To, że „Hiacynt” w reżyserii Piotra Domalewskiego wg scenariusza Marcina Ciastonia i „Wszystkie wasze strachy” okazały się najciekawszymi filmami Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni to jedno. Ale to, że film Łukasza Rondudy i Łukasza Gutta był rekomendowany przez Radosława Śmigulskiego, szefa PIS(F)-u, to już absolutna rewelacja. Prawo i Sprawiedliwość przyzwyczaiło nas do, nazwijmy to najdelikatniej, jak można – niechęci do problematyki LGBT+, więc tegoroczna decyzja komisji selekcyjnej i rekomendacja wysokiego urzędnika rządzącej partii jest przyjemną niespodzianką. PiS kocha LGBT+? Tak daleko się nie posuniemy, ale też nie sposób nie zauważyć, że dzieją się rzeczy zaskakujące i w tym kontekście absolutnie nie dziwią zbliżenia na imprezie u Mazurka dziennikarza.

„Hiacynt” (ang. „Operation Hyacint”) opowiada o akcji służb bezpieczeństwa w latach 80., której celem była inwigilacja środowiska polskich gejów. W wyniku działań operacyjnych powstało 11 tys. „różowych teczek”, które służyły m.in. do szantażu. Mało znane, ale ważne fakty z historii najnowszej (ile jeszcze podobnych tematów czeka!) są tłem dla opowieści o odkrywaniu zakazanej miłości w czasach nienawiści. To oryginalny film inicjacyjny podany w konwencji thrillera. Inteligentnie rozegrane sceny akcji nie rażą naiwnością inscenizacyjną, co w przypadku polskiego kina gatunkowego jest wielką rzadkością i potwierdzeniem, że nawet z niewielkim budżetem można rozegrać sceny pogoni, które nie bolą (przykład negatywny chociażby „Najmro”). Domalewski pozytywnie zaskoczył, wyszedł z małego realizmu i psychologii stołowej, zrobił najlepszy film festiwalu. „Hiacynt” jest atrakcyjny wizualnie i ciekawy poznawczo, opowiada się po stronie humanistycznych wartości. Zawiera wiele smaczków, chociażby obsadzenie w rolach „nieprzyjemnych” typów ikon ruchu gejowskiego w Polsce: Mirosława Zbrojewicza (komendant stopujący dochodzenie) i Jacka Poniedziałka (dygnitarz, główny czarny charakter). Mam nadzieję, że oprócz głównych nagród, jury zauważy także w roli drugoplanowej Huberta Miłkowskiego (Arek).

Lgiebetka ci się urwała

Babcia do Daniela w filmie „Wszystkie nasze strachy”

Kwestia z tego filmu pretenduje do tekstu festiwalu, choć „Wszystkie nasze strachy” nie są tak wyrafinowanym artystycznie filmem jak dzieło Domalewskiego i Ciastonia. Kiepski scenariusz, brak koncepcji wizualnej (sic!), niezgrabności inscenizacyjne – zastrzeżenia można mnożyć, ale nie zmieni to faktu najważniejszego: to najodważniejszy i najbardziej kontrowersyjny film festiwalu, który powinien stać się przedmiotem licznych opinii i komentarzy. To także film manifest środowiskowy, w epizodycznych rolach grają postaci ważne dla ruchu LGBT+ i środowiska drag queen (m.in. Andrzej Szwan, czyli Lulla La Polaca, najstarsza polska drag queen). Dla wielu z nich zaszczytem i honorem był udział w tym bardzo ważnym filmie.

Po projekcji można zrozumieć ekscytację, z jaką przedstawiał Daniela Rycharskiego Łukasz Ronduda, mówiąc o nim, że jest bohaterem naszych czasów. Życie i twórczość (uśmiech) najsłynniejszego mieszkańca Kurówka to gotowy scenariusz na film

W odróżnieniu od Arka z „Hiacynta” Rycharski nie ma ochoty wyjeżdżać z kraju. Ekumenizuje i ewangelizuje polską wieś w sposób nadzwyczajny, szukając porozumienia między religią a LGBT+, inspirując się ideą bezreligijnego chrześcijaństwa stworzoną przez Dietricha Bonhoeffera. Bohater filmu prawie przez cały przebieg w dresie z tęczowymi taśmami na rękawach niczym ksiądz w sutannie, jest liderem oazy „Tęczowy Chrystus”, do której należy kilkoro młodych z mazowieckiej wsi Kurówek. Jedna z nich, Jagoda, popełnia samobójstwo, bo nie potrafi sobie poradzić z odrzuceniem i szykanami, jakie ją spotykają z powodu orientacji seksualnej. Wieś obwinia za samobójstwo dziewczyny Daniela, który chce zorganizować Drogę Krzyżową na cześć Jagody. Nikt się nie zgadza na udział, Daniel zostaje nawet publicznie pobity przez ojca (Andrzej Chyra, wcześniej ksiądz z filmu „W imię”). Rycharski, katolik bezreligijny, jak mówi o sobie w wywiadach artysta, szuka ekwiwalentu artystycznego dla zaistniałej sytuacji, powstaje praca „Krzyż”. Droga Krzyżowa z udziałem członków oazy, którzy przyjechali na wernisaż wystawy swego lidera, odbywa się w Warszawie. Na koniec instalacja „Strachy”.

Film zaprasza do dyskusji nad możliwością antyhomofobicznej ewangelizacji i roli sztuki awangardowej oraz nowoczesnego aktywizmu w życiu polskiej wsi. W szerszym wymiarze wątków znajdziemy o wiele więcej, choćby o komunikacji społecznej grup antypodycznych i nowego modelu chrześcijaństwa. To także film niepozbawiony kontrowersji. Największą z nich jest kwestia odpowiedzialności Daniela za śmierć Jagody. Próbując zmieniać świat, warto zwizualizować przed działaniem możliwe skutki. Lansowanie zbyt ofensywnych rozwiązań może przynieść opłakane rezultaty. Pamiętam jak ten wątek podjęli trójmiejscy przedstawiciele LGBT+, zarzucając Robertowi Biedroniowi zbyt ofensywne działania przy okazji promocji książki „Z Tango jest nas troje”:

Od 8:03

„Hiacynt” i „Wszystkie nasze strachy” są zwycięzcami tegorocznego festiwalu. Oświecone Jury może mieć problemy z odróżnieniem Tomasza Ziętka od Dawida Ogrodnika, ale nie będzie miało problemów z zauważeniem wyjątkowości tych dwóch filmów. Nie przeszkodzi w tym nawet lekko brudząca całość obu obrazów postać aktora Jacka Poniedziałka, bohatera osobnego rozdziału książki Igi Dzieciuchowicz o przemocowości w polskim teatrze.

Sho[r]t: Jak przestałem się martwić i pokochałem Grzegorza Wiśniewskiego

Ale spoko, Jan Englert, dyrektor Teatru Narodowego, zaproponował reżyserię Grzegorzowi Wiśniewskiemu, najbardziej obciążonemu zarzutami o przemocowość w polskim teatrze. Przecież Nic się nie stało…

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj