Ludzkie losy wiją się nieraz bardzo krętymi dróżkami. Kiedy w marcu 1945 r. do Gdyni wjeżdżały polskie i radzieckie czołgi, wśród załóg nie było ani Janka Kosa, ani Szarika, ani Gruzina Grigorija. Był natomiast bułgarski student Petko Tanczew, który uciekł ze sprzyjającej Hitlerowi Bułgarii i w ZSRR trafił do polskiej 1 Warszawskiej Brygady Pancernej im. Bohaterów Westerplatte. Zginął w Orłowie, na skrzyżowaniu Wielkopolskiej i Al. Zwycięstwa. Dziś stoi tam niewielki pomnik upamiętniający jego i kolegów poległych wraz z nim.

Bitwa o Gdynię była wyjątkowo zażarta. Wystarczy przypomnieć sobie, że Mały Kack i część Orłowa zdobyto 22 marca, a do śródmieścia wojska antyhitlerowskie wkroczyły dopiero 28 tegoż miesiąca. Sześć dni z Orłowa do śródmieścia! To mówi samo za siebie. Poległych pancerniaków chowano tam, gdzie zginęli. Na przykład na Skwerze Kościuszki czy pod budynkiem Urzędu Miasta.

Czytaj artykuły z działu Gdyńskie, arcygdyńskie

Dopiero później ekshumowano ich i przeniesiono na cmentarz redłowski. Pierwsze chwile napawały optymizmem. Skończyła się hitlerowska okupacja. Wszystkim wydawało się, że Gdynia jest wolna.

Niestety, radość z wypędzenia okupanta trwała niezwykle krótko. Armia Czerwona zachowywała się w sposób, którego nie przewidzieli mieszkańcy miasta. Dlaczego? Z punktu widzenia Rosjan sprawa wyglądała nieco inaczej, niż z naszego. Po 1939 r. Pomorze wraz z Gdynią włączono do Rzeszy (czego jakoś nie uczy się w szkołach), dlatego te tereny traktowane były inaczej niż Generalne Gubernatorstwo z Warszawą i Krakowem na czele. Rosjanie wiedzieli, że są w Rzeszy, w kraju wroga! Nam to może się wydawać niepojęte, ale oni tak to widzieli i zachowywali się odpowiednio.

Pierwsi odczuli intencje „zdobywców” mieszkańcy Grabówka, kiedy część z nich musiała opuścić własne mieszkania, by zrobić miejsce dla radzieckich oficerów i pracowników służb specjalnych. W pierwszych miesiącach po wypędzeniu Niemców to oni bowiem narzucali styl i kierunek działań „nowej władzy”. Dziś rzadko pamięta się już o tym, że w Gdyni dochodziło w tym czasie do grabieży na ogromną skalę. Rosjanie zabierali i wywozili do swojego kraju wszystko, co miało jakąś wartość, co mogło się przydać. Urządzenia portowe i stoczniowe wywożono całymi pociągami. Górka rozrządowa na wysokości dzisiejszego przystanku Gdynia Stocznia stale zatłoczona była wagonami, do których ładowano „zdobycz wojenną”. Z ciekawostek – polscy pracownicy kolei odnotowali tam m.in. kilka wagonów załadowanych… fortepianami.  O meblach i innym wyposażeniu mieszkań nie ma co nawet wspominać, były tego setki wagonów. Równie ostro poczynała sobie radziecka bezpieka. Tropiła członków AK i Gryfa Pomorskiego, a także wszystkich, którzy wydali się im podejrzani politycznie. Wielu gdynian trafiło wówczas do więzień, a nawet do obozu Stutthof, który nie został zlikwidowany, ale wykorzystywany przez zwycięzców. Tego mieszkańcy nie przewidzieli. Radość pierwszych dni ustąpiła przed strachem o swój los przed „wyzwolicielami”.

Mimo to oficjalna propaganda głosiła „przyjaźń” polsko-radziecką, braterstwo broni itd. Propagandzie potrzebne są symbole. Symbole bijące w oczy przechodniów, co z czasem przełożyć się może na „właściwy ogląd rzeczywistości”. Takim symbolem może być np. pomnik. Postanowiono więc, że w centralnym punkcie miasta, na Skwerze Kościuszki zamiast stojącego tam obelisku z gwiazdą stanie pomnik polsko-radzieckiego braterstwa broni. Powołano odpowiedni komitet i zabrano fundusze. Nie dlatego, by brakło na to pieniędzy, ale po to by sprzedając cegiełki, sprawdzić stosunek obywateli do nowej władzy. Był rok 1953.

Władza zadbała, by prace nad pomnikiem nie trwały zbyt długo.

Pracę przy pomniku traktowano prestiżowo, a zatrudnieni tam rzemieślnicy otrzymywali lepsze uposażenie, niż gdyby pracowali w swoich zawodach w normalnych zakładach pracy. Propaganda jest bezcenna, nie ma co żałować funduszy!

I tak pojawiła się w Gdyni Natasza – tak nazwali pomnik mieszkańcy. Wprawdzie po 1956 r. siła propagandy ukierunkowanej na „braterstwo” naszych narodów mocno osłabła, ale pomnik pozostał i bywał centralnym punktem różnych uroczystości.
Mieszkańcy, szczególnie młodzi, nie bardzo się tym obiektem interesowali. Do tego stopnia, że część brała go za… pomnik Kościuszki (zgodnie z nazwą skweru). Ci, którzy wiedzieli, co przedstawia, często, choć po cichu, kpili z niego, nazywając go „Natasza – nie nasza!”

Historia Nataszy nie skończyła się w 1989 r. Przeniesiona została do Redłowa, gdzie patronuje grobom pochowanych tam żołnierzy radzieckich.

Pomniki mają, jak widać, własne historie. Pomagają często zrozumieć naszą, pamiętajmy o tym.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj