Wciąż słyszymy pytanie – jak mogło do tego dojść?  A tymczasem należałoby raczej zapytać  jak to możliwe, że tak długo udało nam się uniknąć pandemii w warunkach skrajnego lekceważenia tego rodzaju zagrożeń? A ostrzeżeń nie brakowało. O możliwości wybuchu w skali globu choroby „X” epidemiolodzy alarmowali od lat. I – przynajmniej pod tym względem – trudno też coś zarzucić WHO.  

Uwaga: tekst można przytaczać bez ograniczeń – w całości lub we fragmentach – zarówno w postaci drukowanej, jak i elektronicznej – jedynie pod warunkiem wskazania źródła publikacji („Gazeta Świętojańska” + URL).

Dziś, gdy wszyscy zostaliśmy obsadzeni w katastroficznym filmie, którego scenariusz – jakkolwiek pisze go wciąż splot przypadków – był jak najbardziej przewidywalny, z pewnością wielu z nas doznaje uczucia pewnego déjà vu.

Zarówno bowiem poszczególne ujęcia, jak i całe sekwencje zdarzeń, które obserwujemy dziś w telewizji czy internecie, rzadziej naocznie – bo niewiele można dostrzec z indywidualnej perspektywy na opustoszałych ulicach i drogach, od dawna już antycypowali zarówno twórcy kultury masowej, jak i tej „wysokiej”. Nie będę tu tych książek i filmów wyliczał, choć pewnie do niektórych spośród nich przyjdzie mi się w tym tekście odwołać, natomiast obawiam się, że nie znajdziemy w nich odpowiedzi adekwatnych do impasu, w jakim się znaleźliśmy, bo jest on bezprecedensowy.

Pozostając jeszcze przez moment przy powyższych analogiach można by rzec, że na planie tego thrillera znaleźliśmy się jako całe zbiorowości w charakterze statystów. A tymczasem – w większości wypadamy (przynajmniej na razie) lepiej od tych, którym powierzono role pierwszoplanowe. Bo oto okazuje się, że w większości nie brali oni pod uwagę scenariuszy, które przedkładali im zarówno naukowcy, jak i analitycy służb wywiadowczych.   W rezultacie w konfrontacji z zagrożeniem skazali siebie (i nas) na desperacką improwizację.

Jednak byłoby ogromnym uproszczeniem wskazywanie polityków jako głównych sprawców. Nie w tym rzecz, by szukać teraz jakichkolwiek kozłów ofiarnych. W niczym nam to nie pomoże. Przeciwnie. Potrzebna jest nam raczej chłodna analiza przyczyn i próba wyobrażenia sobie konsekwencji obecnego stanu rzeczy. Tak, chłodna analiza, bo w ostatnich latach polityka stała się zarządzaniem emocjami.  A politycy nie spadli z innej planety – są emanacją oczekiwań większości.

Wyznam jednak, że irytuje mnie powszechnie dziś nadużywana wojenna retoryka właśnie w wydaniu polityków, ale także ekonomistów, prawników, publicystów, a niekiedy nawet i lekarzy.  Dlaczego? Otóż dlatego, że jeśli mamy mówić dziś o jakiejkolwiek wojnie, to musiałaby to być wojna wydana sobie samym – naszej pysze, chciwości, atrofii wyobraźni, egomaniakalnej kulturze, przeświadczeniu, że możemy i powinniśmy podporządkować sobie naturę oraz dziesiątkom innych szpetnych przywar, o których niejednokrotnie będzie jeszcze mowa w tym tekście.

Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że obecna retoryka jest pochodną odwiecznej ludzkiej tęsknoty za tym, by wyrwać się z pęt natury. Tęsknoty próżnej i daremnej.

Tu załączam okolicznościowe ukłony dla techno-utopistów, upajających się wizjami rychłego przekroczenia naszych ograniczeń (w tym i śmiertelności) dzięki technologiom, jakimi mieliśmy ponoć dysponować już w niezbyt odległej przyszłości. 

Znakomity brytyjski biolog i popularyzator nauki, Steve Jones (polecam jego trzy wydane w Polsce książki, dobrze byłoby gdyby doczekały się wznowień), słusznie zakpił niegdyś, że chcieliby oni powołać do życia postludzką istotę, której DNA składałoby się nie z zasad oznaczanych literami ACGT, a liter HYPE („haj”, „odurzenie”, „odlot”)…

„We can rephrase Darwin’s three words today: evolution is genetics plus time. If you’ve got genetics (DNA, genes) and you’ve got time (and we know that we have thousands of millions of years since the origin of life) and if you’ve got mistakes, mutations – and they happen all the time – then evolution is bound to happen”.

Zostawmy jednak te wszystkie rojenia, proroctwa i przepowiednie. Skorzystajmy ze sposobności i zastanówmy się, jakich lekcji udziela nam obecnie Natura. Potraktujmy to jako punkt wyjścia do namysłu, a może i swobodnej dyskusji w perspektywie znacznie szerszej niż proponują nam to mainstreamowe media (także te komercyjne – w rodzaju Facebooka – nie wiedzieć czemu zwane społecznościowymi). Warto zastanowić się bowiem zarówno nad genezą obecnego kryzysu, jak i jego implikacjami – nie tylko w sferze gospodarczej.

A, i jeszcze jedno.  Wypowiadam się tu wyłącznie we własnym imieniu, przedstawiając własne zapatrywania, ale i zamierzam też przywoływać opinie innych (cytatów i odniesień będzie zapewne sporo), odwołując się do różnego rodzaju publikacji, które wydają mi się godne polecenia lub inspirujące.   

Natomiast jeśli miałbym teraz zasugerować Czytelnikom coś od siebie, to w przeciwieństwie do przedstawicieli wszelkiego rodzaju „coachingu” osobistego i zbiorowego zdecydowanie radzę znalezienie sobie – w miarę możliwości – własnej  strefy komfortu i pozostawanie w niej tak często i tak długo, jak uznacie za stosowne. Eskapizm? Zapewne, ale w tych czasach szczególnie  potrzebna nam jest odporność fizyczna i psychiczna…

***

najbardziej jednak
lubi Pan Cogito
rolę doktora Orestesa Weimara
on w dramatycznym momencie
zagaduje żołnierza przy bramie
– widział ty Wania mikroba
– nie widział
– a on bestia po twojej skórze łazi
– nie mówcie jaśnie panie
– a łazi i ogon ma
[Zbigniew Herbert, Gra Pana Cogito]

Wirus to cząstka złych wiadomości spowita w warstwę białka.
[Peter Medawarbrytyjski biolog, noblista]

Po pierwszym szoku, jaki stał się naszym udziałem, gdy okazało się, że mamy do czynienia z globalną pandemią, która może dosłownie zdziesiątkować wielkie skupiska ludzkie i w obliczu której podjęto bezprecedensowe środki zaradcze, zyskaliśmy – paradoksalnie – aż nadto wiele czasu na zadanie sobie aż nazbyt wielu pytań. Oto jedno z nich – formułowane zapewne po trosze z lękiem, po trosze z niedowierzaniem.

Czy naprawdę nasza niesłychanie złożona cywilizacja, będąca tworem gatunku uważającego się za zwieńczenie ewolucji (jakby doprawdy miała ona jakiś cel) i za „koronę stworzenia” może zostać unicestwiona przez prymitywny patogen należący do grupy, którą ze względu skojarzenia związane z ich kształtem nazwano koronawirusami?

Kultura popularna od dziesięcioleci karmi się tematem apokalipsy. Jedno z ciekawszych przedstawień: World War Z: ocaleją… chorzy!

Czyżbyśmy – wbrew mitom, w których przypisujemy sobie szczególne znaczenie, wbrew naszym aspiracjom i uzurpacjom, wbrew uporowi z jakim wznosimy coraz bardziej gigantyczne konstrukcje – byli tylko samozwańczymi pretendentami do roli władców tej planety, którym przyjdzie abdykować za sprawą czegoś tak małego, że aż niewidzialnego bez wyrafinowanych mikroskopów?

Czymże bowiem jest SARS-CoV-2?

Ot, pojedyncza nić RNA, okryta otoczką z proteinowymi „haczykami” umożliwiającymi przedostanie się do komórek gospodarza. Jak to obrazowo określił jeden z mikrobiologów – drobinka bio-kurzu, niezdolna do dłuższego samodzielnego bytowania ani replikacji.

Przypomnijmy, że wirusy nie są nawet organizmami, a jedynie wewnątrzkomórkowymi pasożytami bezwzględnymi, bo znajdują sprzyjające środowisko do namnażania dopiero w żywych komórkach innych, nieporównanie bardziej złożonych organizmów, które w wyniku zainfekowania stają się ich gospodarzami.

Skądinąd nie tak łatwo jest wyhodować szczepy koronawirusów w warunkach laboratoryjnych, w szkle, na szalkach Petriego.  Za to niezwykle trudno jest powstrzymać ich ekspansję pośród gatunków, u których znajdą odpowiednie warunki. I stąd nasze obecne problemy.

Wszystkim tym, którym marzy się definitywne zwycięstwo nad wirusami, warto może uzmysłowić, że żaden „blitzkrieg” nie wchodzi tu w grę. Owszem, możemy doraźnie wygrać jedną czy drugą batalię z chorobami przez nie wywoływanymi, ale to wszystko. Dlaczego?

Otóż dlatego, że żyjemy w swoistej wirosferze, o której sporo interesujących informacji można znaleźć na przykład tutaj.

Dla niezorientowanych nieco szokująco zabrzmią zapewne szacunki Międzynarodowego Komitetu Taksonomii Wirusów, który ocenia, że liczba gatunków wirusów na naszej planecie (jeśli uwzględnimy wirusy infekujące wszystkie organizmy – od zwierząt, przez rośliny, aż po eukarionty i prokarionty), wynosi co najmniej 200 milionów. A wielu badaczy uważa, że może to być ich więcej co najmniej o cały rząd wielkości…

Sytuację komplikuje jeszcze fakt, że w pośród wirusów ma miejsce nieustanna wymiana genów z innymi gatunkami, trudno więc określić kryteria klasyfikacji. Pojawiają się też wielce osobliwe przypadki, jak odkryta niedawno nowa linia wirusa ameby, która otrzymała nazwę Yaravirus. Spośród 74 jego genów, 68 nie da się odnieść do genów żadnego innego wirusa, są zupełnie unikalne.

Najliczniejsze natomiast są bakteriofagi – z analizy ich genomów wynika, że jeśli różne wirusy ulokują się w tej samej komórce, intensywnie wymieniają się materiałem genetycznym, tworząc w ten sposób nowe odmiany zachowujące wszakże fragmenty swego oryginalnego DNA.

Sposób działania wirusa polega na tym, że po przeniknięciu do komórki infekuje on ją swoim materiałem genetycznym, wykorzystując ją tym samym do produkcji nowych wirusów. Niekiedy kod genetyczny intruza integruje się z genomem gospodarza i już w nim pozostaje.

Szacuje się, że około osiem proc. naszego genomu jest pochodzenia właśnie wirusowego. Choć nie do końca jest jeszcze wyjaśniona rola genów wirusowych w komórkach, wiadomo, że uczestniczą one w regulacji ekspresji wielu innych genów (czyli włączaniu i wyłączaniu poszczególnych odcinków DNA). Z pewnością zatem odegrały niebagatelną rolę w tym, że homo sapiens (?) wyewoluował spośród innych naczelnych.

Oczywiście sporo wiemy o wirusach infekujących ludzi – jednak to zaledwie ok. 250 gatunków.

Abyśmy nie byli jednak tacy antropocentryczni, warto sobie uzmysłowić, że wirusy mutują najszybciej spośród wszystkich form życia na naszej planecie, a co więcej, że to one najprawdopodobniej zainicjowały procesy powstania organizmów wielokomórkowych, a przenosząc pomiędzy nimi fragmenty DNA były niezwykle efektywnym instrumentem ewolucji. Czyli bez nich nie byłoby mowy o niezwykłej bioróżnorodności – którą obecnie tak bezmyślnie niszczymy.

To wszystko ma rzecz jasna swoją cenę – np. wirusy opryszczki infekowały ssaki już ok. osiemdziesiąt milionów lat temu i miały wówczas niezwykle śmiercionośny potencjał. Jednak choć i obecnie ludzki HSV może powodować poważne perturbacje zdrowotne (zapalenie mózgu, ślepota w konsekwencji uszkodzenia rogówki), to są to bardzo rzadkie przypadki, a najpospolitsza manifestacja obecności wirusa, czyli opryszczka wargowa ustępuje zwykle samoistnie – leczenie objawowe łagodzi jedynie jej przebieg. Natomiast mimo wielu lat pracy licznych zespołów badawczych skutecznej szczepionki nie udało się dotąd uzyskać.

Owszem, naukowcom powiodło się  np. w przypadku ospy zwyczajnej – choroby odzwierzęcej o ogromnej śmiertelności, natomiast wobec HIV, Eboli czy wirusa ptasiej grypy H5N1 wciąż pozostają bezradni. Także poszukiwania uniwersalnej szczepionki na najczęstsze rodzaje grypy powiodły się jedynie częściowo.

A ileż jeszcze niezidentyfikowanych dotąd jeszcze wirusów ze względu na ekspansję naszego szczególnego gatunku może okazać się równie, albo i bardziej niebezpiecznych niż SARS-CoV-2?

Przeludnienie, mobilność, ocieplenie klimatu, zawłaszczanie coraz bardziej kurczących się enklaw dzikiej przyrody, hodowla przemysłowa, a także prace prowadzone w laboratoriach wojskowych i cywilnych instytutów badawczych, to czynniki niezwykle zwiększające stopień ryzyka.

Wciąż słyszymy pytanie – jak mogło do tego dojść?  A tymczasem należałoby raczej zapytać,  jak to możliwe, że tak długo udało nam się uniknąć pandemii w warunkach skrajnego lekceważenia tego rodzaju zagrożeń? A ostrzeżeń nie brakowało. O możliwości wybuchu w skali globu choroby „X” epidemiolodzy alarmowali od lat. I – przynajmniej pod tym względem – trudno też coś zarzucić WHO.  

 

SEM of SARS-CoV-2, speculated in 2020 as being the first real-world virus to create Disease X
oto:By NIAID – https://www.flickr.com/photos/niaid/49531042877, CC BY 2.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=87014916

Cóż, nie potraktowano tych przestróg z należytą powagą, choć media okazjonalnie podejmowały temat przy okazji lokalnych epidemii ptasiej grypy, SARS, Eboli czy MERS. Wspomniane epidemie wybuchały głównie w krajach tzw. trzeciego świata i nie wyrządziły większych szkód w krajach rozwiniętych, wobec czego ich opinia publiczna – zrazu mocno zaniepokojona – bardzo szybko spychała te sygnały w niepamięć, gdy ogniska chorób wygasały. Reakcje były przewidywalne: niepokój, atawistyczny lęk, po czym ulga – „to gdzieś daleko”…

Warto tu może przytoczyć fragment mało znanego, napisanego w roku 1988 tekstu Kurta Vonneguta [oryginał w całości tutaj] :

Mam nadzieję, ze przestaliście wybierać na swoich przywódców nieprzyzwoicie optymistycznych ignorantów. Nieprzyzwoicie optymistyczni  ignoranci byli przydatni tylko tak długo, jak długo nikt na świecie nie miał pojęcia , co się właściwie dzieje – czyli z grubsza przez jakieś ostatnie siedem milionów lat.  Za moich czasów skompromitowali się doszczętnie jako szefowie skomplikowanych instytucji z realnymi zadaniami do wykonania. 

Przywódca, jakiego nam trzeba, nie powinien obiecywać zwycięstwa nad siłami Natury, które mielibyśmy osiągnąć dzięki własnej nieustępliwości. Przywódca, jakiego potrzebujemy, powinien mieć dość odwagi i inteligencji, żeby przedstawić nam surowe, lecz rozsądne warunki kapitulacji:

  1. Zmniejszcie i ustabilizujcie przyrost naturalny.
  2. Przestańcie zatruwać glebę, wodę i powietrze.
  3. Przestańcie wciąż przygotowywać  się do wojen i zajmijcie się rozwiązywaniem rzeczywistych problemów.
  4. Nauczcie swoje dzieci, a także samych siebie, jak egzystować na niewielkiej planecie, nie  przyczyniając się do jej zagłady.
  5. Przestańcie myśleć, że nauka cokolwiek naprawi, jeśli dacie jej bilion dolarów.
  6. Przestańcie zakładać, że wasze wnuki jakoś sobie poradzą, bo nawet jeśli wy tu wszystko zmarnotrawicie i zdewastujecie do cna, to one wsiądą w statki kosmiczne i przeniosą się na jakąś inną planetę. To naprawdę nikczemne i głupie.
  7. I tak dalej.

c.d.n. – prawdopodobnie 😉

Poprzedni artykułKoronawirus – Marszałek Województwa Pomorskiego Mieczysław Struk z potwierdzonym wynikiem
Następny artykułŻycie codzienne w czasach zarazy: Teatr Gdynia Główna
Stefan Adamski
Stefan Jerzy Adamski (ur. 1954) – polski publicysta, eseista, poeta. Studiował polonistykę na Uniwersytecie Gdańskim. Od 1976 roku – po sygnowaniu protestu przeciwko nowelizacji ówczesnej konstytucji PRL – w opozycji demokratycznej. W roku 1980 współredagował pierwszy historyczny biuletyn MKS NSZZ Solidarność. Zwolennik demokracji bezpośredniej i uczestniczącej. Współredagował polski przekład pracy "Świat po kapitalizmie" (Post-Corporate World. Life after Capitalism) Davida Kortena, a także książki "Świat nie jest towarem" (Le monde n'est pas une merchandise), wydanej z inicjatywy i w tłumaczeniu Ewy Kubasiewicz-Houée. Od roku 2000 tj. niemal od początków formowania się ruchu alterglobalistycznego aktywnie w nim uczestniczy. Współzałożyciel Stowarzyszenia ATTAC Polska.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here