„Życie nieopisane nie istniało” – ten wygodny dla pisarzy, w rozmaitych wariantach przytaczany aforyzm, stawia wielkie wymagania przed twórcami. Paweł Huelle, zdaje się tej myśli przeczyć. Nie to bowiem ważne, by nasza doczesność została opisana, utrwalona, unieśmiertelniona, lecz ważne, jak została zapisana w naszej świadomości. Nie jest sztuką odtworzyć życie, jego rekwizyty, z nami w roli kukiełek. Sztuką jest tę szopkę ożywić i napisać dla niej nowy, scenariusz. Pawłowi Huellemu nie wystarcza już mniej czy bardziej linearna opowieść, gawęda okraszona towarzyskimi anegdotami. On chce być demiurgiem. Nie twórcą, a stwórcą. Ile trzeba posiąść pisarskiego kunsztu, by obudzić czytelników z letargu, w jaki popycha nas disco polo naszej powierzchownej kultury jednorazowego użytku. Na nieco ponad 50 stronach zahipnotyzować czytelnika, by prowadzić go manowcami indywidualnych losów tak, jakby to były losy nasze, to doprawdy niezwykłe kuglarstwo. Złe słowo? Może lepszym byłoby „mistyka”? Mistyka codzienności jako antidotum na mistyfikację homo sapiens w homo ludens i homo mercator?

Opowiadanie Huellego Talita z najnowszego zbioru opowiadań pod tym samym tytułem, to taka somnambuliczna podróż przez zwyczajność, które on swym piórem, ożywił i uwznioślił. To, o czym właściwie jest cala literatura, a więc życie, w jego niezliczonych wariantach, zostaje już na wstępie uświęcona oplatającą te opowiadania tajemnicą. Puste noce, zanikający, jeszcze czasami pielęgnowany na Kaszubach zwyczaj czuwania przy zmarłym w noc poprzedzającą pogrzeb, staje się przypowieścią o targających nami namiętnościach. Nie, nie bohaterów opowiadania: Maryjki, Bernatki, Reginy, Franka i dra Czaplewskiego, ale właśnie nas. To my stajemy się na czas lektury, a i długo, długo po, tymi wiedzionymi piórem demiurga kukiełkami. A gdzie jest autor, gdzie on się skrył? To poznajemy już w pierwszych zdaniach lektury, gdy czytamy o tajemniczym nieznajomym, który trafia do chaty Reginy i Franka: „Pierwsze, co ją zdumiało, to jego oczy. Orzechowej barwy, o łagodnym, ale pewnym spojrzeniu. Z lekka pofalowane, długie do ramion włosy. […] Nie jestem zakonnikiem, ani księdzem. Proszę mi mówić Michał. Po imieniu”.

Ten wędrujący ni to mnich, ni to wagabunda, jest reżyserem opisanego przez pisarza epizodu. Pewnie wielu rozpozna w nim Jezusa wskrzeszającego córkę Jaira magiczną aramejską formułą „Talitha cum” (Dziewczyno wstań!), ale jestem skłonny uważać tę tajemniczą postać za alter ego samego autora. Powie ktoś, że to zuchwałość, gnoza, ale czy wielka sztuka nie powinna być zuchwałą? To opowiadanie jest moim zdaniem wielką, metaliteracką przypowieścią i o naszym, ludzkim losie targanym namiętnościami miłości, tej reżyserki naszych losów, i o grzechu, a właściwie o groźbie kar, jakie z sobą niesie, wplątując nasze decyzje w nieustanny smutek niespełnienia. Tajemnicza postać milczącego mnicha to sam autor, który staje się jednocześnie i demiurgiem wskrzeszającym do życia postaci tego mini dramatu wielkich namiętności, i tego dramatu aktorem, bo czy ktoś, kto czytał zbiór bardzo osobistych wierszy pisarza ”Obłoki jasne nad Tobą” nie rozpozna jego rozterek w postaci Maryjki, obdarowanej talentem pisarskim, która w swojej kawalerce na gdańskiej Zaspie pisze: „Listy z dalekiego kraju”?

Gdzieś obok realnego życia bohaterów opowiadania toczy się drugie, alternatywne życie: Maryjki i Franka, Reginy, Bernatki, dra Czaplewskiego, wydobyte z ich podświadomości i ukazane przez demiurga-reżysera.

Akcja umiejscowiona jest na Kaszubach, dlatego podczas pustej nocy jedzą „kuchę”. Tu moja wątpliwość, czy nie jedzą „kucha”, bo tak przynajmniej słyszę, gdy mnie, osiadłego w lasach podkościerskich sąsiedzi częstują ciastem. Piją wódkę z podobizną prałata „Pro Patriae”. Też nie rozumiem, dlaczego nie „Pro Patria”, ale przychylam się do słów Dostojewskiego, który twierdził, że „Każdy autor ma własny styl, a co za tym idzie, własną gramatykę”. Te drobiazgi nie mogą zmienić faktu, że sam bym się chętnie napił, nawet jeśli „śmierdzi jak bimber drwala”.

Spróbujmy podsumować, co się właściwie wydarzyło, co próbuje nam ukazać i opowiedzieć autor. Podczas  misterium „pustej nocy” pojawia się tajemniczy wędrowiec. Nad zerkiem (trumną) dwunastoletniej Bernatki czuwają bliscy: matka Regina, ojciec Franek, ciotka Maryjka i nawet przez krótką, ale jak brzemienną w skutki chwilę, ów gość. Losy bohaterów, poznajemy w krótkich przebłyskach ich wspomnień. Po przybyciu na misterium dra Czaplewskiego, który próbował ratować Bernatkę z topieli, poznajemy też przebieg tragedii. Dowiadujemy się również o niechęci części miejscowej społeczności do doktora, co zaowocowało pijacką bijatyką wywołaną przez jednego z klientów doktora. Autor nieśpiesznie przesuwa przed naszymi oczami  kadry z drobnymi epizodami z przeszłości, jakby w jakimś somnambulicznym transie, stopniując napięcie, by doprowadzić do zaskakującego finału. Ten nieśpieszny tok narracji usypia naszą czujność i, być może, przy pobieżnej lekturze, wielu smaczków tej gęstej od ukrytych znaczeń prozy nie poznamy. Kto da się wciągnąć w tę grę autora-demiurga, być może zyska, lepiej rozumiejąc tajemnicę aramejskiego wezwania. „Talitha cum”.

Zastanawiałem się, czy ten zaskakujący finał byłby możliwy bez postaci tajemniczego przybysza i po co właściwie był on potrzebny autorowi. Zrozumiałem, że to przecież nic innego, jak metapoetycka opowieść nie tylko o życiu, ale i obrona literatury przed powierzchownym jej odczytywaniem. Postaci tego mini dramatu wielkich namiętności, żyją w jakimś letargu, tłumiąc w sobie własne pragnienia, tłumiąc namiętności. Czasem mam wrażenie, że oglądamy ich na filmowej stop-klatce. Czy przeżyte tragedie zmieniłaby cokolwiek w ich życiu? Wątpię. Wróciliby do swoich powtarzalnych czynności, powtarzalnych niespełnionych marzeń, drobnych grzeszków rozpalonej wyobraźni, gdyby nie interwencja demiurga, autora ukrytego pod postacią wędrowca, tego, który potrafi ożywiać, wyprowadzać z letargu udającego życie. Udającego codzienność spętaną wiarą w grzech, w poprawność, w codzienny rytuał. To też dramatyczne pytanie: gdzie się kończy nasza indywidualna wolność, gdzie przebiega granica chwytliwego hasła „Róbta, co chceta”. Tajemniczy przybysz wskrzesza Bernatkę, co prawda tylko w imaginacji Maryjki, ale zdaje się pocieszać, że śmierć jest tylko kolejnym etapem, przejściem do nowego. „Talitha cum”, zdaje się mówić nam autor, bądźcie wreszcie sobą – żyjcie! Bo życie to zbyt poważna i krótka przygoda, by ją marnować na jakiekolwiek, ustępstwa. A, że były to ustępstwa, poznajemy po gwałtownym dialogu Maryjki, pisarki, żyjącej życiem mniszki tłumiącej swoje uczucia, z Reginą, jej siostrą i matką tragicznie zmarłej Bernatki, a także żony Franka, która po pogrzebie wsiada do auta dra Czaplewskiego, by wraz z nim rozpocząć nowe życie. Owe wezwanie „Talitha cum” zostało zrozumiane nie tylko przez tę, do której zostało skierowane, chociaż i ona stroi się przed lustrem wybierając szaty na nowe życie.  To wezwanie skierowane jest do nas wszystkich. Wstańcie z klęczek. Ruszcie się. Żyjcie. Ożywienie przez autora-demiurga przynosi nieoczekiwaną zamianę miejsc. Czy też przyzwyczajeń, fobii, uzależnienia od środowiskowego wstydu? Na to pytanie nie otrzymujemy odpowiedzi, a alternatywna przyszłość bohaterów opowiadania wcale nie musi przynieść  ukojenia w ich smutkach. Smutek spełnienia może tak samo pętać nasze losy. A więc sytuacja bez wyjścia?

Autor na to niestety nie odpowiada.

Opowiadanie kończy się wielką „wiosną ludów”, próbą naprawienia tego, co śniło się senną wizją przedstawionym postaciom, a co przynosząc alternatywne zakończenie, czy przyniesie im wreszcie spełnienie i ukojenie? Szczerze wątpię, bo czyż tym wszystkim nie rządzi ten, który ma duży wpływ na pisarkę Maryjkę, czyli Pan chłodu? I czyż ten chłód to nie próba usprawiedliwienia się demiurga tej wielowątkowej opowieści z własnych wyborów?  Czy nie jest opowiadanie ostrzeżeniem i dla Maryjki, i dla tego, komu zostało zadedykowane, Adamowi Kamińskiemu, młodszemu koledze po piórze, przed tym, co być może czeka i jego, jeśli swój twórczy trud potraktuje poważnie? A czy warto podejmować ten trud, nie będąc o jego powadze przeświadczonym, nawet jeśli tym, czego można się spodziewać w zamian za ten trud, będzie „niepojęta, absolutna cisza”: „A dusza? Nie ta z bredni o czyśćcowym ogniu. Nie, dusza jest zawsze z ciałem. Choruje i rozkłada się jak ono, cierpi, odchodzi w niebyt, tyle, że znacznie dłużej trwa ta droga, na której końcu jest wreszcie absolutna pustka. Pierwsza zasada. Niepojęta, absolutna cisza”.

Zrozumienie potrzeby tej ciszy, czy nie jest przypadłością wieku dojrzałego? W radiowym słuchowisku Pawła Huellego „Przypadek dźwięku”, emitowanym na dwa dni przed premierą „Tality”, poznajemy alter ego pisarza, nijakiego Xyla, u którego właśnie zdiagnozowano owo schorzenie zwane „przypadkiem dźwięku”. Modne dzisiaj jest usprawiedliwianie własnej niemocy i niewiedzy, zasłaniając się medycznymi diagnozami, i nie wiemy na ile to starcza symulacja choroby, a na ile to zmęczenie opresyjną cywilizacją wszelkiego, dźwiękowego bełkotu. Także tego pisanego, bo słowo też jest dźwiękiem, który w umyśle słuchającego wytwarza coś, co w nadmiarze staje się opresją, gdy z upartą powtarzalnością wkracza w naszą strefę ciszy. Własnej, niepowtarzalnej, niezastąpionej.

Paweł Huelle kreuje siebie w tym opowiadaniu na demiurga, którym po trosze jest każdy twórca, tyle, że jeden stwarza dzieła wiekopomne, a inny, wzorem Wielkiego Poprzednika, reżysera, scenarzysty i inspicjenta w jednej osobie, coś tak spartaczonego, jak dzieło dnia szóstego pracy twórczej. Cóż, wtedy jeszcze nie znano wolnych sobót. Demiurg kojarzy się nam zazwyczaj z postacią demoniczną, kapryśną, wykorzystującą w świetle jupiterów swą moc. Na szczęście wiek zmienił gdańskiego pisarza w demiurga dobrotliwego, więc, początkowy tytuł tych moich zapisków: „Czytelnik w szponach demiurga”, zmieniłem, utemperowawszy szpony, w objęcia. Uważajmy jednak, bo i w objęciach demiurg potrafi, gdy trzeba, raz przytulić, raz przydusić, bo dobrze zna tezę Ciorana: „Dobroć nie tworzy, brakuje jej wyobraźni”. Dba więc Huelle o zachowanie właściwych proporcji. Może zresztą ta moja diagnoza i te domorosłe psychologizmy są nietrafne, a pisarz to nie tyle demiurg, a ponad olimpijska Trójca  trzech sióstr Mojr? Jako Kloto przędzie nić żywota – a opowieść też jest takim bytem samoistnym, jako Lachesis tej nici strzeże, zaś jako Atropos decyduje, kiedy ją przeciąć? Pisarz, ta Trójca Mojr, tka nici tego literackiego patchworka (korekto ostrożnie! Komputer, zapewne odziedziczył złośliwy charakter od jego właściciela i uparcie zmienia patchworka na poczwarkę) z namysłem dobierając kolor i wątek.

Ile w tym mądrego namysłu, a ile weny twórczej, wie tylko on sam. Ja mniej lub bardziej próbuję odczytać jego myśli, wierząc, że być może on sam nie zawsze rozumie co napisał i dlaczego. Wydaje się jemu, że pisze o życiu, a on, tu zacytuję Krzysztofa Kuczkowskiego, który w wierszu „O czym Pan pisze?”, tak opowiada o swojej pewnej przygodzie: „O czym pan pisze? / O życiu proszę pani / O życiu? / O życiu // O to pan nie wie / o czym pisze”.

Już widzę kwaśną minę autora, bo jeśli prawdziwa jest myśl bohatera innego z opowiadań tego zbioru Dzień biblioteki, Szaula, to: „Pisarze nie lubią cytatów innych pisarzy”.

Spotkałem się z opinią, że Paweł Huelle jest zbyt precyzyjny, jego weryzm rozprasza czytelników, usypia nadmiarem wiedzy, ale moim zdaniem nie wydaje się to być prawdą. To nie tyle weryzm lingwistyczny, ale wierność wobec świata i rzeczywistości jaką on, demiurg, stworzył w swojej wyobraźni. Po co opisywać coś, co może każdy sam zobaczyć, wyglądając oknem, a co wcale nas lepszymi nie czyni? Mając takie możliwości stwórcze (demiurg, Mojry) pisarz chce stworzyć nam nową rzeczywistość, poprowadzić w piękno czyste, oczyszczone z brudu naszych nie zawsze chlubnych namiętności, w myśl greckiego „kalokagathia”. Czy to za wiele? Dla czasów nowożytnych, gdy dobro i piękno uznano za odrębne wartości, pewnie tak, ale on, który nie raz deklarował, że jest człowiekiem Księgi, która niemało zawdzięcza myśli Greków, owa kalokagathia jest jedyną, właściwą formą naszego bytu.

Zachęcam do czytania nowej książki Pawła Huellego Talita. Nie, nie szybkiego przeczytania, ale właśnie takiego powolnego delektowania się pięknem frazy, formy i sensu. A jeśli tego nie znajdziemy, dajmy sobie trochę czasu, by dojrzeć i czytajmy Huellego jeszcze raz. I Jeszcze raz, aż do skutku. Warto!

Te moje dywagacje nie są wymądrzaniem się krytyka, bo dobrze przyswoiłem sobie słowa Karela Capka: „Krytykować, to znaczy przekonywać autora, że nie robi czegoś tak, jak ja bym to zrobił, gdybym potrafił”. To tylko łagodna perswazja nie nazbyt skąpego czytelnika, który wciąż nad książka Pawła Huellego przesiaduje, swoimi przemyśleniami dzieli się hojnie z każdym, komu bliska jest wielka literatura i kto zgadza się ze mną, że na szczęście, gdy nieprzyjazna nam nacja potomków terrorystów z Komuny Paryskiej szczyci się posiadaniem Houellebecqa, to my mamy Huellego. Nazwisko krótsze, ale myśl i talent sięga znacznie głębiej niż autora Republiki Islamskiej. Jak na razie rozpisałem się tylko o jednym z opowiadań gdańskiego pisarza, ale jeśli, gościnna, jak dotychczas, Redakcja Gazety Świętojańskiej wykaże się cierpliwością, to nie wykluczam, że do pisania o pozostałych opowiadaniach z tomu Talita wrócę.

Cdn.

Paweł Huelle, Talita. Społeczny Instytut Wydawniczy Znak 2020, 320 s. Data premiery: 30/9/2020.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj