak stara Agata z Chłopów Reymonta, pakowali jesienią swoje sakwy żebracze i wyruszali do miasta, ponieważ zimową porą nie było dla nich w rodzinnej wsi żadnego zajęcia, którym mogliby okupić łyżkę strawy.

Jak powiada ksiądz Kracik, Kościół mimo programowej życzliwości dla ubogich wychodził z założenia, że bieda to rzecz naturalna, niejako wpisana w hierarchiczny porządek świata, ustanowiony przez Boga.

„Włączone w ten porządek duchowieństwo chętniej mówiło bogatym o potrzebie miłosierdzia niż sprawiedliwości, a biednym o cierpliwym znoszeniu niedostatku niż o prawie do elementarnych środków egzystencji. Szlachcic, kupiec, rzemieślnik, pleban, rzucając grosz dziadowi, poprawiali własne mniemanie o sobie i czuli się w sumieniu usprawiedliwieni. Filantropia taka potrzebna była obu stronom: biorącym, by przeżyć, i dającym, by spokojnie posiadać i pomnażać”.

Przyznaję, że bliższa jest mi idea sprawiedliwości – tylko jak ją urzeczywistnić?

Jesień to także czas wyborów. I czas rozterek przedwyborczych. Pójdę pewnie pod jarzębinę i zaśpiewam:

Слава ПШИБЫЛЬСКА Slawa Przybylska -Уральская рябинушка /Jarzebina Czerwona

Jarzębino czerwona, któremu serce dać?
Jarzębino czerwona, biednemu sercu radź…

Źródła: poza wertowaniem gedanopedii.pl sięgałam też do książki Pawła Adamowicza Gdańsk jako wspólnota, a także do pracy Hultaje, złoczyńcy, wszetecznice księdza Jana Kracika i Michała Rożka

Foto za: gedanopedia.pl

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj