Rozmowa po premierze ósmego tomiku poetyckiego. Dla Czytelników Gazety Świętojańskiej czekają dwa egzemplarze „obrazu niejasnego” Sławomira Płatka wystarczy odpowiedziec na pytanie: Jaką gitarę „oswaja” obecnie autor? Na odpowiedzi czekamy pod redakcyjnym mejlem.

Piotr Wyszomirski: Pisarz, poeta, publicysta, krytyk, redaktor i co najmniej jeszcze kilka innych aktywności — mógłbyś uporządkować je hierarchicznie? Np. Top 5 — kim się czujesz najbardziej?

Sławomir Płatek*: To pytanie jest często zadawane i wielu chętnie na nie odpowiada. Ja mam z tym kłopot. Odkąd pamiętam, zajmowałem się tym wszystkim (wszystkim +). Coraz łatwiej natomiast przychodzi mi określanie swojej tożsamości bez „przypisania”. Oczywiście, uprawiam poezję czy krytykę filmową (ale również fotografię i muzykę). Przestałem jednak potrzebować tych „etykiet”.
Poznałem sporo poetów, którzy nie umieli określić siebie inaczej niż poprzez „jestem poetą” i tym próbowali się odróżniać od innych ludzi, często wartościująco. To mnie ostatecznie skłoniło do patrzenia na siebie raczej w Themersonowski sposób. Themerson uprawiał prozę, poezję, film, fotografię, filozofię. Ostatecznie jednak doszedł do wniosku, że nie jest prozaikiem, filmowcem etc. Uznał, że jest czasownikiem. Że „dzieje się, kiedyś się nie dział, kiedyś znów nie będzie się dziać”. To jest chyba najbliższe mi podejście.
Ale dobrze, żeby nie uciec całkiem od odpowiedzi — obecnie poza poezją mocno zajmuje mnie fotografia analogowa i moje gitary (uśmiech).

Co to znaczy być dzisiaj poetą? Czy, jak mawiał jeden z Twoich ulubionych autorów, „poeta cierpi za miliony od 10 do 13.20 / o 11.10 uwiera go pęcherz / wychodzi / rozpina rozporek / zapina rozporek / wraca chrząka / i apiat / cierpi za miliony”?

Z pęcherzem na razie nie mam problemów (śmiech). Być poetą dla wielu jest po prostu spełnianiem się. Jest jednak również wiele osób, dla których oznacza to najprawdziwszy wyścig szczurów. O dowartościowanie siebie, o przepychanki prestiżowe, w końcu — o nagrody literackie. Niektórych interesuje język, wręcz jako obiekt badawczy. Dla początkujących najczęstszym sposobem „bycia poetą” jest konfesyjne pisanie do szuflady, choć niektórzy piszą konfesyjnie, osiągnąwszy już dojrzałość literacką. Są też tacy, którzy piszą dla pieniędzy — niektórzy wręcz wydają się uzależnieni od konkursów poetyckich, jak od hazardu. Trudno mi określić proporcje między tymi grupami. Panuje w każdym razie spora różnorodność.

Jakie są realia życia poetyckiego pod koniec pierwszej ćwiartki XXI w. w Polsce i na Pomorzu?

Zauważalnych postaci jest zawsze sporo, ale często jest to zauważalność efemeryczna, sezonowa. Kto na przykład, tak z marszu, wymieni nominowanych do Silesiusa sześć lat temu? Ile z tych osób trwale pozostaje „w obiegu”? I jaką metodą zmierzyć to „bycie w obiegu” i tę „trwałość”? Ponadto — czy nominacja do nagrody literackiej zawsze jest gwarancją jakości, a brak nominacji — czy na pewno dyskwalifikuje?

Zwykle mówi się o kilkuset aktywnych autorach/ autorkach. Natomiast nakłady książek z wierszami rzadko wychodzą poza widełki 300-500 egzemplarzy i nieraz zalegają potem pod łóżkiem lub są rozdawane znajomym i rodzinie; często zresztą pozostają potem nieczytane. Liczby, te przytoczone, dotyczące postaci ze środowisk i nakładów ich książek, mogą więc znacznie fałszować rzeczywistość.

Rynek (bądź obieg) poetycki na Pomorzu jest dość cherlawy. Nie mówię tu o slamach, bo to zjawisko odrębne i jestem coraz dalszy od kojarzenia slamu z poezją. Slam to performans, dla którego poezja jest punktem zaczepienia, a nie celem i te teksty rzadko sprawdzają się w obiegu tradycyjnym. Ów wybrzeżowy obieg tradycyjny „od środka” może wyglądać atrakcyjnie, ale przyjrzałem się większości silnych, prężnych środowisk w Polsce i po przełożeniu na tę skalę widzę jaskrawo, że tu na miejscu jest naprawdę środek drugiej ligi, jeśli nie ogon. Są oczywiście wyjątki, mówię tu jednak o ogólnym przekroju. Kiedy w Łodzi stale prowadzone są rzetelne i skuteczne warsztaty przy tamtejszym SPP i na tym budowana jest siła środowiska, tu powstaje oddolna grupa „Literacki melanż — ludzie, myśli, alkohol”. I to mnie boli. Coś z tym próbuję robić, ale kiedy ktoś się raz nauczy, że w poezji chodzi głównie o zabawną imprezę, to potem rzadko mu się chce popracować nad czymś więcej.

Ukazują się tu, co prawda, niezłe książki z wierszami, ale może dwie-trzy rocznie. We Wrocławiu, Poznaniu, Łodzi, Warszawie wychodzi takich po kilkadziesiąt. I to wydawanych przez kilka wydawnictw.

Jesteś także krytykiem literackim. Co ciekawe, w świecie literatury często się zdarza, że aktywny literat jest także krytykiem. To jakiś ewenement — w sztukach wizualnych, teatrze czy filmie właściwie to się nie zdarza, bo wychodzi się z założenia, że tworzyć samemu i oceniać innych nie można i nie wypada. Dlaczego w takim razie jesteś krytykiem?

Na teatrze się nie znam, jednak mieliśmy w sztukach wizualnych takie na przykład zjawiska, jak École de Paris, Praesens, pismo „Blok”, De Stijl, gdzie toczyły się żywe dyskusje o charakterze programowym i krytycznym. Podobnie było na gruncie filmu np. w przypadku „Cahiers du cinéma”.

Niemniej wśród literatów faktycznie takie dyskusje mogą występować częściej. Niewykluczone, że powodem jest obecność słowa, zarówno jako materiału artystycznego, jak i krytycznego. Kompozytor muzyki poważnej może mieć fenomenalny warsztat w swoim fachu, ale niekoniecznie umieć się wypowiedzieć słowem. W takich obszarach krytyka moim zdaniem powstaje równie często, ale wyrażana jest poprzez własną metodę twórczą — malarską, muzyczną, filmową. Dla przykładu — w muzyce, powstało szereg tekstów publicystycznych (często ostro polemicznych) autorstwa samych kompozytorów, którzy jednak swój stosunek do teraźniejszości muzycznej najlepiej wyrażali własnymi kompozycjami. Przykłady to choćby (na szybko) Debussy, Strawiński, Schönberg, Szymanowski. Ten ostatni to dopiero się rozpisał szeroko, co myśli o jego współczesności muzycznej i szerzej — społecznej, podobnie zresztą jak pozostali współtworzący grupę kompozytorską „Młoda Polska”; najlepiej jednak swój krytyczno- publicystyczno-artystyczny ton sformułował w swoich (skądinąd fenomenalnych) kompozycjach.

W literaturze jednak krytyka wyrażana jest tylko słowem. Ja, niestety, nie stworzę rzeźby i nie napiszę symfonii, które byłyby swoistą krytyczną opowieścią o tym, co mi się podoba / nie podoba w muzyce czy rzeźbie. Mogę jednak o tym napisać. Krytyka literacka uprawiana przez literatów, moim zdaniem, ma dwa cele: wejść w dialog czy nawet spór (ale niekoniecznie w awanturę, jak to było z futurystami) oraz pomóc samemu sobie pomyśleć krytycznie o własnej twórczości. Często jest to także zgłaszanie postulatów pozytywnych. Tak było u nas na przykład z Nową Falą lub z dyskusją o cyberpoezji.

Prowadziłeś stolik poświęcony literaturze na I Kongresie Kultury Pomorskiej. Jedną z rekomendacji tego stolika było powołanie pomorskiej nagrody literackiej i taka nagroda powstała — mówię oczywiście o „Wietrze od morza” i jej młodszej siostrze, czyli nagrodzie kaszubskiej. Jak to wpłynęło na życie literackie na Pomorzu?

Jest to bardzo pozytywne zjawisko i z wielką nadzieją, a także frajdą przyjąłem zarówno inicjatywę, jak i jej zwieńczenie, czyli ustanowienie nagrody. Oczywiście ci, którzy tworzą, zyskują na tym, ale moim zdaniem jeszcze więcej zyskuje samo Pomorze. To niezbędny gest wobec tutejszej literatury i dowód, że rządzącym jest nieobojętna. Mam wręcz nadzieję, że nagroda będzie się rozwijać o nowe wątki czy kategorie. Taka nagroda jest dowodem, że w skali całego kraju Pomorze nie odstaje i ma ambicje być równorzędnym graczem z tymi, którzy (niestety, ale…) zajęli się tym wcześniej i z większym rozmachem. Sytuacja nabiera rozpędu, to jest coś pięknego. Będzie też z pewnością ewoluować wraz ze zmianami pokoleniowymi, zarówno wśród autorów, jak i w jury. I to dobrze. Z uwagą obserwuję kolejne edycje.

Jako poeta debiutowałeś wydawniczo niespiesznie, w wieku 36 lat, czyli miałeś już za sobą wiek „durny i chmurny”. Dlaczego tak późno ukazał się Twój pierwszy tomik?

Zacząłem pisać już w połowie lat 90. Dostałem nawet parę nagród w konkursach, jednak porzuciłem to. Powody były dwa: najważniejszy to patologiczny dom i środowisko, w których się wychowywałem. To naprawdę nie sprzyjało, nie obracałem się wśród artystów i inteligentów. Wychowałem się wśród patologii. Drugi powód to wspomniana wyżej impotencja tutejszej młodej poezji. W najważniejszych opracowaniach dotyczących lat 90., takich jak „Antologia nowej poezji polskiej” (red. Honet, Czyżowski) czy „Macie swoich poetów” (red. zbiorowa) nie znajdujemy nikogo z grup poetyckich, z którymi wówczas się spotykałem, i którzy to ludzie często funkcjonują do dziś jako lokalne, samozwańcze autorytety. Pisałem wtedy źle, ale oni wszyscy pisali wtedy źle i najczęściej tak piszą do dzisiaj. Nie było nikogo, kto by mi wytłumaczył, o co chodzi w poezji i gdybym nie trafił do wspomnianych wyżej „mocnych środowisk”, pewnie bym się nigdy nie dowiedział. Potem poszło już szybko.

Stąd też moja konsekwencja w organizowaniu i prowadzeniu warsztatów. Robię to od kilkunastu lat, cieszą mnie efekty. Mnie nikt nie powiedział, jak się zabrać za pisanie wtedy, kiedy najbardziej tego potrzebowałem. Otrzymywałem albo złe rady, albo żadne. Spotykam wielu młodych, którzy chcą pisać i błąkają się jak dzieci we mgle. Niektórzy wybierają opcję „literacki melanż”, inni zaczynają się czuć wybitni po paru nagrodach w byle jakim lokalnym konkursiku. Ale jeśli szukają czegoś więcej, zawsze dzielę się tym, na co kiedyś sam musiałem ciężko zapracować. Niech to pracuje także dla innych.

Myślę, że inicjacją były dla mnie właśnie kontakty oraz konkursy. Startowałem wielokrotnie w turniejach „Na Strychu” w Gdyni, tylko raz coś tam dostając i dziwiąc się, że wygrywają utwory dla mnie żenujące. Kiedy zacząłem startować w Polsce, w dość krótkim czasie dostałem ponad 50 nagród i wyróżnień (już od dawna nie startuję, mam to za sobą). Wówczas zaczęło do mnie docierać, o co chodzi i jak to działa.

Im dalej, tym łatwiej? Czy to cecha tylko naszego środowiska?

Coś w tym jest, niestety, ale to temat niebezpieczny (uśmiech) i na tyle bolesny, że zasługiwałby na osobną manifestację…

Komu „podkradłeś” najwięcej?

Chronologicznie — najpierw Andrzej Bursa, którego zacytowałeś już w naszej rozmowie. Ale ostatecznie, i to już we mnie zostało, awangardy. Głównie krakowska, ale nie tylko. Oczywiście od czasu awangard minęło sto lat, uważam je jednak za doskonałe źródło inspiracji do kolejnych kroków, wciąż wychodzących z tych samych źródeł.

Podobno awangarda starzeje się najszybciej…

Dobra awangarda niekoniecznie (uśmiech).

Wideo: Spotkanie poetyckie ze Sławomirem Płatkiem i promocja tomu „Obszar niejasny” w Bibliotece Manhattan

„obszar niejasny” to Twój ósmy zbiór poezji. Jakie miejsce zajmuje w Twoim poetyckim oktecie?

Ta książka jest kontynuacją… debiutu. Miejsce zajmuje bardzo osobiste; myślę, że nie ucieknę już w poezji od różnych wątków antropologiczno-kulturowych, bo to jest we mnie, to jestem ja. Jednak w tym przypadku osobiste doświadczenie i pewne rozliczenia są dominantą. Przepracowuję w niej problem, jak to jest być człowiekiem dwóch tożsamości (beskidzkiej i gdańskiej), choć „akcja” toczy się głównie w Beskidach i na Pogórzu.

Podkreślasz wyjątkowość i bliskość takich poetów, jak Jan Bolesław Ożóg czy Marian Czuchnowski. To autorzy właściwie nieobecni w narracjach o polskiej poezji. Skąd takie zainteresowanie tymi poetami?

Trafiłem na nich dwiema ścieżkami. Po pierwsze, czytam dużo poezji, nie zawsze tej „pierwszoplanowej”, przeciwnie — lubię być zaskoczony rzeczami zapomnianymi, a często bezcennymi. Po drugie, są to postacie związane z miejscami, o których piszę w tej książce. Ożóg pochodził z Podkarpacia a Czuchnowski wręcz z miejsc, gdzie są moje korzenie — z Pogórza. Urodził się w Polnej, następnie mieszkał w Łużnej — obie te miejscowości w pobliżu Grybowa odwiedziłem. Dla mnie to ma znaczenie właśnie ze względu na Czuchnowskiego. Mieszkał też w Nawojowej, którą odwiedzałem wielokrotnie. Cytuję również Zegadłowicza, oczywiście bardziej znanego. Mam pierwsze wydanie jego „Powsinóg beskidzkich” z 1923 r., podobnie jak „Ogier i makolągwa” Ożoga z 1939. Czytając z tych oryginałów, mam poczucie, że książki te były w obiegu, kiedy moja matka w latach 30. mieszkała w drewnianej chacie na Pogórzu i że są nie tylko treściowo, ale i materialnie, organicznie związane z tymi miejscami i czasem.

Czuchnowski jest ponadto autorem zaliczanym, z jednej strony, do awangardystów, jak wspomniałem bliskich mi poetycko, z drugiej — do tzw. autentystów, a „obszar niejasny” jest programowo autentystyczny.

Wspominam również o Harasymowiczu, ale raczej z żalem. Uważam, że spłycał rozmowę o Beskidach, a mówiąc dzisiejszym językiem — komercjalizował; poza „Lichtarzem ruskim” nie napisał na ten temat nic istotnego, choć napisał sterty wierszy. Beskidy nie są „krainą łagodności”, są czymś żywym ze wszystkimi atrybutami życia.

Jak przychodzą do Ciebie takie dygresje jak cytat z Depeche Mode w „Chłopach” czy „Steppenwolf”, najbardziej niepokojący utwór uruchamiający wyobraźnię i wizualizujący zachowanie podmiotu lirycznego, który po wypaleniu cygara „smakującego mocno wędzoną śliwką, próchnem i krwią” wyruszy na łowy do lasu? (śmiech)

Wideo Depeche Mode – Never Let Me Down Again (Remastered)

Wiersz z mottem z Depeche Mode jest jednym z najbardziej osobistych w tym tomie, skądinąd i tak mocno osobistym jako całość. Z obszernej dyskografii DM, którą zaraziłem mojego kuzyna i przyjaciela, ten jeden kawałek do dziś porusza mnie szczególnie. Ilekroć tam jestem, „I’m taking a ride with my best friend”. Umarł młodo, ale zanim to się stało, na dyskotekach, które prowadził w tamtejszej remizie (ja czasem dołączałem jako „przyczepiony” DJ), regułą stało się granie Depeche Mode. Ten tekst po prostu pasuje jak ulał. Wydaje mi się również, że w jakiś sposób uniwersalizuje wiersz, który bez tego miałby skłonność stawać się tak osobistym, że hermetycznym. Spaja mi też jeszcze jeden zamiar: wyrażenie pewnej ciągłości, tego, że proste i często okrutne prawa ludzkiego losu niewiele zmieniły się od Reymonta czy Tetmajerowskiego „Na skalnym Podhalu”. Możemy wywalić przez potężne głośniki na całą wieś electro pop (DM bywa różnie klasyfikowane stylistycznie), a i tak w warstwie najbliższej ziemi wszystko staje się w tym samym rytmie, z tym samym pulsem, co 200 lat temu na pogórzańskiej czy łemkowskiej wsi. I to jedno z drugim się nie kłóci, a wręcz wzmacnia.

Steppenwolf (nawiązanie raczej do westernowej konwencji Easy Ridera niż do powieści Hessego) to żal. Żal o „makdonaldyzację” czy nawet „harasymowizację” przestrzeni zupełnie się do tego nienadającej. „W głąb las”, wers wieńczący ten utwór, to z jednej strony próba jakiejś introspekcji, ucieczki w siebie przed tym jazgotem, z drugiej — manifestacja tego, o co pytałeś wcześniej — mojego unurzania w awangardach i autentyzmach. Zbiór Przybosia (poety przecież małopolskiego) o tym tytule jest tyleż awangardowy w języku, co prowincjonalny w tematyce. Uwielbiam go.

Sam wiersz jest w sumie reportażem, zawiera same fakty. Wystarczyło, używając narzędzi poetyckich, spisać je. Tego miejsca nie da się opowiedzieć do końca, więc postanowiłem „otworzyć” ten wiersz na tyle, na ile można było, nie tracąc komunikatywności. Jeśli jesteś zaniepokojony po lekturze, to znaczy, że w jakimś stopniu to mi się udało.

Żyjemy w czasach, w których trudno oddzielić autora od dzieła, bo autor objawia nam się wszechstronnie w… internecie (uśmiech). Nie uważam tego za występek, nawet twierdzę, że poeta musi być „jakiś”, choć oczywiście nie musi umierać za młodo. Nie ile kontrolujesz swoje ujawnienia w mediach społecznościowych?

Przechodziłem kiedyś etap wielopiętrowego kamuflażu, tworząc postać Anny Kaliny Modrakis. Przetestowałem fałszywą tożsamość, wyeksploatowałem temat. Stale szukam jakiegoś zdrowego balansu pomiędzy uniwersalnością moich wierszy, a ich komponentem biograficznym. Myślę, że decyzja o łączeniu lub niełączeniu ich ze mną, to decyzja czytelnika, moim zadaniem jest umożliwić użycie obu tych opcji. Życie i historia pokazują, że ostatecznie, jeśli wraca się do twórczości, niezależnie, czy sprzed dwóch, czy dwóch tysięcy lat — grzebie się w biografiach. Teoria literatury mówi swoje (Jacobson, Barthes, Eco), a życie swoje.

Kiedyś mocno ukąsiła mnie fenomenologia, ale dzisiaj, w dobie zasięgów i raportów o klikalności to wręcz herezja! Tak, bardzo często ważniejsze jest wszystko dokoła dzieła niż samo dzieło.

Mam pewien problem z „metkowaniem”. Wiersze w „obszarze niejasnym” tworzą ogromną mapę semantyczną, tak różne dygresje kulturowe powodują, że jak już wydaje mi się, że mogę zamknąć jedną szkatułkę, to za chwilę, czasami w następnym utworze, trzeba się pożegnać z bezpiecznym wyobrażeniem i rozpocząć nową podróż w nieznane. Nie ułatwiasz zadania czytelnikowi, który szuka łatwych interpretacji.

Tak i powiem nawet więcej — pisuję nieraz o rzeczach, które nikogo prawie nie interesują. Tu upatruję przyczyny tego, że słyszę mnóstwo pozytywnych komentarzy o moich wierszach, czytam wiele recenzji moich książek, a jednak tzw. main stream nie pochyla się nad tymi tekstami, zajęty głównie wierszami o „płonącej planecie” i dylematach osób niebinarnych. Oczywiście, to są bardzo ważne tematy. Sam z zainteresowaniem śledzę dyskurs. Jednak ja tak nie piszę i raczej nie znajduję się wśród „żelaznych kandydatów” do nominacji tu i tam. To byłoby naprawdę miłe, gdyby ktoś z czołowych gremiów zainteresował się wierszami o przesiedleniach Pogórzan i Łemków sprzed prawie stu lat bądź polemikami z teorią Strzemińskiego i filozofią Filona Aleksandryjskiego (mówię o mojej poprzedniej książce). Ale nie napalam się na to. Robię to, w czym czuję, że jestem dobry. Rzemiosło mam naprawdę niezłe i mógłbym napisać wiarygodne wiersze o katastrofie klimatycznej w stylu zaangażowanych dwudziestotrzylatków, ale jestem za stary, żeby się z nimi ścigać o jakieś laury. A poezja nie zatrzyma katastrofy klimatycznej, nie zatrzyma nawet pijanego rowerzysty. Może to jednak moment, kiedy warto wrócić do peiperowskich idei przebudowy od fundamentów (poprzez m.in. poezję), a nie od fasad.

Odpowiadam trochę naokoło i trochę dygresyjnie, ale przyszło mi do głowy, że właśnie tędy dojdę do sedna: nie piszę poezji oznajmującej ani postulatywnej. W jednym z tekstów mam takie zdanie: jak zwykle zaczynam wiersz od tezy. I fakt, zaczynam, a potem — i sam się na tym łapię ze zdziwieniem — ta teza się sypie i zostawia mnie z mocną puentą o niemożności zapanowania nad materią. I taka końcówka nawet nie jest tezą, to po prostu chyba jedyny pewnik, w który wierzę.

„obszar niejasny” przyniósł mi wiele satysfakcji i nieoczywistości, które są chyba najważniejsze w sztuce. Precyzja w doborze słów i budowy formalnej, a z drugiej — te ciągłe wolty tematyczne i rozliczne dygresje. Uśmiechnąłem się, gdy poinformowałeś świat o przybyciu gitary, na którą długo czekałeś i zastanawiałem się, jaki utwór zagrałeś jako pierwszy, gdy przysposobiłeś już instrument. Tak wielobarwny, że wręcz niejasny jest ten obraz podmiotu lirycznego w ostatnim tomiku panie Sławomirze (uśmiech).


(odwzajemniając uśmiech) Wodecki śpiewał „zacznij od Bacha” i chociaż słowa tej piosenki są o rozpoczęciu dnia, to każdy, kto chce grać czy nawet słuchać muzyki poważnej, także powinien zacząć od Bacha, nawet jeżeli skończy na Strawińskim, Pendereckim i Cage’u. Jeśli chodzi o gitarę, jest jedna podstawowa prawda: zacznij od Hendrixa. Potem można się wygłupiać, ale zacząć warto od Hendrixa. Tak „oswajam” każdą nową gitarę, a ta, o którą pytasz, to Guild Starfire I Jet 90 satin black. Hendrix nigdy podobnej nie używał (chyba nigdy nie zagrał na P90?), ale Hendxix brzmi dobrze na każdej gitarze.


Dokąd zmierza Sławomir Płatek?
Do ukończenia remontu mieszkania (trwa już półtora roku). Do ukończenia doktoratu (trwa już czwarty rok). W nieznane (odkąd pamiętam). Czasem też do łazienki, jak cytowany Andrzej Bursa. Bo ileż można pisać te wiersze bez wychodzenia do łazienki?

*Sławomir Płatek – poeta, filmoznawca, działacz kultury, krytyk filmowy i literacki. Redaktor magazynu “Salon Literacki”, wydawca. Organizator gdańskiego festiwalu Fala Poprzeczna. Autor ośmiu zbiorów wierszy (stan na 2025 rok).

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj