Jakkolwiek różnie rozumiany, konserwatyzm jest częstą postawą u Kaszubów. Sam narodowy ruch kaszubski zdaje się być naszpikowany ludźmi o postępowych i lewicowych zapatrywaniach. Sam identyfikuję się z konserwatyzmem i w konsekwencji odczuwam fakt bycia „mniejszością w mniejszości”. Czy mi to przeszkadza?

Zacznijmy od pytania: dlaczego konserwatyzm, skoro to progresywiści bardziej lubią mniejszości? Dlatego, że ja nie szukam kolegów, którzy mnie akceptują, tylko wartości, które uznaję za słuszne. Nie wybieram przekonań na zasadzie bieżących korzyści, szukam wartości, których nie będę się wstydził w przyszłości.

Kolejną kwestią jest definicja konserwatyzmu. Niby każdy z nas jest w stanie wskazać środowisko polityczne wpisujące się w konserwatywny nurt, wiemy, na których imprezach można takie osoby spotkać, jak się ubierają i z jakich memów śmieją. Sprawa jednak nie jest taka prosta. Konserwatyzm to, oprócz sprzeciwu wobec rewolucji społecznych, zerwanie z relatywizmem, uznawanie istnienia wiecznych, stałych wartości, dążenie do utrzymania porządku, szacunek dla istniejących instytucji, praworządność, życie w zgodzie z deklarowanymi wartościami. Uznawanie instytucji rodziny zakłada nie tylko konstruowanie prawa tak, by sprzyjało założonemu jej modelowi, ale samemu pielęgnuje się życie we własnej rodzinie. Czy obecne elity nazywające się konserwatywnymi wpisują się w tę definicję? Ocenę pozostawiam Czytelnikom.

Mnie natomiast te elity nie obchodzą, dla mnie ważny jest mój i innych Kaszubów z narodowości, zgodny z definicją konserwatyzm. A w tym felietonie ważne jest to, jak wpływa on na postrzeganie spraw narodu kaszubskiego.

Różne są drogi przekonywania do istnienia osobnej narodowości kaszubskiej. Jedni nudzą o historycznych kwestiach, mierzalnej samoświadomości przedstawicieli, specyfice kulturowej i tłuką banały o faktach z przeszłości oraz teraźniejszości, inni przekonują, że wystarczy poczucie, że jesteśmy. Ja zaliczam się do tych pierwszych nudziarzy. Konserwatyzm nie lubi się z postmodernizmem, a ten drugi zakłada, że wszystko jest konstruktem społecznym i wystarczy sobie coś wyobrazić, żeby zaistniało. Deklaruję narodowość kaszubską (np. na najbliższym Spisie Powszechnym) nie dlatego, że moje poczucie wystarczy, ale dlatego, że owo poczucie WYNIKA z faktów.  

Efektem tej postawy jest sceptycyzm wobec np. popierania dążeń mniejszości seksualnych dlatego, że „my też jesteśmy mniejszością”, czy entuzjastycznego przyjmowania wszystkich mających na jakimkolwiek polu inną tożsamość. Nie po to udowadniamy, że mamy twarde podstawy, by mówić o własnej odrębności, by później pokazywać, że żadne podstawy nie są potrzebne. To doprowadza do inflacji naszej odrębności. Z drugiej strony nie widzę powodu, by nasz konserwatyzm miał antagonizować.

Konserwatyzm zakłada, że jesteśmy odpowiedzialni za swoją sytuację. Nie jest to huraoptymistyczne przekonanie o byciu kowalem własnego losu. To bardziej pokorne uznanie, że nasze położenie może być złe, jednak samym obwinianiem czynników zewnętrznych nie zmienimy ich albo możemy wprowadzić zmiany, które zaszkodzą. Oczywiście, nierówności płciowe można zwalić na falliczny kształt wież kościołów, biedę na fakt istnienia bogatych ludzi, nasze złe samopoczucie na wygląd kierowców passatów. Można też zakasać rękawy i dążyć do polepszenia położenia. Nie mówię, że niekonserwatyści tego nie robią, sądzę jednak, że warto na tym bardziej skupić swoją energię. Dlatego też tyle słów krytycznych w moich felietonach pod adresem Kaszubów i tłumaczenia, że Polacy nie są winni wszystkiego, co dla nas złe. Oczywiście, można biadolić i mieć poczucie spełnionego obowiązku. Wolę jednak zwrócić uwagę na to, co my zrobiliśmy źle, bo to da się łatwiej naprawić. To dlatego nasza cywilizacja tak dobrze prosperowała. Jednym z jej filarów jest chrześcijaństwo, które zrodziło się w judaizmie. Cały Stary Testament można streścić tak: „ludziom żyje się dobrze z Bogiem, potem się odwracają i jest źle, a kiedy powracają, to znów jest dobrze”. Poza religijnym sensem ma to głębokie przesłanie prakseologiczne. Kiedy dzieje się źle, nie jest to fatum, tylko skutek złych wyborów. Nawet najazd obcego imperium rozpatruje się w kategoriach: „Co my zrobiliśmy źle?”. Czy to sprawiedliwe? Zależy, jak rozumiemy sprawiedliwość. Czy to skuteczne? Bez wątpienia tak.

Przyjrzyjmy się położeniu konserwatyzmu na dzisiejszej mapie ruchu kaszubskiego. Konserwatysta jest w stanie lepiej się dogadać z tymi Kaszubami, którzy nie deklarują osobnej narodowości i tym samym wzbudzić w nich potrzebę silniejszej deklaracji oraz przypomnieć, że to zupełnie normalne zachowanie. Jest również skłonny współpracować z lewicowymi kolegami i koleżankami, dobro narodu stawiając ponad podziałami. Jego regres obecności w narodowym ruchu kaszubskim jest jego własną winą. Pamiętam, jak działacze podkreślali, że nasze święta, w przeciwieństwie do polonocentrycznych, nie mogą rozpoczynać się mszą, ponieważ trzeba pokazać inne oblicze ruchu. Błędnie założyliśmy, że ten pomysł jest podyktowany szacunkiem wobec wszystkich i zakłada niezajmowanie stanowiska w jakichkolwiek dzielących nas kwestiach. Teraz okazuje się, że narodowe portale informacyjne mają tęczowe nakładki, a aktywiści pojawiają się z kaszubskimi hasłami na Strajku Kobiet. Nie wychylaliśmy się z nadzieją, że druga strona też tego nie zrobi. Cóż, nasza w tym wina i narzekanie na progresywistów jest tym samym, czym podnoszone podobno przez feministki narzekanie na szeroko rozstawione nogi mężczyzn w środkach komunikacji. Bardzo cieszy, że ruch narodowy wziął się po prostu za tę sytuację i teraz katolicy mogą się modlić na mszy o „jedność narodu kaszubskiego” czy organizować własne pielgrzymki. Jestem zawstydzony, że sam na to nie wpadłem i jednocześnie wdzięczny młodszym kolegom i koleżankom za podjęcie działań w tym zakresie.

Czy konserwatyzm ma szansę stać się ważnym nurtem w kaszubskim ruchu narodowym? Tak, ale pod kilkoma warunkami. Musi nie być kojarzony z tym, co w Polsce (i w wielu innych krajach) zaliczane jest do konserwatyzmu, a nie przysparza mu bynajmniej splendoru. Musi wnosić świeżość do środowiska jednoznacznie (choć niesłusznie) kojarzonego z progresywizmem i lewicą. Musi wreszcie być czynnikiem, który ugruntowuje naszą tożsamość, „odpłynni” ją, pokaże  jako holistyczny projekt, a nie subkulturę.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj