Rzadki to dziś przypadek, ale w dawnych wiekach często spotykany. Zamożni ludzie stawiali w swych dobrach kaplice bądź kościoły, traktując to jako wygodę z jednej, a widoczny pokaz ich pobożności z drugiej strony.  Z różnych względów miało to znaczenie. Najciekawiej wyglądało to na Pomorzu w XVI w., kiedy wraz z postępami luteranizmu kościoły… zmieniały wyznanie wraz z ich fundatorem, proboszczem i całą parafią.

Czytaj artykuły z działu Gdyńskie, arcygdyńskie

Tego rodzaju przypadek nie zaszedł na Kolibkach, gdzie w 1763 r. wojewoda Przebendowski, który odkupił Kolibki od Sobieskich,  postanowił wybudować kościółek. Planował jego budowę starannie. Pierwotnie kościółek miał mieć podziemia, w których chowano by proboszczów jak i osoby zasłużone. Miał też powstać przy kościółku mały szpitalik. Miał być prowadzony przez jeden z zakonów męskich z terenu Pomorza. Lokalizacja była nieprzypadkowa.

Czerwona linia na mapie to droga, którą z Wielkiego Kacka (najbliższa parafia katolicka) wierni mogli dojść do tzw. Drogi Gdańskiej wiodącej przez Redłowo i Gdynię do Swarzewa, dokąd tradycyjnie chodziły pielgrzymki kaszubskie. Tą trasą chodzili również pielgrzymi z okolic Gdańska. Kolibki były tym punktem na trasie, gdzie pielgrzymi się spotykali. Gdyby urządzić im w tym miejscu warunki do odpoczynku, wspólnej modlitwy itd., niechybnie zostawialiby tam nieco grosza i byłoby z czego kościół utrzymywać. Tak  rozumował Przebendowski, który miał wobec tego przybytku swoje plany. Postawiony obok kościoła budynek klasztorny miał być piętrowy, mieścić kuchnię, piwnice i refektarz. Miało to wszystko być ogrodzone murem o kształcie kwadratu 200×200 łokci. Problem był jeden – który z zakonów tam ulokować?

W 1759 r. Przebendowski, mając już wstępną zgodę biskupa włocławskiego (do niego do 1823 r. należało Pomorze), zwrócił się z tym pytaniem do surogata gdańskiego Wybickiego (stryj Józefa), prosząc o pomoc w negocjacjach. Tak – negocjacjach, bo tak położony kościółek, i to fundacji pomorskiego magnata, był dla wielu łakomym kąskiem. Zaczęły się rozmowy z jezuitami, dominikanami, karmelitami, Zakonem Miłosierdzia Bożego, kapucynami. Rozmowy do niczego nie doprowadziły, a biskup włocławski podtrzymywał swą zgodę pod warunkiem „nieuszczuplenia dochodów któregoś ze zgromadzeń zakonnych”.

W tej sytuacji Przebendowski zmienił plany. Postanowił zbudować mniejszy kościółek i oddać go kurii, a nie jednemu z zakonów. Miał powstać jako kościół filialny parafii w Chwaszczynie. I powstał.

Proboszcz z Chwaszczyna zgodził się na odprawianie w nim mszy raz na miesiąc w zamian za odsetki od zapisanych kościółkowi przez wojewodę 8 tysięcy złotych.

Cmentarz przy kościele nie był planowany. Pogrzeby, co może kogoś dziś dziwić, odbywały się w Chwaszczynie, o czym świadczą zapisy w tamtejszej księdze pochówków. Jedynie co bardziej zasłużonych chowano pod murem kościelnym. Warto wspomnieć, że wyświęcenia kościoła w Kolibkach dokonał surogat Wybicki mający pod swoją opieką dość awanturniczego młodziana, bratanka imieniem Józef, przyszłego autora hymnu polskiego. Można nawet zaryzykować twierdzenie, że sam Józef też był obecny na uroczystości, gdyż stryj z pewnych względów wolał go trzymać przy sobie nawet kiedy tylko na kilka godzin opuszczał Gdańsk.

Po 1794 r. kościółek na skutek reorganizacji diecezji zmienił swą przynależność i stał się filialnym Wielkiego Kacka.

Taka sytuacja trwała aż do 1927 r., kiedy to kościół w Kolibkach stał się samodzielną parafią.  W tym czasie przy kościele istniał już (od 1903 r.) cmentarzyk, o którym opowiemy w „Gdyńskich, arcygdyńskich” osobno, bo wart jest tego.

Parafia w Kolibkach istniała niedługo. Przyszła wojna i nakazana przez okupanta rozbiórka kościoła. Nie mamy żadnego dokumentu, który by wyjaśniał przyczynę tej rozbiórki. Wiemy jedynie, że tak poczynał sobie okupant hitlerowski w wielu miejscowościach. Wiemy natomiast, że polscy robotnicy zmuszeni do pracy przy rozbieraniu kościoła, uratowali nieco wyposażenia, m.in. latarnie procesyjne, obraz św. Barbary (dziś znajduje się w kaplicy kościoła w Orłowie) i przede wszystkim księgę pochówków kolibkowskiego cmentarza (tamże). Po kościele pozostały wspomnienia i bardzo niewiele obrazów. Jeśli chodzi o zdjęcia wnętrza, to jest ich dosłownie kilka. Jedno można zobaczyć w Domku Żeromskiego, gdzie umieścił je bardzo dbający o historię działacz orłowski p. Sławomir Kitowski, a drugie wygląda tak:

Zdjęcie prywatne, robione z chóru w 1935 r. Stąd marna jego jakość, ale dobrze, że i takie się zachowało. Zdjęcie z Domku Żeromskiego jest nieco lepsze.

Po roku ’89 planowano odbudowę kościoła. Znalazł się sponsor, zrobiono plany (będące obecnie w Muzeum Miasta Gdyni), ale… nie było zainteresowania ze strony władz kościelnych. A raczej było, ale z dokładnie tymi samymi zastrzeżeniami, które miał biskup włocławski w XVIII w. Staraniem śp. Macieja Brzeskiego wykonano murowany obrys dawnego kościółka, który dziś latem służy jako legowisko dla bezdomnych, a tablica pamiątkowa najwyraźniej komuś przeszkadzała.

Jadąc z Gdyni do Sopotu, widzimy jedynie „wysepkę”, na której kiedyś stał kościół,
dziś tak bardzo niechciany.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj