Kaszuby to kraina rodem z baśni. Ludzie są baśniowi i wszystkie nasze problemy w baśniowy sposób są rozwiązywane. Takie myślenie podziela wielu, jest ono jednak niezwykle szkodliwe i utrudnia merytoryczną dyskusję. Bo przecież to tylko baśń, tu nie ma co dyskutować…

Zdaniem większości osób język kaszubski opanować może tylko ten, kto wyniósł go z domu. Nie ma wątpliwości, że poznanie systemu komunikacji w dzieciństwie bardzo ułatwia posługiwanie się nim, jednakże zasada “jak się nie nauczyłeś w domu, to nie będziesz mówić dobrze” jest wyssana z palca. Dziwne, że ta sama zasada nie jest odnoszona do innych języków. Każdy z nas ma znajomą, która opanowała hiszpański, ciocię, która mówi świetnie po rosyjsku, czy kuzyna, który pełni rolę tłumacza, kiedy odwiedza nas krewny z Australii. A nikt z nich nie był wychowany w wielojęzycznej rodzinie. Jak to zatem możliwe, że kaszubski zachowuje się inaczej niż każdy inny język na świecie? Wynika to z baśniowego myślenia o nim. Mamy emocjonalny stosunek do kaszubszczyzny i wyznajemy jakąś rytualną czystość mowy. Każdy, kto nie usłyszał jej od rodziców, będzie już na wieki wieków skalany i nigdy nie wróci do niewinności języka ojców. Wiara w tę baśniowość języka jest tak silnie zakorzeniona, że skutecznie wypiera fakty. Kiedy gramy z kabaretem na uroczystościach weselnych, podchodzą do nas osoby zachwycone możliwością kontaktu z kaszubskim i mówią “kaszubski to trzeba wyciągnąć z domu, inaczej to brzmi sztucznie, ja nie będę próbował kaleczyć, bo tak dobrze jak wy, to ja nie będę mówił”. Wtedy odpowiadam mu “ale ja też nauczyłem się go w wieku 15 lat, wcześniej nie mówiłem”. Oczywiście rozmówca usłyszał komunikat, ale to mu nie przeszkodzi zgodzić się z kolejną osobą dołączającą do rozmowy, która powtarza te bzdury. Bo nie udało nam się zburzyć baśniowego świata faktami.

Nie trzeba mówić, dlaczego te baśnie są szkodliwe. Nie nauczyłeś się kaszubskiego za młodu? Zapomnij o nim i żyj dalej wzruszając się za każdym razem, kiedy usłyszysz epigonów, którzy “wynieśli go z domu”. Śmierć czystego języka jest taka romantyczna…

Ta czystość naszego dziedzictwa ma swoje odzwierciedlenie również w stronieniu od skalania się wulgaryzmami. “W kaszubskim nie ma przekleństw” to zdanie należące do czołówki kitów wciskanych turystom, w które sami zaczynamy wierzyć. Wulgaryzmów w kaszubskim jest w diachła i paralusz mnie bierze, kiedy ci przegrzeszony obrońcy kultury podważają te fakty. Przeczytałem kiedyś w prasie głos oburzonej czytelniczki, która nie mogła znieść, że najwybitniejsza współczesna autorka prozy Krystyna Lewna w usta bohaterki swojego opowiadania włożyła przekleństwo. Naprawdę? Wszyscy mogą tworzyć najróżniejsze charaktery, ale my, Kaszubi nie, bo u nas są sami dobrze wychowani? Ledwie udało nam się wyprowadzić kaszubski z więzienia skansenu, a od razu zamykamy go w porcelanowej klatce? Baśń o przykładnych i grzecznych Kaszubach i naszym języku bierze się chyba z literackiej metafory Aleksandra Majkowskiego, który w Remusie przedstawił motyw królewny w zamku. Piękna panna jest alegorią języka kaszubskiego, a zamek to przyszłość naszego narodu, mająca uchronić księżniczkę w swoich murach. Po cholerę nam królewna? Niech zamiast sukni włoży wygodne ciuchy, zamiast siedzieć w zamku i czekać na księcia niech będzie zadziorna i podejmuje inicjatywę. Udawanie, że Kaszuba to grzeczny człowiek doprowadzi tylko do jednego – do stwierdzenia, że skoro Kaszubi są nieskazitelni, to ja chyba nie jestem częścią tej grupy. Wiele osób to pomyśliwszy odpuści sobie swoje własne dziedzictwo.

Jeszcze jedną baśnią jest przekonanie, że nie ma co uczyć dzieci kaszubskiego, bo “jak będą chciały, to się same nauczą”. Od razu widać, że ta baśń wyklucza się wzajemnie z pierwszą mówiącą o konieczności wyniesienia kaszubskiego z domu. Ta sprzeczność nie przeszkadza jednak w wyznawaniu jej razem z tą pierwszą. Bo Kaszuby to przecież baśniowa kraina i nie trzeba trzymać się faktów…

W każdym razie przekonanie to wynika z bardzo szlachetnego założenia szacunku wobec wyborów młodego człowieka. Pójdzie własną drogą i do niczego nie będzie zmuszany. Zgadzam się, że przymus jest szkodliwy, ale nauka języka, czy przekazywanie wartości jest obowiązkiem rodziców. Czy znamy rodzica, który mówi “nie uczę mojego dziecka chodzić, jak będzie chciało to samo się nauczy?”.

Nie można też uciec od fałszywych teorii głoszących szkodliwość nauki kaszubskiego. “Będzie miał problemy w szkole” – ostrzegają bliscy rodziców, którzy zdecydowali się mówić do dziecka w ich i jego własnym języku. Jakieś dane na potwierdzenie tej tezy? Jedynie sytuacje z czasów PRL, kiedy dziecko problemy miało nie tyle przez kaszubski, ale przez poniżające traktowanie mówiących po kaszubsku, a to co innego. Uczeni raczej wskazują na pozytywny wpływ wielojęzyczności na rozwój mózgu. A problemy z językiem polskim? Chłonny umysł dziecka otoczonego polszczyzną w telewizji, szkole i na podwórku choćby nie wiadomo jak go od tego odgradzać, nauczy się mówić biegle po polsku. Znam kilka przykładów rodziców mówiących po kaszubsku do dzieci i wszystkie te dzieci są ponadprzeciętnie inteligentne w swoich kategoriach wiekowych. Z jednym chłopcem mającym około 7 lat rozmawiałem o wynalazku Gutenberga i społecznej reakcji na zmiany, które wprowadziła maszyna drukująca. Chłopak odnalazł jeszcze “z bomby” kilka analogii z historii kaszubskiej i światowej. Byłem zdumiony. Sam potrafiłem tak łączyć fakty dopiero gdzieś w gimnazjum, a wiele osób ma z tym problem również w dorosłym życiu (co zresztą widać po sondażach). Nie zauważyłem też, że dzieci z takich rodzin miałyby mieć problemy z socjalizacją, przeciwnie – są liderami w swoich grupach rówieśniczych. Czy na taki rozwój tych młodych ludzi wpłynęła tylko znajomość kaszubskiego? Oczywiście, że nie, jest to jeden z czynników. Dużą rolę odgrywa też intelekt rodziców. Skoro ci zdecydowali się mówić do dzieci we własnym języku i nie dawać wiary pseudonaukowym teoriom, muszą być osobami nieprzeciętnymi. Czy podanie tych przykładów przekona osoby kłamiące, że kaszubski szkodzi? Nie, bo w ich baśni kaszubski to taki piękny język, który oddala od cywilizacji, więc nie chcą go przekazać własnym dzieciom, ale chcą czasem posłuchać jakiegoś głupka posługującego się tą uroczą mową.

Kończę ten felieton z pewnym smutkiem i poczuciem straconego czasu. Naprodukowałem się, ale za tydzień gram na weselu, na którym ktoś podejdzie i powie, że “taki kaszubski to musiałeś wyciągnąć z domu”, po czym nie uwierzy mi, kiedy zaprzeczę. Ktoś w internecie napisze, że nie mówi do dzieci po kaszubsku, bo same się nauczą. Ktoś będzie współczuł dziewczynce, której rodzice męczą ją kaszubskim, nie wiedząc, że to ta sama prymuska, która wygryzła ich Brajanka w konkursie matematycznym. I ci ludzie żyjący w romantycznym świecie baśni będą mówili o nas, że to my jesteśmy odrealnieni…

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj