Miejskie kung-fu

12 gdańskich miesięcy – polityczne podsumowanie roku 2019

Rok 2019 był w historii Gdańska rokiem szczególnym. Jednak, czy pamięć o tragicznym wydarzeniu z 13 stycznia będzie – jak ma to miejsce teraz, w rocznicę zabójstwa prezydenta Pawła Adamowicza – kultywowana przez kolejne lata w sposób tak podniosły, czy też zostanie uznana po jakimś czasie za jeden z wielu punktów toczącej się przez dekady historii – trudno dziś przewidywać. Podobnie, jak trudno przewidywać, jak ta tragedia wpłynęła, zarówno na świadomość wspólnoty, jak i indywidualne światopoglądy mieszkańców miasta. Być może rok miniony zostanie uznany przez przyszłe generacje za ważny, ale nieprzełomowy – dramatyczny, ale nie bardziej, niż inne lata, w które wpisały się tragedie nawiedzające Gdańsk co jakiś czas. Bez względu na to, jaka w przyszłości będzie pamięć o zabójstwie Pawła Adamowicza, rok 2019 stał pod znakiem tej tragedii. Bezsensowny mord miał istotny wpływ na przebieg owych dwunastu miesięcy, które teraz chciałbym w skrócie podsumować w kontekście politycznym.

Podsumowaniem tym objąłem wydarzenia, zjawiska i osoby, które były w tym okresie mniej lub bardziej istotne dla życia społecznego i politycznego miasta i takie, o których było głośno przy okazji istotnych dla miasta wydarzeń. Wybór to z pewnością niepełny – pamiętajmy – subiektywny. Z konieczności publicystycznego skrótu i dla przejrzystości postanowiłem podzielić to zestawienie na dwie kategorie, w najprostszy sposób umożliwiające (przez pryzmat personalny) nie tylko podsumowanie, ale i ocenę tego, co w Gdańsku w minionym roku się wydarzyło. Jest też kategoria specjalna, jednoosobowa.

Zacznę od kategorii, którą lepiej mieć jak najszybciej z głowy, czyli…

Przegrani

Aleksandra Dulkiewicz  

Foto za: Artur Andrzej – Praca własna, CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=77118660

Umieszczenie pani prezydent na czele zestawienia tej akurat kategorii może wydawać się komuś niedorzeczne, ale przypominam, to analiza subiektywna, a ja postaram się ją uzasadnić. Uzasadnienie jest dość długie, bo dotyczy osoby rozpoznawalnej w całej Polsce i poza jej granicami, ambitnej i stojącej przed ogromną szansą życiową i polityczną. Jak ją wykorzystuje?

Objęła urząd w wyniku społecznego konsensusu na fali emocji wywołanych tragedią, a nawet przy „współudziale” Jarosława Kaczyńskiego, który zdecydował o tym, że w przedwczesnych wyborach jego ugrupowanie nie wystawi kontrkandydata. Wybór ten był, w dużej mierze, nie tyle odzwierciedleniem zaufania wyborców do pani Dulkiewicz, ile wolą kontynuacji pracy Pawła Adamowicza. Oddanie steru władzy w Gdańsku kontynuatorce – jak przewidywano – wizji Adamowicza, to nie to samo, co przyzwolenie na jej własną wizję i samodzielność.

Dość szybko upadł mit o pani prezydent jako mężu opatrznościowym (w żeńskim wydaniu) dla miasta i kraju, wykreowany po tym, jak zaczęto upatrywać w Aleksandrze Dulkiewicz potencjalną kandydatkę na prezydentkę Rzeczypospolitej. Stało się tak, bo okazało się, że szermująca wielkimi słowami pani prezydent nie ma jeszcze ani charyzmy Adamowicza, ani też nie włada słowami mniejszego kalibru niż „wolność”, „solidarność”, „tolerancja” na tyle zgrabnie, by powierzać jej dzieło prowadzenia kraju ku świetlanej przyszłości.

O tym, jak często pani prezydent nie radzi sobie z materią słowa, świadczyć może wydarzenie z września, kiedy podczas debaty „Solidarność i pokój. Miasto jako europejska wspólnota” w Europejskim Centrum Solidarności, Aleksandra Dulkiewicz powiedziała: „Dzięki zmianom weszliśmy do Unii Europejskiej, wcześniej do NATO. Możemy dzisiaj tutaj swobodnie siedzieć i rozmawiać. Mieć gości takich egzotycznych jak wy”. Słowa te skierowała do… burmistrza Londynu Sadiqa Khana i sekretarz stanu landu Berlin Sawsan Chebli. Fakt, oboje pochodzą z rodzin imigranckich.

Gdański Marsz Równości przeszedł ulicami miasta w maju. Uczestniczyła w nim konserwatywna, ale postępowa pani prezydent. W tym samym marszu przeszła też imitacja procesji Bożego Ciała z czymś, co było kartonową wizualizacją waginy, a co miało udawać monstrancję z Najświętszym Sakramentem. Początkowo pani prezydent próbowała zbagatelizować incydent, który oburzył wiele osób. Pod naciskiem opinii społecznej wydała jednak oświadczenie, w którym stwierdziła, że czuje się oszukana przez osoby odpowiedzialne za ten „happening”.

Czy pani prezydent jest oderwana od miejskiej codzienności i problemów mieszkańców? Tak, ten argument pojawiał się tu i ówdzie. Jest dość ryzykowny, bo przecież sprawami miasta Aleksandra Dulkiewicz się zajmuje. Na tyle, na ile musi. Spotyka się z mieszkańcami, podpisuje rozporządzenia itp. Niestety, zwłaszcza w pierwszych miesiącach swoich rządów pani prezydent zbyt często mówiła i zajmowała się sprawami wyrastającymi poza kompetencje samorządowca. To robiło bardzo złe wrażenie na zwykłych ludziach.

Pani prezydent przegrała bitwę o Westerplatte. W tej batalii poległa na całej linii. Zajęta partyjnym okładaniem przeciwnika politycznego (PiS) pogubiła się i wykazała brakiem politycznego i społecznego wyczucia. Głośno sprzeciwiała się przejęciu przez państwo (PiS) części terenu po Wojskowej Składnicy Tranzytowej Westerplatte i utworzeniu, przy wsparciu prezydenckiej (PiS) specustawy, Muzeum Westerplatte i Wojny 1939. Okazało się, że miasto kompletnie w roli gospodarza tego terenu się nie sprawdziło, bo oto pod koniec września w czasie prac prowadzonych z inicjatywy owego muzeum (PiS) natrafiono na pierwsze od 1963 r. szczątki ludzkie. Potem podobnych znalezisk dokonywano jeszcze kilka razy. Znaleziono szczątki dziewięciu osób. W tym czasie władze miasta (i miejski wirtualny organ prasowy) w ogóle tych kolejnych znalezisk nie zauważały. Szum, jaki powstał wobec milczenia pani prezydent, zmusił ratusz do dostrzeżenia odkryć na Westerplatte.

Zresztą, także przy okazji organizacji obchodów rocznicy wybuchu II wojny światowej okazało się, że urząd kierowany przez Aleksandrę Dulkiewicz nie umie prowadzić polityki historycznej.

Podobnie jak w roku ubiegłym coś poszło nie tak z gdańskim budżetem obywatelskim. Tylko tym razem problem był inny i odkrył go dziennikarz portalu Trójmiasto.pl Krzysztof Koprowski. Internetowy system głosowania na projekty w BO był po prostu dziurawy. Przy odrobinie złej woli każdy mógł zagłosować za kogoś innego. A na domiar złego okazało się, że 13 września pani prezydent na Facebooku pochwaliła się, że już głosowała, mimo że 22 września jasne się stało (w wyniku rzeczonej luki w systemie), że głosu nie oddała. Wpadkę z głosowaniem w budżecie obywatelskim pani prezydent tłumaczyła pośpiechem podwładnego.

Najpierw był triumfalnie obwieszczony start systemu roweru metropolitalnego Mevo, a potem jego spektakularna klapa. I jedno i drugie opatrzone wizerunkiem pani prezydent (w towarzystwie prezydentów Gdyni i Sopotu). Dlaczego jest to porażka, nie tylko wizerunkowa, Aleksandry Dulkiewicz? Ano dlatego, że to ona jest prezesem zarządu w stowarzyszeniu Obszar Metropolitalny Gdańsk-Gdynia-Sopot. Właśnie to stowarzyszenie przeprowadziło przetarg na operatora trójmiejskiego systemu rowerowego. I to ono wybrało NB Tricity do tej roli.

Kiedy Mevo startowało, Aleksandra Dulkiewicz mówiła: o „prawdziwie europejskim sukcesie współpracy metropolitalnej”. W obliczu klęski systemu pani prezydent zadeklarowała wypracowanie „nowego modelu”.

Lech Wałęsa

foto za: wikipedia.pl

Były prezydent Polski naraził się na śmieszność już tak wiele razy, że opisywanie jego kolejnych potknięć może zakrawać na kopanie leżącego. Nie mogę jednak nie przypomnieć choćby jednego z puli najbardziej żałosnych „grzechów” pana prezydenta.

Rzecz działa się przy okazji ubiegłorocznych wyborów parlamentarnych. Lech Wałęsa deklarował od dawna, że udzieli w nich poparcia Koalicji Obywatelskiej. Ni stąd, ni zowąd, zmienił jednak zdanie i zadeklarował na Facebooku: „Proszę publicznie Platformę Obywatelską o zwolnienie mnie z danego publicznie słowa, że będę głosował na PO. Chcę wesprzeć Kosiniaka-Kamysza!”. Niedługo potem jednak były prezydent dokonał kolejnej wolty. Stało się to po wypowiedzi przewodniczącego PSL Władysława Kosiniaka-Kamysza, który stwierdził, że zamiast tego poparcia wolałby, żeby Wałęsa przeprosił za słowa o zmarłym kilka dni wcześniej Kornelu Morawieckim (słowa te to zresztą kolejny przyczynek do długiego rejestru nieszczęśliwych występów Wałęsy). Przypomnijmy: Lech Wałęsa nazwał marszałka seniora zdrajcą. Wypowiedź Wałęsy wywołała powszechne oburzenie, także w szeregach PO (dlatego najpierw na tę partię obraził się Wałęsa). Po tym, co prezydent usłyszał od lidera ludowców, nie miał innego wyjścia, jak tylko obrazić się i na niego. Ogłosił, że najchętniej poparłby Małgorzatę Kidawę-Błońską.

Można by powiedzieć, że Lech Wałęsa szkodzi już tylko sobie, a dla Gdańska jego kolejne wystąpienia i wpisy w mediach społecznościowych znaczenia dziś już żadnego nie mają, jednak…

Jarosław Sellin

Foto za: wikipedia.pl

Po raz drugi przegrał wybory do Europarlamentu (poprzednio w 2010 r.). Jesienią startował do ubiegłorocznych wyborów parlamentarnych jako lider PiS w bastionie Platformy Obywatelskiej i jedynka na liście w okręgu gdańskim. Głosowało na niego 29 805 osób. To zdecydowanie mniej głosów, niż 89 384, które uzyskał debiutujący w roli kandydata na posła i startujący z drugiego miejsca na liście Kacper Płażyński. Mandat poselski uzyskał, ale o spektakularnym sukcesie w starciu z parlamentarnym świeżakiem trudno mówić.

Leszek Sławoj-Głódź

Foto za: Silar, CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=80089731

To zdecydowanie nie był rok arcybiskupa. Nigdy nie był lubiany przez część mediów, ale w ubiegłym roku dostało mu się od TVN szczególnie mocno. W październiku stacja wyemitowała reportaż o sytuacji w diecezji gdańskiej i problemach lokalnych księży z szefem. Z filmu opinia publiczna dowiedziała się, że arcybiskup ma w zwyczaju poniżać i mobbingować podwładnych. Zarzucono mu też nadmierne, nieprzyzwoite wręcz bogactwo i ochronę księży, na których ciążą zarzuty o charakterze seksualnym. 16 kapłanów napisało w tej sprawie list do nuncjusza apostolskiego w Polsce arcybiskupa Salvatore Pennacchio. Do tych kłopotów doszły demonstracje przed siedzibą kurii w Gdańsku i powracające co jakiś czas zarzuty o współpracy Leszka Sławoja-Głódzia z wywiadem wojskowym PRL. Podobno wszyscy tylko czekają na odwilż, która nastąpi po tym, jak Leszek Sławoj-Głódź przejdzie na emeryturę. Oczywiście do tego czasu nikt nawet nie sprawdzi prawdziwości licznych zarzutów. A już na pewno nie nuncjusz.

Ewa Graczyk

Foto za: wikipedia.pl

Wydawać by się mogło, że tytuł profesorski i przypisany mu autorytet zobowiązuje i z definicji łączy się z roztropnością, rozwagą i powagą. Okazuje się jednak, że jak wszystko w płynnej ponowoczesności, może się dewaluować, a profesura nie jest równoznaczna z poczuciem przyzwoitości. Prof. Ewa Graczyk wprawdzie bohatersko broniła niesionej przez siebie kartonowej waginy i swojego zaangażowania w smutny incydent podczas majowego Marszu Równości („Nie przeproszę za waginę!”), jednak nie udało się jej przekonać rzecznika dyscyplinarnego Uniwersytetu Gdańskiego, który wszczął postępowanie wyjaśniające „w sprawie popełnienia czynu polegającego na obrazie uczuć religijnych innych osób, co stanowiło postępowanie uchybiające godności zawodu nauczyciela akademickiego”.

Działania pani profesor są wprost polityczne. Bo uczestnictwo w marszach i akty obywatelskiego sprzeciwu są często działaniami politycznymi. Tylko, że politykę trzeba robić umiejętnie. Tych, którzy tego nie potrafią, jest aż nadto.

Jolanta Banach

foto za: wikipedia.pl

Nie udał się kandydatce lewicy powrót na Wiejską. W październikowych wyborach startowała z drugiego miejsca na liście. Pierwsze „wywalczyła” sobie niezbyt znana opinii publicznej w Gdańsku Beata Maciejewska. Banach, mimo że uzyskała całkiem dobry wynik (22 485 głosów), wyprzedzając m.in. o kilkanaście tysięcy głosów jednego z wygranych kandydatów PO, do Sejmu się nie dostała. Pisano niej, że jest jedną z najbardziej pechowych „ofiar” metody D’Honta.

Zwycięzcy

Na tej liście są tylko dwa nazwiska. Bo i rok w Gdańsku nie sprzyjał zwycięstwom. Za to oba nazwiska mają potencjał, który mogą wykorzystać w przyszłości. Na pożytek swój i ogółu.

Kacper Płażyński

Foto za: wikipedia.pl

Nie został prezydentem miasta w 2018 r., ale rok później zasiadł w ławach sejmowych. Uzyskał najwyższe na Pomorzu poparcie spośród wszystkich kandydatów! Głosowało na niego niemal 90 tysięcy osób w okręgu gdańskim. Żaden zaprawiony w wyborczych bojach, doświadczony polityk nie uzyskał takiego wyniku.

W listopadzie Płażyński zaapelował do ministra funduszy i polityki regionalnej o lustrację spółdzielni mieszkaniowej Ujeścisko. Powodem apelu były opóźnienia w oddawaniu inwestycji. W grudniu Gdańska Prokuratura Okręgowa przejęła od Prokuratury Rejonowej śledztwo w związku z nieprawidłowościami w Ujeścisku. Płażyński po raz kolejny okazał się skuteczny.

Pod koniec roku młody poseł umocnił swoją pozycję w Gdańsku, otwarcie krytykując szefa gdańskich radnych PiS za wstrzymanie się tego klubu od głosu podczas głosowania nad gdańskim budżetem na rok 2020. Jego zdaniem PiS powinien głosować przeciw przyjęciu tej uchwały.

Miniony rok był dla Kacpra Płażyńskiego początkiem obiecującej kariery politycznej na szczeblu już nie tylko regionalnym, ale i krajowym. Jak rozegra swoją przyszłość, czas pokaże. Na razie wygrywa.

Beata Maciejewska

Foto za: https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=84880702

Przez lata w cieniu m.in. pełnomocniczki rządu ds. równego traktowania Małgorzaty Fuszary i prezydenta Słupska Roberta Biedronia jako szefowa jego gabinetu. Bez powodzenia startowała w majowych wyborach do Europarlamentu. I już wydawało się, że w dużej polityce nie za wiele zdziała, kiedy pokonała Jolantę Banach w wewnętrznym starciu o pierwsze miejsce na liście lokalnej lewicy w jesiennych wyborach parlamentarnych. Potem przyszedł sukces w tychże wyborach i 32 319 uzyskanych głosów.

Podobnie, jak jej konkurent z PiS, Beata Maciejewska ma szansę przekuć wyborczy sukces w ugruntowany zysk polityczny. Nawet jeśli nie jest tak rozpoznawalna, jak Płażyński. To kwestia ciężkiej pracy i… co tu dużo kryć – sensownej autopromocji.

Kategoria dodatkowa: Rozczarowanie roku

Foto za: https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=71045717

Tak, to kategoria stworzona specjalnie dla jednego człowieka. Tym człowiekiem jest gdańszczanin Donald Tusk. Miał być rycerzem na białym koniu, powracającym do ojczyzny w potrzebie prezydentem-wybawicielem. Tymczasem okazał się wielkim zawodem, dla tych, którzy pokładali w nim nadzieję. Kunktatorem ujmując rzecz najbardziej wprost. I asekurantem, bo zanim podjął decyzję o tym, czy startować w wyborach, zamówił sondaż dotyczący szans w starciu z Andrzejem Dudą. Gdy z badań wyszło, że szanse ma marne, odpuścił. Ocenił, że jego kandydatura byłaby „obciążona bagażem trudnych, niepopularnych decyzji”. No niby rozsądnie, a jednak…

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here