Mało się o tym mówi, ale budujące się w szalonym tempie miasto było przez pewien czas rajem dla wszelkiego rodzaju przestępców. Zbyt mała liczba policjantów i co najmniej pięciokrotna w ciągu 17 lat zmiana struktury organizacyjnej policji nie sprzyjały, łagodnie mówiąc, nadmiernemu przestrzeganiu prawa. Była to „zwykła” przestępczość kryminalna, ale bywały też i większe afery, szczególnie tam, gdzie fundusze państwowe zderzały się z całkiem prywatnymi interesami. Niewątpliwie największą taką aferą przedwojennej Gdyni była budowa poczty na ul. 10 lutego. Mało kto dziś o niej pamięta.

Poczta obecna była w Gdyni daleko przed jej miejskim żywotem. We wszystkich wsiach, które później złożyły się na miasto, funkcjonowały placówki pocztowe. Mamy na to świadectwa jeszcze z czasów przedznaczkowych, jak np. rejestracja przesyłki z 1835 r. z Małego Kacka do Pucka,

gdzie uwagę zwraca dość oryginalny zapis nazwy miejsca nadania – Mały Katz lub nieco późniejsza do Gdańska.

W czasie I wojny światowej znaczki pocztowe również nie zawsze były w użyciu, najczęściej zastępował je stempel pocztowy.

Po odzyskaniu niepodległości i decyzji o budowie portu oczywistym się stało, że  konieczne będzie zbudowanie poczty „z prawdziwego zdarzenia”, jako że w samej Gdyni ta mieszcząca się od 1882 r. w szkole przy Starowiejskiej (zbudowanym w 1836 r.) nie będzie mogła wypełniać wszystkich zadań, jakie przed nią staną. Gdzie zbudować nową pocztę? Zanim to rozstrzygnięto, czasowo wynajęto na potrzeby poczty budynek przy ul. Warszawskiej 11.

Czytaj artykuły z działu Gdyńskie, arcygdyńskie

Wybór miejsca nie wszystkim przypadł do gustu. W gazetach pojawiły się artykuły, w których zadawano zdumiewające nas dziś pytanie: Dlaczego główną pocztę umieszcza się za miastem?! W tym czasie to, co na zachód od torów kolejowych, to było „za miastem”. Ostatecznie jednak miano głównej poczty w Gdyni miało przypaść nowej inwestycji ulokowanej przy ul. 10 lutego. Dla nas ciekawostką może być fakt, że miał to być jeden z ostatnich budynków pocztowych budowanych zgodnie z XVIII-wieczną jeszcze metodą pomiarów odległości między różnymi miejscowościami. Odległość, np. od Warszawy do Gdańska, była mierzona od poczty głównej w jednym mieście do poczty głównej w drugim. To właśnie oznaczały odległości umieszczane na drogowskazach.

Budowa nowej poczty zaczęła się od… ustalenia terminu uroczystego otwarcia. Miało to nastąpić w 1929 r. Inwestorem było Ministerstwo Poczt i Telegrafów, którym kierował przyjaciel Piłsudskiego Bogusław Miedziński (po lewej).Ponieważ budowa tak dużego obiektu generowała tworzenie intratnych stanowisk, minister na szefa budowy wyznaczył swojego kolegę ze studiów inż. Edwarda Ruszczewskiego pomimo, iż nie miał on żadnego doświadczenia w tego typu pracach. Za to pensja była imponująca – 5 tys. zł. miesięcznie! Dla porównania pensja zawodowego majora to było niespełna 500 złotych. Szef inwestycji rozpoczął wydatki od… zakupu luksusowego samochodu.

Następnie sam powołał do życia firmę budowlaną, której udziałowcami byli: on sam, jeden z kolegów ze studiów i… poznany w pociągu inż. Machajski, o którego doświadczenia zawodowe nawet nie zapytał. Firma nie posiadała żadnego kapitału, ale wygrała przetarg, na który wadium ,wynoszące 30 tys. zł.  musiała pożyczyć od… Ministerstwa Poczt i Telegrafów!

Z placu budowy regularnie znikały materiały budowlane, które objawiały się potem w Orłowie, gdzie Ruszczewski i wspólnicy budowali sobie wille. W jednym tylko sezonie budowlanym zniknęły dwa wagony cementu, 110 m. sześć. drewna, pręty zbrojeniowe, zaś na rachunku bankowym Ruszczewskiego pojawiło się m.in. 50 tys. złotych jako „honorarium za konsultacje”.

Edward Ruszczewski

Wspólnicy uzgodnili powołanie do życia kolejnych firm, które miały wygrać przetargi na prace wykończeniowe, dostawy sprzętu itp. Wydatki na budowę daleko odbiegły od pierwotnie zakładanych. Zamiast planowanych 1 mln 600 tys. zł. wydane zostały 4 mln 800 tys. zł. Okazało się, że gdyńska poczta kosztowała dwa razy więcej, niż budynek Opery Paryskiej!

Zaalarmowany minister powołał dla zbadania sprawy specjalną komisję. Jednoosobową, złożoną z… inż. Ruszczewskiego! Dopiero kontrola NIK odkryła przed światem wszystkie nieprawidłowości i oceniła, iż budynek na ul. 10 lutego przepłacony został 10-krotnie! Sprawa trafiła do sądu. Nie od razy wprawdzie, bo dopiero w 1933 r., gdyż przyjaciele ze sfer rządowych robili wszystko, by jej ukręcić łeb.

Ruszczewski skazany został na 6 lat więzienia i zwrot skarbowi państwa 1 mln 496 tys. 963 złotych plus 8 505 kosztów sądowych. Minister Miedziński musiał odejść ze stanowiska. Sprawa była zbyt „gruba”, by nawet przyjaźń z Marszałkiem mogła mu pomóc.

Warto może wspomnieć i to, że dach na środkowej części poczty, niższy niż obecnie, do wojny służył jako taras widokowy i trybuna dla VIPów w czasie uroczystości, m.in. Dni Morza, kiedy to maszerowano ul. 10 lutego w kierunku Skweru Kościuszki.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj