Marek Weiss-Grzesiński* o swoim pobycie w Gdańsku i Operze Bałtyckiej, którą kierował w latach 2008-2016.

Opera Bałtycka jest instytucją zasłużoną, ale pod koniec XX wieku pogrążyła się w pewnym, delikatnie mówiąc, zastoju. Dyrektor Nawotka, jak już wspominałem, rządził nią z przerwami ponad dwadzieścia lat. Gdyby nawet był geniuszem, nie dałby rady ani z siebie, ani z podległego mu przez taki szmat czasu teatru, niczego wykrzesać. Tym bardziej, że świadome zastoju władze, nie mogąc zwolnić zasłużonego dyrektora, zaciskały pasa dotacji coraz dotkliwiej i znajdowała się ona na najniższym poziomie finansowym w kraju. Dokładnie mówiąc wynosiła sześć i pół miliona złotych, czyli mniej niż połowę wrocławskiej, mniej niż ćwierć poznańskiej i mniej niż dziesięć procent warszawskiej dotacji. Prowadzenie opery za takie pieniądze po prostu nie było możliwe, toteż należą się słowa uznania pod adresem Włodzimierza Nawotki, że teatr jakoś działał, miał swoją widownię, wystawiał dwie premiery rocznie, w tym mojego Fausta i ostatnio Rigoletto. Nie stać było dyrektora na wybitnych dyrygentów, czy solistów. Nie stać by było i na markowego reżysera, gdyby nie to, że znalazłem się na bruku i zgodziłem się na skromną stawkę, jaką mi zaproponowano.

Mieszkałem w teatrze na strychu w zrujnowanej części hotelowej. To pozwoliło mi poznać teatr dokładniej, niż gdybym dojeżdżał na próby z miasta. Zaprzyjaźniłem się z ludźmi pracującymi tu z poświęceniem za marne grosze i nabrałem szacunku dla ich wytrwałości. Kiedy z jednej strony władze województwa, a z drugiej związek „Solidarność” zaproponowali mi przejęcie teatru, odmówiłem początkowo, ale z czasem zacząłem się oswajać z tą myślą. Wreszcie wybrałem się na spotkanie z władzami. Marszałek województwa pomorskiego Jan Kozłowski okazał się mądrym i poważnym partnerem rozmów o przyszłości swojej opery, a jego dyrektor od spraw kultury, zasłużony literat Władysław Zawistowski, natchnionym działaczem w niełatwej dziedzinie uprawiania sztuki na prowincjonalnych ugorach, których nawet w tak znakomitej aglomeracji jak Trójmiasto nie brakowało. Powiedziałem im wprost, że w ramach dotychczasowej dotacji prowadzenie prawdziwej opery jest niemożliwe. Zaproponowałem, że będziemy inicjatorami utworzenia Unii Oper Bałtyckich, która mogłaby raz w sezonie produkować wspólnie jakiś jeden kosztowny spektakl i grać go na wszystkich unijnych scenach. Wyraziłem przekonanie, że należy reaktywować przedwojenny festiwal Wagnerowski w Operze Leśnej w Sopocie, która przecież w tym celu została zbudowana. Opowiadałem o repertuarze, swoim stosunku do klasyki baletowej, Izadorze jako moim stałym choreografie i Florencju jako dyrektorze muzycznym. Moje warunki finansowe zwiększenia dotacji o jedną trzecią zostały przyjęte, pomysły na prowadzenie teatru zaakceptowane, więc nie pozostało już nic innego, jak pomyśleć o przeprowadzce. Znaleźliśmy agentkę od nieruchomości, która po wielu perturbacjach wynajęła dla nas mieszkanie w Jelitkowie nad samym morzem. Oglądaliśmy je tylko na zdjęciach, bo nie było szans na dotarcie do Gdańska wcześniej niż w Sylwestra, kiedy to już mieliśmy przyjechać na stałe i następnego dnia rozpocząć pracę.

Okazało się, że miejsce jest cudowne, jeśli nie liczyć dzwonnicy kościelnej pod samym oknem, która obudziła nas drugiego stycznia o 6.30 i tak codziennie przez wszystkie następne lata. Kościół wzywał tak donośnie, że o spaniu nie było mowy. Przyjąłem to jako zachętę do zdrowego życia i zacząłem wychodzić nad ranem na plażę, do której mieliśmy sto metrów. Noc, śnieg i ostry wiatr trochę mnie konfundowały, ale brnąłem wzdłuż brzegu samotnie jak Kamiński za kołem polarnym i po takim spacerze pracowało mi się znakomicie. A było rzeczywiście co robić! Podnieść zarobki i powiązać to z ilością pracy, zwiększyć ilość premier, ale jednocześnie ilość spektakli w miesiącu. A przede wszystkim podnieść jakość muzyczną i teatralną wysłużonej instytucji. Zespoły zestresowane zmianą dyrekcji trwały w napięciu. Związki były bardzo agresywne, mimo nadziei, jakie wiązały z moim pojawieniem się na fotelu dyrektora. W mediach dyskutowano, czy w Trójmieście w ogóle jest potrzebna opera.

Stopniowo zwieraliśmy szeregi i nabieraliśmy rozpędu. Naszą pierwszą wizytówką był koncert Florencja z zaproszonymi solistami, skromnym chórem i orkiestrą, która pod batutą genialnego Brazylijczyka odnalazła w sobie ogromne rezerwy energii artystycznej. Sukces był niebywały. Widownia dziękowała stojącą owacją, a starsza pani obok mnie i wiele innych osób po prostu płakało ze wzruszenia. Takiej muzyki dawno tu nie słyszano, wiec i recenzje były entuzjastyczne. Następną wizytówką była premiera baletu Izadory „4&4”. Żeby do niej doprowadzić musieliśmy zbudować nowy, młody i dynamiczny zespół, który sprostałby trudnej, nowoczesnej choreografii. Na szczęście w ślad za Izadorą przyszła do nas z Wrocławia cudowna piątka utalentowanych artystów wypróbowanych już w spektaklu „Eurazja”. Uporządkowaliśmy dla nich pokoje gościnne w starej części teatru i wkrótce stworzyli sobie tam dom, może niezbyt wygodny, ale dwa kroki od sali prób. Ta grupa uratowała nam życie. Gdyby nie oni, nie dalibyśmy rady przebić się przez skorupę zespołu miejscowego nastawionego do nas wrogo już na starcie i marudzącego w kółko o wyższości klasyki nad tańcem współczesnym. Może i warto by było na ten temat dyskutować, gdyby nie fakt, że to, co przez ostatnie lata uprawiali na bałtyckiej scenie nie miało z klasyką zbyt wiele wspólnego. Skąd więc wzięło się lokalne przekonanie, że zlikwidowaliśmy balet klasyczny, którego w chwili naszego pojawienia się po prostu nie było, trudno dociec, ale wojownicze lobby filoklasyków zatruło nam pierwsze miesiące pobytu bardzo dotkliwie.

Marek Weiss-Grzesiński (1949) – reżyser teatralny i operowy, pisarz. Najpełniejsza biografia tutaj.

Cdn.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj