Rzadko kiedy zastanawiamy się nad tym, czym jest cmentarz. Funkcjonuje w świadomości od kiedy człowiek stał się człowiekiem, dlatego na ogół nie analizujemy jego znaczenia dla naszej codzienności. Kiedy przychodzi dzień Wszystkich Świętych i udajemy się na groby swoich bliskich (nie dziś, w normalnym czasie), mijając cmentarne nagrobki otrzymujemy chcąc nie chcąc porcję wrażeń zmuszających do zastanowienia się nad tym co widzimy.

Czytaj artykuły z działu Gdyńskie, arcygdyńskie

Refleksje nachodzące nas wówczas bywają różnego rodzaju. To, co jednak uderza wszystkich, to to, że widzimy kamienie upamiętniające ludzi bardzo różnych i ludzi, którzy wszyscy bez wyjątku, choć w różnym stopniu, tworzyli nasze miasto. Życie miasta to przecież życie zbiorowości składającej się z pojedynczych osób. Nawet bez jednej z nich nie byłoby tym samym. Dom, z którego murów wypadła jedna cegła, jest domem niekompletnym. Oczywiście tak jak w przypadku budowli, gdzie uwagę zwracają przede wszystkim elementy ozdobne, tak w przypadku miasta zwracają uwagę groby osób znanych, zasłużonych itp. To normalne, ale nie powinno nam przesłaniać faktu, że tylko wszystkie razem tworzą fundamenty gmachu, w którym dziś funkcjonujemy – miasta, kraju, świata. Jeśli czasem, posługując się myślowym schematem, mówimy, że Gdynia była i jest miastem niezwykłym, to powinniśmy pamiętać o wszystkich, którzy ją tworzyli, a dziś leżą na jednym z tutejszych cmentarzy, o czym czasami wiemy, a czasami nie.

Aby przekonać się na ile o charakterze dzisiejszego miasta zadecydowali dawni jej mieszkańcy, wystarczy odwiedzić groby kilku z nich i zobaczyć jak różnymi sprawami się zajmowali, często bardzo odległymi od siebie, często mieli różne zdania na te same tematy, inną wrażliwość, sposób działania. A jednak współczesne miasto jest dziełem ich wszystkich, bez wyjątku.
Spróbujmy spojrzeć na przykładowe trzy groby, by uzasadnić powyższą tezę.

Władysław Wagner

Jego życiorys mówi, czym była Gdynia dla młodego, choć nie tylko, pokolenia odrodzonej Polski. Rewolucyjna wręcz zmiana horyzontów, świat, który dzięki dostępowi do morza nagle stał się bliższy i ten szczególny rodzaj romantyzmu, który morze narzuca człowiekowi. Obdarowuje marzeniami bez ograniczeń, żądając jednocześnie twardego stąpania po ziemi i ciężkiej pracy niewolnej od wyrzeczeń. Pierwszy Polak, który opłynął świat dookoła. Harcerz z drużyny im. Jana III Sobieskiego, wypłynął z Gdyni swoją „Zjawą”  w lipcu 1932 r. Wrócił dopiero po śmierci, by spocząć w rodzinnym grobie na cmentarzu witomińskim. Postać dla historii Gdyni ważna, wręcz symboliczna, bo pokazująca, że marzenia mogą się spełniać, a przecież właśnie to przekonanie pozwoliło naszym dziadkom i ojcom zbudować coś co miało zmienić losy ich wszystkich.

Julian Rummel


Człowiek legenda. Śmiało można powiedzieć, że bez niego przedwojenna Gdynia nie byłaby tym, czym była.

Gdynię budowano przede wszystkim jako wielki projekt gospodarczy. Do tego jednak potrzebni byli odpowiedni ludzie. Ludzie z wizją, ale i z wiedzą. Ludzie, którzy potrafili myśleć dalej, niż tylko na dziś, na teraz. Ludzie, którzy mieli na tyle wyobraźni, by sprzeciwić się  politykom nie zawsze wyposażonym w wymienione wcześniej cechy, a mających wpływ na losy powstającego wówczas miasta. Rummel był człowiekiem, który angażował się niemal we wszystkie przedsięwzięcia dotyczące gospodarki morskiej. Był jednym z jej ojców w odróżnieniu od wielu najważniejszych polityków w kraju, którzy jej znaczenia nie doceniali.

Trudno wymienić wszystkie przedsięwzięcia, w których brał udział. Oprócz znanej wszystkim „Żeglugi Polskiej” był udziałowcem wielu innych firm ówczesnej Gdyni. Miał przy tym cechę, która wyróżniała go wśród innych działaczy gospodarczych i przedsiębiorców. Potrafił mianowicie dostrzec w innych ludziach ich zdolności i wesprzeć ich na drodze do usamodzielnienia się. Nie był zawistny, wręcz przeciwnie – zdolnym pracownikom swoich firm sam proponował usamodzielnienie się i na tej drodze pomagał na każdym kroku. Budował w ten sposób kadry polskiej gospodarki morskiej.
Człowiek, jakich i dziś niewielu mamy w Polsce. Skromny grób na cmentarzu witomińskim kryje tajemnicę tego, w jaki sposób w ciągu kilkunastu lat mała wioska stałą się największym portem na Bałtyku.

Ignacy Szpunar

Dowódca słynnego II Morskiego Pułku Strzelców utworzonego na bazie Batalionu Strzelców Morskich, biorącego udział m.in. w zajmowaniu Zaolzia w 1938 r.

Szpunar był oficerem, który od początku swojej służby w Gdyni radzić sobie musiał z problemami, jakich gdzie indziej nie doświadczył. Taki, wydawałoby się, prosty problem, jak znalezienie zakwaterowania dla żołnierzy w przedwojennej Gdyni – rozwiązanie go graniczyło z cudem. Ostatecznie żołnierze rozlokowani zostali w dużej części  po kwaterach prywatnych, co było ewenementem na skale krajową. We wrześniu 1939 r. ppłk Szpunar miał za zadanie bronić Gdyni od strony Gdańska. Zadanie wykonał w sposób dość spektakularny, choć wciąż mało znany współczesnej młodzieży uczącej się historii w szkołach. Wbrew temu, co narzuciła hitlerowska propaganda, kolportując znane zdjęcie z wyłamywaniem szlabanu granicznego w Kolibkach, żołnierze Szpunara odparli ataki niemieckie od strony Wolnego Miasta.

Mało tego – korzystając ze swej „pozasłużbowej” znajomości okolicznych lasów i wzgórz, zaatakowali oddziały niemieckie od strony późniejszego „motocrossu”, czym wzniecili w szeregach niemieckich taką panikę, że dowództwo hitlerowskie ogłosiło ewakuację Sopotu w obawie zajęcia go przez żołnierzy polskich.
Nie został pokonany, wycofał się z Kolibek dopiero na wyraźny rozkaz płk. Dąbka, który chciał koncentrować obronę w rejonie Oksywia.
Wojnę spędził w obozie jenieckim, umarł w 1947 r. w Jeleniej Górze.
Zgodnie z jego ostatnią wolą pochowano go na cmentarzu w Redłowie.

To tylko trzy przykłady. Każdy z „innego świata”, ludzie mający ze sobą tylko tyle wspólnego, że każdy dał Gdyni to „coś”, co decyduje o jej dzisiejszym charakterze, każdy z nich był cegiełką w murach domu, który zamieszkujemy. Takich cegiełek pełne są nasze cmentarze. Nie ma na nich ważniejszych i mniej ważnych. Każda miała swoje miejsce „w murze” i każda była potrzebna. Pamiętajmy o tym, odwiedzając, kiedy to będzie już możliwe, miejsca pochówków naszych bliskich.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj