Multimedialna i wyczerpująca relacja z 44. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni

Krzysztof Kieślowski zaczął palić

W tym kraju wszyscy muszą dać ciała mniej lub bardziej. Takie są realia.

Z filmu „Pan T.”

Pod względem artystycznym to był mniej niż przeciętny festiwal: 3 filmy b. dobre, kilka dobrych/niezłych. Michał Chaciński wybrałby może z 19 pokazywanych w Gdyni 8-10 obrazów, co, jak na jedną z największych kinematografii europejskich (ok. 60 „kinowych” fabuł rocznie) i 40 zgłoszeń, nie jest liczbą oszałamiającą. W tym roku festiwal zdominowały względy pozaartystyczne, ostatnim akordem smutnej opowieści był werdykt Jury, który, tradycyjnie, ale w tym roku jakby mocniej, mijał się z oglądem większości kinomanów i specjalistów. Wcześniej część środowiska filmowego skupiona w Gildii Reżyserów Polskich przedstawiła postulaty ws. festiwalu (zobacz tutaj), co do których słuszności właściwie nie ma dyskusji. Podczas Gali finałowej Agnieszka Holland, nieformalna przywódczyni części środowiska filmowego w Polsce, stwierdziła, że polskie władze są na wojnie z kulturą. Ponadto reżyserka zwycięskiego filmu poinformowała o akcji „Cenzura nie przejdzie”, której celem jest bezpłatne udzielanie pomocy prawnej wszystkim, wobec których będzie stosowana cenzura. Środki na akcje są zbierane na stronie  https://zrzutka.pl/hynwpr. Tegoroczna Gala wyjątkowo obfitowała w wystąpienia polityczne, do najmocniejszych głosów należały wypowiedzi Dawida Ogrodnika, Krzysztofa Zanussiego i Jana Komasy.

Tak jak nie sposób nie zgodzić się z postulatami części filmowców, tak już trudniej im uwierzyć. Festiwal w Gdyni zawsze był areną wielu gier, od niepamiętnych czasów walczyły ze sobą koterie i grupy interesów, ale niezmiennie towarzystwo godziło się na niezliczonych bankietach. W tym roku byliśmy obserwatorami żenującej sagi wokół filmu „Solid Gold”, zakończonej, niestety, zwycięstwem „wolności twórczej” i pokazem filmu (zobacz więcej tutaj). W normalnej sytuacji film nie powinien zostać dopuszczony do konkursu ze względów artystycznych, no ale przecież byłaby to cenzura…

To, co najważniejsze w całym zamieszaniu przedwyborczo-filmowym, to nieprzystawalność postulatów filmowców do rzeczywistości przedstawianej w filmach. Polskie kino (oprócz jednego filmu) ciągle nie chce zbadać na koniecznym poziomie intelektualnym fenomenu wydarzeń w Polsce i nie zadaje najważniejszego pytania: Dlaczego jest, jak jest? W najlepszym razie ogranicza się do przedstawienia jak jest (jest źle oczywiście), przez co kina nie można traktować poważnie jako partnera do dyskusji na temat współczesnej Polski. Saga „Solid Gold”, jako egzemplifikacja zamachu na wolność twórczą, była najbardziej żenującym przykładem manipulacji i odniosła skutek podobny do akcji „Nie świruj. Idź na wybory”. Nikt nie słyszał, aby do czasu „Kleru” i filmu braci Sekielskich w Polsce lawinowo powstawały odważne filmy, które zostałyby ocenzurowane, nie było też takich filmów w Gdyni bo… filmowcy sami się cenzurują. Od wielu lat tworzą filmy bezpieczne, nieprzeszkadzające sponsorom.

Film jest najbardziej narażony na naciski polityczne, nawet Andrzejowi Wajdzie niektórzy zarzucali zbyt dobre relacje z władzą. Jeśli filmowcy chcą robić demaskatorskie, odważne kino za pieniądze publiczne, muszą liczyć się z reakcją władz.  Polskie kino, kiedy jeszcze miało przymierze z widownią, potrafiło w czasach szkoły polskiej czy kina moralnego niepokoju komunikować się między wierszami. Dzisiaj po pierwsze tego przymierza nie ma, po drugie kino jest zachowawcze, straciło pazur, prawie w całości pełni funkcję rozrywkową. Przyczyna takiego stanu rzeczy jest prozaiczna: pieniądze. Filmowcy to najbogatsza, świetnie prosperująca grupa zawodowa, która została wywindowana na szczyt nie dzięki poziomowi artystycznemu i funkcji społecznej, ale dzięki ustawie o kinematografii i Waldemarowi Dąbrowskiemu (minister kultury w latach 2002-2005). Filmowcy wiedzą, ile można stracić, będąc zbyt odważnym. Są oczywiście wyjątki (głównie Smarzowski), ale generalnie niemożliwą sytuacją jest refleksja, jaką miał Krzysztof Kieślowski, który zastanawiał się, czy moralnym jest zarabianie zbyt dużo.

Najbardziej mnie zadziwia i śmieszy postulat środowiska, by w Gdyni powstała platforma do dyskusji, bo trza fermentu. A poza tym czują się źle w Gdyni. To już bezczelność – organizatorzy festiwalu stają na głowie, by dogodzić naszym „gwiazdom”. Nie chodzi już tylko o dziesiątki bankietów, ale wiem, bo obserwuję z bliska, codzienną uczynność i pomocniczość na niespotykanym poziomie. Dyskusje? Od lat polegają na zagłaskiwaniu się, Łukasz Maciejewski doprowadził konferencje prasowe do karykatury. Nie można zadać trudnego pytania, bo się aktorzy i ekipa obrażą, Maciejewski niesmacznie wszystkim słodzi i wazelinuje, deformując przekaz. Kiedyś na tych żenujących spotkaniach dochodziło nawet między prowadzącym a ekipą do długich wymian i licytacji na jakich to bankietach się było.

Jeśli chodzi o obronę wolności twórczej, nie powinno się mieć oporów, by stanąć ramię w ramię z obrońcami demokracji. Problem polega na tym, że trudno uwierzyć w intencje filmowców, którzy do tej pory nie reagowali na środowiskowe aberracje i ustawki, których efektem były m.in. niesprawiedliwe oceny i krzywdzenie kolegów (choćby pomijanie filmów Smarzowskiego w rozdziale najważniejszych nagród). Sami nie dopuszczali filmów, które powinny być dopuszczone, itd., itd. Cała tegoroczna akcja ma podtekst głównie polityczny, nie byłoby jej, gdyby nie nadchodzące wybory. Środowisko filmowe, pozbawione empatii społecznej jak część polityków, nie ma w tej chwili takiego autorytetu moralnego, jakim był bez wątpienia Krzysztof Kieślowski, który, obserwując to wszystko, podobno zaczął znowu palić…

Konkurs Główny: co najlepsze

Ostatecznie w konkursie były wszystkie filmy, które miały być. 19 tytułów to absolutnie za dużo. W wyrównanej stawce trzech obrazów, które zdecydowanie wybijały się ponad pozostałe, najlepszym wydał mi się „Pan T.”, bo był filmem najbardziej kompletnym i najlepiej zrealizowanym. Wszystkie składniki tego dzieła były na wysokim poziomie: od scenariusza po kreacje i z powrotem. Ale najwartościowszym elementem była narracja, prowadzona równolegle w głowie głównego bohatera. Opowieść o Leopoldzie Tyrmandzie (może też troszkę o Tadeuszu Konwickim) to taka warszawska wariacja na temat „Mistrza i Małgorzaty”, wyrafinowana i smakowita satyra na tamte czasy (rok 1953) z czytelnymi adresami do współczesności (np. scena z Fedorowiczem, Kutzem i Balcerowiczem). Jest przywołany diabeł, jest fantastyka a ponadto czarno-biała fotografia, równie zaskakujące jak brawurowe powroty aktorskie (Paweł Wilczak, Jerzy Bończak), dowcip i pożywienie dla wyobraźni. Cały ten skład daje bardzo rzadką kombinację w polskim filmie.

„Boże ciało” nie jest filmem antykościelnym czy antypisowskim. To uniwersalna przypowieść o duchowości w ciężkich czasach w polskim, głębokim interiorze. Dwudziestoletni Daniel (w tej roli niesprawiedliwe pominięty przy rozdziale nagród Bartosz Bielenia) przechodzi duchową metamorfozę w poprawczaku – chce zostać księdzem, ale przeszkody formalne (wyrok) zamykają mu drogę do realizacji marzenia. Po wyjściu z poprawczaka Daniel w wyniku splotu okoliczności zostaje księdzem w małej parafii. Jego ewangelizacja jest nietypowa, ale skuteczna, członkowie miejscowej społeczności akceptują go, czują w jego działaniach iskrę bożą. Daniel jest coraz odważniejszy, podejmuje karkołomną próbę rozwiązania głębokiego konfliktu, jaki powstał po tragicznym wypadku, w którym zginęło siedmioro mieszkańców. Sześcioro z nich to młodzież, która jechała samochodem, który czołowo zderzył się samochodem kierowanym przez siódmą ofiarę, przez społeczność obwinianą za tragedię. Daniel jest księdzem i domorosłym terapeutą, film niebanalnie zaprasza nas do refleksji nad istotą duchowości, posłannictwa, kapłaństwa. Uniwersalna przypowieść rozgrywająca się w polskim interiorze jest inspirowana wydarzeniami autentycznymi.

Najbardziej zaskakującym filmem całego festiwalu była debiutancka „Supernova” wg scenariusza i w reżyserii Bartosza Kruhlika. Gdzieś w głębokim interiorze za szybko i nieuważnie jechał samochodem młody mężczyzna, co skończyło się tragicznie. W wypadku zginęła matka i dwoje dzieci, sprawca uciekł, przyjechała policja, zaczęli się zbierać obserwatorzy z pobliskiej wsi. Stopniowo, jak w dobrym thrillerze, odkrywają się szczegóły i związki. Kierowcą był mocno ulokowany w strukturze władzy cyniczny polityk, śledztwo prowadzi naciskany przez „górę” lokalny komendant, a policjant, który jako pierwszy przyjechał na miejsce wypadku, jest kuzynem ojca ofiar. Zbiera się tłum, na miejsce wypadku powraca sprawca: narastający gniew grozi niekontrolowanym wybuchem, emocje tylko rosną, nikt nie potrafi zapanować nad sytuacją, która jest bardzo złożona.

„Supernova” to jedyny film na festiwalu, który próbuje odpowiedzieć na pytanie Dlaczego jest, jak jest? a nie tylko na pytanie Jak jest? Fenomen dzisiejszej Polski ciągle nie został zidentyfikowany przez znaczącą część społeczeństwa i jej wybrańców, w tym, niestety, przez większość filmowców i przedstawicieli innych dziedzin kultury artystycznej. Wielu z nich to wręcz kierowcy z filmu Kruhlika: pozbawieni empatii społecznej, zdemoralizowani, nastawieni tylko na branie. Autorski film nagrodzonego za debiut 34-letniego Bartosza Kruhlika ma wymiar antycznej tragedii, wiąże całość metaforą, celnie identyfikuje rzeczywistość. Trzymam kciuki za… nowego Kieślowskiego?

Mówiąc o interiorze należy wspomnieć o filmie pod tym tytułem. Obraz Marka Lechkiego znalazł się w czwórce filmów przywróconych i lekko dotyka problemów, które są tematem „Supernowej” i „Bożego ciała”. Szkoda, że tak lekko a całość spowiła na koniec zbyt gęsta mgła, by można było jakkolwiek się odnieść do wymowy i sensów. Kino Lechkiego, podobnie jak Wasilewskiego czy Szelc, to mające swoich fanów kino „domyśleniowe”, operujące wieloma niedopowiedzeniami i otwartymi zakończeniami. Najczęściej, podobnie było tym razem, jest ich zbyt dużo a całość sprawia wrażenie formalnego ćwiczenia.

Zaraz za najlepszą trójką plasuje się „Mowa ptaków”, ostatni z Salonu Odrzuconych i Przywróconych. To żuławszczyzna reformowana, wielki hołd złożony zmarłemu cztery lata temu najbardziej niedocenionemu wybitnemu polskiemu reżyserowi. Ostatni scenariusz Andrzeja ostatecznie zrealizował jego syn, Xavery Żuławski. Film łączy w sobie wiele wątków i warstw, to z jednej strony krzyk na rzeczywistość, z drugiej autotematyczna, nieco sentymentalna opowieść rodzinna. Formalnie film przypomina dzieła autora „Trzeciej części nocy”, wiele jest w nim emocji, intuicyjnego podejścia do procesu twórczego. To kino artystyczne, czasami artystowskie, „pojechane”, ale z rozmachem, jakościowe, klasowe i, siłą rzeczy, bardzo selektywne: najwięcej osób wychodziło z „Mowy ptaków”, która dostała jedną z najważniejszych, choć niezauważanych nagród – nagrodę młodej publiczności. Warto zaznaczyć, że weterani: Andrzej Korzyński (rocznik 1940, muzyka) i Andrzej Jaroszewicz (1938, zdjęcia) współtworzyli nowoczesne kino.

Środek

Wygrał „Obywatel Jones” (w oryginale gorszy tytuł: „Mr. Jones”), porządne kino o wielkim temacie głównym, czyli Hołodomorze na Ukrainie. Jednostkowy bohater, szlachetny dziennikarz, przegrał z systemem, który zmanipulował do cna historię przy współudziale autorytetu „Pulitzera” Duriarty’ego (najlepszy na festiwalu w drugoplanowej roli męskiej Peter Sarsgaard). Dobre kino, ale z tematu można było wycisnąć więcej.

Bardzo dobre wrażenie pozostawił po sobie „Proceder” braci Węgrzyn(ów), filmowa biografia warszawskiego, „brudnego”, ulicznego rapera Tomasza Chady. Czyste, „żywe” kino, bez infantylnej psychologii stołowej cechującej polskie kino – po prostu true. Siłą filmu są także kreacje – Piotra Witkowskiego w roli głównej, Małgorzaty Kożuchowskiej (rewelacyjna „Łysa”) i Moniki Matysiak (Monika). Warto zaznaczyć, że film braci Węgrzyn był jedynym ze stawki 19 tytułów, który został zrealizowany bez wsparcia PIF-u. „Proceder” znajdzie widownię, premiera 15 listopada.

Wąską listę środka zamykają „Ikar. Legenda Mietka Kosza” oraz „Ukryta gra”. Pierwszy to po raz czwarty Dawid Ogrodnik nagrodzony w Gdyni, po raz kolejny w roli osoby z deficytami (to polski specjalista w tym gatunku). Sprawnie opowiedziana historia, najlepsza muzyka (Leszek Możdżer) i uczucie niedosytu. Łukasz Kośmicki to najbardziej niecodzienny laureat gdyński: dostał nagrody za scenariusz („Dom zły”) i zdjęcia („Poznań ’56” oraz „Gry uliczne”). Jego debiut na stanowisku reżysera to sprawnie opowiedziany komiks political fiction. Szacunek budzi poziom realizacji. Film akcji, który „nie boli”, to w Polsce wielka rzadkość. Rozczarowuje jednak brak choćby krztyny niespodzianki i tajemnicy lub metafory. Albo mroku (uśmiech).

W starym kinie wciąż ktoś gra na pianinie

Janusz Majewski (1931) nakręcił kolejny film sentymentalny o czasach swej młodości. Tagi: „Mercedes Benz”, Pawel Huelle, kawaleria SS, Pomorze, Krokowa, von Krockow, getto inaczej, Żydzi polscy. Jacek Bromski (1946) powinien podać się do dymisji i przestać robić filmy (więcej:Bromszczyzna, czyli największa żenada na koniec festiwalu w Gdyni)

Niekoniecznie albo w ogóle

Lech Majewski ściągnął do „Doliny bogów” gwiazdorski skład, ale nie zachwycił jak w „Młynie i krzyżu”. Jacek Borcuch poległ ambitnie w „Słodkim końcu dnia” a nagroda u Redforda dla Krystyny Jandy sprowokowała polityczne komentarze a nie podziw dla kunsztu użytkowego reżysera (więcej)

Borys Lankosz „zepsuł Nike” i wystawił Dorotę Kolak na trudną próbę, jaką była finałowa scena  „Ciemno, prawie noc” wg Joanny Bator.

Z filmów patriotycznych zdecydowanie górą „Legiony” – najlepsza od wielu lat batalistyka w polskim kinie, dobre zdjęcia, epicka rozlewność. Szkoda tylko, że scenariusz nie był lepszy – film jest pęknięty, nie wiadomo ostatecznie, czy to melodramat, czy próba przybliżenia historii, bez której Polska po 1918 roku byłaby mniejsza. Borys Szyc w „Piłsudskim” jest niczym Michael Corleone – dla niedowiarków proponuję obejrzenie zakończenia I części „Ojca chrzestnego”. I jeszcze pewien kłopot: jak wytłumaczyć młodzieży, że Piłsudski był także Dunin-Wąsowiczem? (Szyc gra w dwóch filmach o tym samym dwie różne postaci). Polscy aktorzy, jak powiedziała A. Holland, nie ustępują talentem innym, ale gubi ich rozdrobnienie – biorą właściwie wszystko, co im zaproponują, co jest nie do pomyślenia np. w takim Hollywood. Nie będę rozwijał wątku, ale nie potrafię uwierzyć, że Burdeltata (Andrzej Konopka) może być ważną osobą w kopalni i że kogokolwiek uratuje. Zabije śmiechem – i owszem, ale uratuje? Kompletną klapą, kolejnym bieda-filmem niszczącym wielki temat jest „Kurier” Władysława Pasikowskiego.

I jeszcze dwa autorskie (reżyseria i scenariusz) debiuty kobiece: „Wszystko dla mojej matki” Małgorzaty Imielskiej i „Żelazny most” Moniki Jordan-Młodzianowskiej. Pierwszy budowany na szlachetnych intencjach rozczarował filmowo, drugi wypadł obiecująco jako przykład zdyscyplinowania i panowania nad formą, choć był bardziej słuchowiskiem niż obrazem.

Gwiazdy i gwizdy

John Malkovich! Bill Pullman! Josh Hartnett! Peter Sarsgaard i z dziesiątka jeszcze innych, znanych postaci z filmów światowych – tego jeszcze nie było w polskim kinie jednego roku. Ten spektakularny wysyp gwiazd nie przysłania jednak faktu, że ogólnie polska kinematografia nie należy do czołowych nawet w Europie. Poza wyjątkami w Polsce pod koniec drugiej dekady powstają filmy gorzej nakręcone i wymyślone niż np. 50 lat temu. Nie chodzi tylko o to, że, jak mówi Holland:

44. FPFF Agnieszka Holland: Kiedyś powstawały lepsze filmy

kino w ogóle jest w kryzysie, bo jest, ale o to, że pod względem warsztatowym powstaje w Polsce za dużo filmów topornych i archaicznych formalnie. Dlaczego mamy więc kochać kino polskie?

Oficjalni laureaci 44. FPFF

Moje typy i oceny:

Festiwal Filmowy w Gdyni 2019: subiektywna lista zwycięzców

Złote Lwy: „Pan T.” w reżyserii Marcina Krzyształowicza i „Boże ciało” w reż. Jana Komasy

Srebrne Lwy: „Supernova” – reżyser Bartosz Kruhlik

Nagroda specjalna: Xawery Żuławski za film „Mowa ptaków”

Reżyseria: Marcin Krzyształowicz – „Pan T.” i Bartosz Kruhlik za film „Supernova”

Pierwszoplanowa rola męska: Bartosz Bielenia – „Boże ciało”

Pierwszoplanowa rola kobieca: Lotte Verbeek – „Ukryta gra”

Drugoplanowa rola kobieca: Małgorzata Kożuchowska – „Proceder”

Drugoplanowa rola męska: Peter Sarsgaard – „Obywatel Jones” oraz Marcin Zarzeczny – „Supernova” i Jerzy Bończak – „Pan T.”

Scenariusz: Andrzej Gołda, Marcin Krzyształowicz – „Pan T.”

Debiut reżyserski / drugi film: Bartosz Kruhlik za film „Supernova”

Zdjęcia: Adam Bajerski – „Pan T.” oraz Jarosław Szoda, Arkadiusz Tomiak i Mikołaj Łebkowski za „Legiony” i Andrzej Jaroszewicz za „Mowę ptaków”

Montaż: Magdalena Chowańska – „Supernova”

Scenografia: Magdalena Dipont i Robert Czesak – „Pan T.”

Dźwięk: Sebastian Witkowski, Mateusz Adamczyk i Bartosz Putkiewicz za „Legiony” i Wacław Pilkowski, Kacper Habisiak i Marcin Kasiński za „Żelazny most”

Muzyka: Leszek Możdżer – „Ikar”

Charakteryzacja: Dominika Dylewska – „Pan T.”

Kostiumy: Magdalena Biedrzycka – „Pan T.”

Nagroda pozaregulaminowa:

najlepsza scena: toaletowy dialog Bieruta z Tyrmandem o blantach

Oceny filmów w skali 1-6

Boże ciało  5

Ciemno, prawie noc 2

Czarny mercedes 2+

Dolina bogów 2

Ikar 3+

Interior 2+

Kurier 2-

Legiony 3

Mowa ptaków 4

Obywatel Jones 4

Pan T. 5

Piłsudski 2

Proceder 4

Słodki koniec dnia 3-

Solid Gold 1

Supernova 5

Ukryta gra 3

Wszystko dla mojej matki 2

Żelazny most 3-

44. Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, 16-21 września 2019

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj