Od połowy XIX wieku emigracja z terenów Polski była na tyle licznym zjawiskiem, że zaczęły powstawać wyspecjalizowane agencje regulujące jej liczebność i kierunek. Odzyskanie niepodległości przez Polskę niewiele zmieniło w tej materii. Różnica polegała jedynie na tym, że problemem zajęły się polskie wyspecjalizowane firmy, organizacje społeczne jak Liga Morska i Kolonialna a także instytucje państwowe.

Czytaj artykuły z działu Gdyńskie, arcygdyńskie

Istotną rolę w tych regulacjach odgrywała Gdynia i to od samego początku istnienia portu. Wspominając pierwszy obcy statek, jaki przybił do nabrzeża w Gdyni 13 sierpnia 1923 r. nie zawsze pamięta się, że przybył on właśnie po to, by zabrać emigrantów do wyśnionej Ameryki.

Opis tej podróży, a konkretnie warunków w jakich musieli podróżować, jest mało zachęcający. SS „Kentucky” wyładował w porcie gdańskim konie, a następnie zawinął do Gdyni. Opisujący rzecz całą Jan Żelewski zauważał, że „na dolnych pokładach czuć było odór koński”. Władze państwowe starały się, by emigracja konieczna ze względu na przeludnienie w Polsce i niemożność zapewnienia wszystkim rodakom pracy odbywała się w cywilizowany sposób. Wymagało to jednak czasu i wysiłków. Już na przełomie lat 20. i 30. zmiana była widoczna gołym okiem. Na Grabówku powstał „etap emigracyjny”.

Wszyscy chętni do wyjazdu musieli spędzić w nim czas jakiś, by pozałatwiać formalności urzędowe, ale także przejść badania lekarskie.

Kiedy dziś oglądamy stare zdjęcia z Grabówka, warunki bytowania mogą nam się wydawać surowe.

Z zachowanych wspomnień wiemy jednak, że wielu przybyszom z głębi Polski warunki jawiły się jako… szokująco luksusowe! Woda bieżąca to było coś z czym wielu miało do czynienia po raz pierwszy.
Można więc powiedzieć, że Gdynia była dla nich także „etapem cywilizacyjnym”.

Emigracja była, jako się rzekło, zorganizowana na tyle, że wychodziło nawet specjalne pismo poświęcone tej problematyce.

Tematami poruszanymi w nim były zarówno kierunki emigracji, jak i troska o zachowanie polskości przez wyjeżdżających. Usiłowano zrealizować ten postulat poprzez organizowanie wyjazdów grupom, w których znajdowały się takie zawody jak lekarze, adwokaci itp. Rzadko kiedy jednak udawało się to zrobić, ponieważ liczba bezrobotnych i bez wyuczonego zawodu była zbyt liczna. Przeciętnie statki zabierały od 150 do 300 emigrantów szukających swego miejsca do życia.

Dla nich wszystkich Gdynia była ostatnim obrazem Polski, jaki mieli zobaczyć i zapamiętać.
Niewątpliwie byli to ludzie o większym, niż przeciętny stopniu przedsiębiorczości, ale też tacy, którzy po „wychodźstwie” nie spodziewali się niczego gorszego, niż mieli w ojczystym kraju. Zahartowani biedą, przywykli do niewygód, nie narzekali na ogół na warunki podróży.

Nam dziś może się to wydawać nieprawdopodobne, ale nawet najgorsze miejsce na statku nie było dla nich niczym nadzwyczajnym.


Co dalej? Co czekało ich na miejscu kiedy przypłynęli już do kraju, który miał dać im szansę na zmianę poziomu życia. Dla nikogo chyba nie będzie zaskoczeniem, że „po tamtej stronie wody” także wyspecjalizowali się ludzie, którzy emigrantów przyjmowali i organizowali im pierwsze dni pobytu. Poniżej list młodego emigranta pisany na papierze firmowym amerykańskiego prawnika, który właśnie taką działalnością się parał. List jest z 1890 r.

Ciekawostką jest to, że autor pisze nie do swoich rodziców, ale nauczyciela we wsi z prośbą o odczytanie go rodzinie. Umiejętność pisania i czytania nie była wtedy przecież sprawą powszechną.

Z lat 20. pochodzi inny list, wysłany z Ohio, także na papierze specjalnie przygotowanym dla imigrantów. Opatrzony patriotycznym wierszykiem i polskimi symbolami.

Ten list robi wrażenie, ponieważ to z niego, lepiej niż z niejednego opracowania naukowego, dowiadujemy się o poziomie tych ludzi, o warunkach w jakich wyrośli, ale także o warunkach w jakich żyła pozostawiona w kraju rodzina.

List zapowiada paczkę, którą wysłano do rodziny. Jej zawartość więcej mówi o poziomie życia niż jakikolwiek opis.

Bielizna uszyta przez mamę nadawcy, niekupiona w sklepie, używana, ale przecież „może się przyda”. Na tych kartkach mamy prawdziwy dramat.

Po przeczytaniu tego listu możemy dopiero pojąć, czym dla tych ludzi była Gdynia. Pobyt w obozie etapowym na Grabówku to już był dla nich inny świat. Takich ludzi przez Gdynię przeszło tysiące.
O ich losach wiele można dowiedzieć się w Muzeum Emigracji, nie bez kozery mieszczącym się w miejscu, które jako ostatnie widzieli z odpływającego za morze statku.

1 KOMENTARZ

  1. Smutny ten artykuł, ale przynajmniej pokazuje, jak młode państwo starało się ten eksodus przynoszący wstyd państwu, ucywilizować. Nasi emigranci w Polsce styropianowej takiej opieki doświadczać nie mogli.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj