Morze jest naturalną granicą państwa, toteż nie budzi zdziwienia stwierdzenie, że Gdynia leży w strefie nadgranicznej. Jednak przed II wojną to określenie odnosiło się także do granicy lądowej. Na Kolibkach płynie potok Swelinia i to on był naturalną, ale zatwierdzoną urzędowo granicą pomiędzy Polską, a Wolnym Miastem Gdańsk. Nawiasem mówiąc Swelinia granicą była „zawsze”. W przeszłości wyznaczała bowiem granice posiadłości: a to Sobieskich, a to Przebendowskich i in. Jako granica państwowa funkcjonowała tylko 19 lat, ale nie były to lata ani łatwe, ani spokojne.

Posterunki rozstawione były zarówno na Szosie Gdańskiej, jak i nad morzem, przy ujściu rzeczki, a nawet na plaży.

Jeszcze w latach 70-tych XX wieku, kiedy szło się do Sopotu drogą przy plaży, napotykało się po „naszej” stronie Swelinii obelisk graniczny i „kamień wersalski”. Potem zniknął w niewyjaśnionych okolicznościach.

Czytaj artykuły z działu Gdyńskie, arcygdyńskie

Z przejścia granicznego korzystano nader często i to nie tylko w celach turystycznych czy handlowych. Wielu pierwszych budowniczych Gdyni z braku odpowiedniego lokum przemieszkiwało czasowo w Gdańsku i granicę z konieczności przekraczało codziennie. Dopóki Gdynia nie dorobiła się np. drukarni, wszystkie czasopisma, ale też druki firmowe, pochodziły z drukarni gdańskich.

Na granicy z Wolnym Miastem oprócz wartowników i żołnierzy byli też policjanci i celnicy kontrolujący podróżnych, jako że granica wabiła, jak to zwykle bywa, wielu amatorów dodatkowego, acz nielegalnego zarobku.

Jeśli chodzi o specyfikę przemytu gdyńsko-gdańskiego, to wyróżniały się dwie  pozycje – spirytus i … pieniądze. Różnice w cenach i kursach walut bywały okresami tak duże, że wielu ryzykowało ich przerzut przez granicę, o czym często donosiła miejscowa prasa po obu stronach granicy.

Szczególne nasilenie tej działalności przypadało na lata 20-te, kiedy to waluta gdańska była tak niepewna, że nawet wewnątrz Wolnego Miasta Sopot wypuszczał na rynek własne pieniądze.

Niektórzy z przemytników byli zdeterminowani do tego stopnia, że stawali się niebezpieczni dla służb wartujących. Przekonał się o tym wachmistrz polskiej policji Konstanty Pietrzykowski.

Człowiek rzetelny, obowiązkowy, nie odpuszczał amatorom łatwego zarobku. Jeden z przemytników, Włoch, kilkakrotnie przekonał się o tym, gdy p. Pietrzykowski uniemożliwił mu przerzut przez granicę znacznych ilości walut. Zawziętość Włocha posunięta była tak daleko, że „odwiedzał” policjanta w rodzinnym domu na Luskuli (osiedle na wzgórzu redłowskim) i groził zemstą.

Pomimo to wachmistrz nie zmienił swego stosunku do służby i nadal ścigał przestępców.
Ostatecznie stało się to przyczyną nieszczęścia. W grudniu 1927 r. Pietrzykowski wybrał się do Sopotu, by na Boże Narodzenie kupić saneczki dla dzieci. Nie wrócił.

Jak to się stało? Został znaleziony martwy w piwnicy jednej z sopockich knajpek. Początkowo prasa nie podawała prawdziwej przyczyny jego śmierci, skupiając się na jej politycznym wydźwięku i zapewniając, że śmierć była następstwem nieszczęśliwego wypadku.

Nie ma się co dziwić ówczesnej prasie. Stosunki polsko-gdańskie były tak napięte, że niemal każdy incydent uważano za wrogą prowokację. Tak zresztą traktowały to obie strony. Zdarzało się, że podejrzenia o podtekst polityczny jakiegoś wydarzenia przesłaniały jego rzeczywisty przebieg i przyczynę.

Dokładne śledztwo wykazało jednak, że prawda była inna. Wchodzącego do knajpki zauważył ów Włoch, któremu Pietrzykowski wielokrotnie „psuł interes” i postanowił się zemścić. Wachmistrz nie pomylił żadnych drzwi, jak to wcześniej pisano, lecz został uderzony ciężkim przedmiotem w głowę i już martwy wrzucony do piwnicy. Zabójcę aresztowała policja gdańska. Grób Konstantego Pietrzykowskiego znajduje się do dziś na cmentarzu kolibkowskim.

Sprawa miała ciąg dalszy i to w niemal „filmowej” reżyserii. Jadąca do Gdańska na proces wdowa po p. Konstantym podróżowała tym samym wagonem, którym przewożony był z sopockiego aresztu zabójca jej męża. Łatwo się domyślić, co wtedy czuła.

W Orłowie do dziś mieszka rodzina wachmistrza. Kilka lat temu grupa pasjonatów porządkujących cmentarz wpadła na pomysł, że coroczne lipcowe Święto Policji można by połączyć z odwiedzinami grobu K. Pietrzykowskiego przez tzw. czynniki oficjalne. K. Pietrzykowski wydaje się być wręcz symbolem służby, bezkompromisowości w wykonywaniu obowiązków, za co zapłacił przecież najwyższą cenę.

W tym celu wysłano pismo do Komendy Miejskiej Policji. Pozostało bez odpowiedzi …

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj