Wbrew pozorom, które może sugerować tytuł, nie jest moim zamiarem opisywanie współczesnej nam rzeczywistości. Chodzi o wspomnienie budynku, zwanego stodołą, który miał wprawdzie krótki, ale jakże ciekawy żywot.

Rozwijająca się Gdynia nie mogła oczywiście pominąć tak ważnej dziedziny życia, jaką jest (była) kultura. Odbiorców nie brakowało, a ponieważ do Gdyni ściągał kapitał, nie brakowało także sponsorów. Rzecz w tym, że wszystkie organizowane przedstawienia robione były na zasadzie impresariatu. Nie było żadnego stałego miejsca, w którym mogłyby się odbywać. Planowano wprawdzie scenę na 1 500 miejsc w Domu Społecznym na Morskiej, ale jej otwarcie miało nastąpić w… listopadzie 1939 r.

Czytaj artykuły z działu Gdyńskie, arcygdyńskie

Niemcy, po zajęciu Gdyni, szukali miejsca, w którym można by organizować na stałe spektakle, co było zgodne z ich hasłem ,,Kraft durch Freude” (Siła przez radość). Innymi słowy – uznawali kulturę za nieodłączną część propagandy, a ta, jak wiadomo, ma bardzo ważne miejsce w życiu każdego zideologizowanego państwa. Zbudowali więc w 1942 r. pod Kamienną Górą taki oto budynek:

Budynek zwany nie bez powodu stodołą (po wojnie, rzecz jasna) zbudowany był wg panujących w III Rzeszy wzorów będących odmianą klasycyzmu czerpiącego inspiracje z architektury wiejskiej, a połączonego z wymaganym wtedy powszechnie utylitaryzmem. Niemcy odeszli, budynek został. Należało go wykorzystać tym bardziej, że jego wyposażenie techniczne było daleko bardziej zaawansowane niż niejednego prawdziwego teatru.

Już jesienią 1945 r. w budynku zainstalowano Teatr Miejski Komedia – wówczas jedyny zawodowy teatr na Wybrzeżu, do którego ściągnięto najsłynniejszych aktorów z kraju. Ciekawostką, jaką sam opowiedział, może być początek kariery Hermanna Brunnera, czyli Emila Karewicza, który miał miejsce właśnie w gdyńskiej stodole. Zgodnie z „duchem czasów” na stodole zawisły wizerunki „nowych wodzów”

Niezależnie jednak od sytuacji politycznej, życie teatralne nabierało rozpędu.

Pierwszą wystawioną po wojnie sztuką była „Moralność pani Dulskiej” w reż. Heleny Hałacińskiej. Szefowa teatru nie była „dobrze widziana” przez władze, więc już w roku następnym dyrekcję objął Iwo Gall, zmieniając przy okazji nazwę teatru na Teatr Miejski Wybrzeże w Gdyni. Występowali tu m.in: Bronisław Pawlik, Renata Kossobudzka, Barbara Kraftówna, Ludwik Benoit i in.

Po kilku latach „stodoła” stała się jedną z trzech scen Teatru Wybrzeże w Gdańsku, a na scenie pojawiały się takie tuzy jak: Edmund Fetting, Zdzisław Matlakiewicz czy początkujący wówczas Zbigniew Cybulski. Reżyserowali: Andrzej Wajda, Zygmunt Hübner i Konrad Swinarski. Wg powszechnej opinii był to wtedy jeden z najlepszych polskich teatrów (niektórzy twierdzili nawet, że najlepszy).

Kiedy „stodoła” stała stała się teatrem muzycznym? Okazuje się, że troszkę wcześniej niż się powszechnie sądzi i nie Danuta Baduszkowa była inicjatorką tej zmiany. Stało się to w 1957 r. za sprawą uchwały Rady Narodowej w Gdańsku, która ustanawiała Teatr Muzyczny w Gdańsku ze sceną w Gdyni. Baduszkowa została w nim zatrudniona jako reżyser w 1958 r. Inna rzecz, że to ona doprowadziła do jego rozkwitu i jej staraniem stał się on słynny na całą Polskę.

Budynek wymagał remontu i drobnych przeróbek, by dostosować go do nowej roli. Rozpoczęto prace w 1958 r., a na czas remontu oddano teatrowi budynek przy Bema, w którym obecnie mieści się Teatr Miejski. W sierpniu 1960 r. „stodoła” była już gotowa. Przypadek sprawił, że to w niej swą ostatnią rolę w sztuce „Drzewa umierają stojąc” zagrała Mieczysława Ćwiklińska. W nocy z 25 na 26 listopada 1960 r. „stodoła” spłonęła. Prawdopodobną przyczyną była wada instalacji elektrycznej.

Spłonęła doszczętnie, nie było już czego remontować, zapadła więc decyzja o rozbiórce. Tak zakończyła się krótka, bo 18-letnia historia budynku, w którym działo się tak wiele. Pozostało jedynie trochę fotografii, z których dziś możemy odgadywać, jak bogate było wnętrze niezbyt imponującego zewnętrznie budynku.

Miłośnikom historii Gdyni nie jest obcy fakt, że w czasie wojny na budynku teatru, nad wejściem, widniał – było nie było – pierwszy oficjalny herb Gdyni, z łodzią Wikingów (Gotów) i tarczami ozdobionymi swastykami.

Stodoła była jak cała Gdynia – młoda, a z historią tak bogatą, że pozazdrościć jej mogą zabytkowe budynki w o wiele starszych miastach.

1 KOMENTARZ

  1. Od najwcześniejszych lat dzieciństwa jawi mi się w pamięci obraz spalonego teatru, którego nie pamiętam sprzed pożaru (w dniu 25.11.1960 miałam zaledwie niespełna pół roku życia). Często jako kilkuletnie dziecko chodziłam w pobliżu zgliszcz spalonego teatru, które budziły we mnie grozę. Dlatego tez w pamięci utkwiło mi to zdarzenie……

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj