Mógłbym się nie przejmować przyszłym rokiem, wszak obecny daje nam dosyć powodów do zmartwień. Przed nami jednak ten jeden na całą dekadę czas, kiedy za pomocą Spisu Powszechnego sprawdzamy, ilu nas jest i jak sami siebie widzimy.

Czytaj artykuły z działu Kaszubszczyzna

Pierwsze Spisy, w których nas uwzględniano, przeprowadzono w drugiej połowie XIX w. Członków odrębnej grupy Kaszubów było wówczas w oficjalnych statystykach 53 tysiące. To nie mówi nam praktycznie nic na temat rzeczywistych liczb. Stosując jako kryterium język, część miejscowości niemal w stu procentach deklarowała kaszubski, sąsiednia wieś za to wskazywała polski. Stefan Ramułt, odnosząc się do tego krytycznie, zaznaczał, że osoby te mówiły jednym i tym samym językiem, niepotrzebnie zaliczanym do polszczyzny, skoro mowa tu o odrębnym języku. Z kolei środowiska polskie zupełnie odrzucały kaszubski, wpisując jego użytkowników jako Polaków. To również było poddane krytyce ze strony Stefana Ramułta, autora “Słownika języka pomorskiego, czyli kaszubskiego”. Mylące jest również stosowanie podziału Polak-katolik, Niemiec-luteranin. W ten sposób ewangelicka część Kaszubów została przypisana do etnosu niemieckiego, a po wojnie zmuszona do opuszczenia ojczyzny.

Z przedwojennych relacji wyczytać możemy bardzo interesujące rozumienie tożsamości. Z jednej strony przypisywanie narodowości do religii było tak silne, że można było usłyszeć od Kaszuby, że Niemiec chodzący do kościoła katolickiego jest Polakiem, tylko nie umie mówić po polsku, z drugiej strony z tego podziału wykruszali się często sami Kaszubi, twierdząc, że nie są ani Polakami, ani Niemcami. Oczywiście, dzisiaj najłatwiej powiedzieć, że byli “nieuświadomieni narodowo”, jednak jest to subiektywne odczucie tego, kto chciałby w nas widzieć odwiecznego współczłonka narodu. Według tej koncepcji mamy w sobie, w swoich sercach, jakąś magiczną polskość, o której nie wiemy, ale dzięki mądrzejszym od siebie odkrywamy ją w sobie. Osoby wierzące w tę wewnętrzną polskość są chyba skłonne sądzić, że podczas podbojów piastowskich plemiona broniące się przed wojami Mieszka I, podobnie jak Jarosław Gowin w głosowaniu “walczyły, ale się nie cieszyły”, bo wiedziały, że duch polskości w końcu się w nich obudzi, a ich chwilowy opór jest tylko “mądrością etapu”, nawiązując do słów innego polityka. Otóż nie. Gdyby Państwo Morawskie politycznie radziło sobie lepiej, wówczas Ślązacy walczyliby z mitem “odwiecznej morawskości Śląska”, a podobne dywagacje snułbym w drugą stronę. Zdumionym i nic nierozumiejącym “odwiecznistom” mówiłbym, co by było, gdyby to jednak Polska dłużej posiadała Śląsk. U nas, na Kaszubach, sprawa jest nieco prostsza, bowiem utrata własnego państwa i sąsiedztwo niesłowiańskich narodów spychają nas prosto w objęcia polskiej kultury, co jednak nie znaczy, że Polakami w sensie etnicznym musimy być. Zachowanie odrębnego języka, który przez stulecia nie miał żadnych broniących go instytucji, tożsamość, która nie poddała się dwóm dominującym kulturom, wreszcie przebudzenie narodowe w okresie Wiosny Ludów i tworzenie kultury wysokiej to wystarczające powody, by powiedzieć jasno – jesteśmy narodem. “Piorunami dziejowej burzy pooranym”, ale narodem.

Podkreślam, że nie chodzi tu o chęć oderwania się od Polski w sensie politycznym. Dawniej nie lubiłem tego dopowiadać, ponieważ czułem się zażenowany, że w społeczeństwie, w którym ludzie przez kilkanaście lat się edukują, trzeba im tłumaczyć takie oczywistości. W tym podkreślaniu jest jednak pewien urok. Jest to wyraźny sygnał, że nasze działania nie są antypolskie. Nie robię tego ze strachu przed oskarżeniami – te i tak się pojawiają, ponieważ kilkadziesiąt procent czytelników wyrabia sobie opinię po przeczytaniu nagłówka i nawet nie zapoznaje się z tą częścią tekstu. Chodzi o to, że nie chciałbym, aby moja narodowość była jakkolwiek “anty”. Nie lubię sfrustrowanych pięćdziesięciolatków, albo zbuntowanych nastolatków, którzy tak nie lubią Polski, że na złość zadeklarują narodowość kaszubską. Wolę jako sojuszników mieć tych, którzy niezależnie od swoich preferencji politycznych i ideologicznych przyjrzeli się własnym korzeniom i chcąc żyć w zgodzie ze sobą oraz kształtować świat najlepiej jak potrafią, podążają ścieżką, którą na ostatnim spisie zadeklarowało ponad 15 tysięcy osób.

Ostatnie dwa Spisy, te, które pamiętam i które zorganizowała wolna Rzeczpospolita Polska, odbyły się w 2002 i 2011 roku. U progu XXI w. działała grupa “Òdroda”, która przekonywała, że mamy prawo deklarować narodowość kaszubską. Kaszubski establishment dystansował się od takich pomysłów. Młodzi działacze osiągnęli jednak sukces w postaci pięciu tysięcy deklaracji. W 2003 roku socjolodzy z Uniwersytetu Gdańskiego przekonywali na łamach Pomeranii, że nie należy traktować tych danych serio. Wielu Kaszubów chcąc podkreślić swoje przywiązanie do regionu wpisało taką narodowość, ale tak naprawdę poczuwają się do polskości, niejako pokolorowanej jedynie w kaszubskie barwy – przekonywali. Skoro tak, wystarczy dodać opcję drugiej tożsamości i problem się rozwiąże i okaże się, że Kaszubi jak jeden mąż deklarują polską narodowość, jako drugą tożsamość wskazując kaszubskość. Te twierdzenia zweryfikował kolejny Spis, w którym dano taką możliwość.

Czy zatem liczba deklaracji narodowości kaszubskiej skurczyła się do grupki zbuntowanych studentów? Nic z tych rzeczy – zaobserwowano ponad trzykrotny wzrost liczby deklaracji narodowości kaszubskiej! Naród się budził. Jak będzie tym razem? Brak jakichkolwiek badań na ten temat podnosi adrenalinę, może się zdarzyć naprawdę wszystko. Tendencja wzrostowa zaobserwowana w ostatnim Spisie wynika z wielu czynników. Jako taki rozwój państwa obywatelskiego sprawia, że nie boimy się urzędników i podejmujemy bardziej wolne wybory. Zwiększona mobilność daje nam możliwość zaobserwowania, że mniejszości narodowe nie są wyjątkiem, czy błędem historii, przeciwnie – całkiem normalne jest posiadanie swojej flagi, języka i dziedzictwa. Wreszcie stosunkowo dobre odnajdywanie się w przestrzeni medialnej, głównie w radiu i internecie, sprawia, że pytania o tożsamość padają częściej, niż w latach dziewięćdziesiątych, które to ukształtowały pięć tysięcy zadeklarowanych Kaszubów w 2001 r.

To, co obecnie może nas niepokoić, to niski poziom debaty. Czasy postprawdy każą skupiać się na emocjach, a te, pozbawione refleksji, prowadzą nas na manowce. Jest prawdopodobne, że nawet w komentarzach pod tym felietonem pojawią się wstawki typu “mój dziadek walczył w polskim wojsku, więc gadasz głupoty” albo nieśmiertelny cytat “Ni ma Kaszub bez Pòlonii a bez Kaszëb Pòlsczi”, które jasno wskazują, że czytelnik nie zrozumiał nic z tego, co napisałem. I fakt jego niezrozumienia nie będzie istotny, chodzi o zasięg jego wpisu. W takich warunkach bardzo trudno informować o czymś, co dla społeczeństwa przeoranego przez II Wojnę Światową, a potem zmiażdżonego przez komunizm, jawi się jako opowieść o życiu na innej planecie. Więcej zrozumienia mielibyśmy w XIX w., kiedy normalne było, że właściciel karczmy mówi w jidysz, sąsiad po niemiecku, ksiądz po polsku, a my po kaszubsku. Dzisiaj, ucząc się nie o współistnieniu, a o antagonizmach między narodami, nie jesteśmy w stanie jako społeczeństwo ot tak przyswoić sobie fakt istnienia odrębności. A jeśli nie lubimy nazizmu oraz komunizmu i chcemy walczyć z ich skutkami, to właśnie o takie społeczeństwo walczymy. Nie o jednolitą masę, ale o kraj, w którym jesteśmy czymś więcej, niż numerem PESEL.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj