Poezja upodobała sobie Jerzego Stachurę, skoro artysta z gdyńskiego Grabówka odpowiedzialnie, choć nieraz wbrew okolicznościom czy na przekór „ja”, stara się nie przegapić słów iskrzących na ostrzach życia i wrażliwości. Efekty tych starć zawiera także najnowszy tom Ślepy justunek, będący już trzecią książką poetycką Jerzego Stachury w ciągu ostatnich dwóch lat (poprzednie: Czyż nie pożycza się kwiatów, 2018; Wiersze, które zapomniałem napisać, 2019; wszystkie wydane przez Wąbrzeskie Zakłady Graficzne).

Autor zapisuje codzienność nie tylko dlatego, że należy to do obowiązków poety, lecz również w obronie własnej tożsamości: „Codziennie wiersz / ale nie każdy chcę zapisać / i nie każdym / przełamać się ze światem” (s. 22). Pamiętajmy, że pierwsza linijka omawianego zbioru brzmi: „Uskrzydliła mnie chwila wiersza” (s. 9). Tworzenie stymuluje życie, które pobudza do refleksji nad pisaniem, stąd tak wiele fragmentów autotematycznych, namysłu nad rolą artysty. Życie i pisanie zatem to dwie najważniejsze sfery działań ludzkich Jerzego Stachury, ściśle łączące się z wędrówką jako symbolem istnienia i pokonywania ciągnących się w nieskończoność etapów wiary i niewiary w świat: „jeśli już i dla mnie / wieczne żeglowanie / to niech ten wiersz – / na wiatr” (s. 38), „Wiersz może bym jeszcze wychodził / po ugorach i uroczyskach / w zachwycie” (s. 35).

Zatrzymajmy się przy tytule zbioru. Pochodzący z niego rzeczownik wiedzie nas do dziedziny poligrafii: „materiał zecerski w postaci prostopadłościennej płytki (ze stopu drukarskiego) bez oczka (wysokość do 20,301 mm), tworzący w składzie powierzchnie nie drukujące; służy do wypełniania (justowania) niektórych miejsc składu (m.in. odstępów między wyrazami, wierszami, kolumnami)”[1]. W tkance literackiej przez „justunek” można rozumieć niewidoczną, lecz niezbędną przestrzeń między słowami sankcjonującą wiersz.

Pisarz z Gdyni „wyraża” swój ból i śmiech wewnętrzny poprzez trzy media: „piszę wiersze / maluję obrazy / czasami zagram na gitarze” (s. 10). Kolejność (hierarchia?): literatura (on: poeta) – malarstwo (on: malarz) – muzyka (on: bard) nie jest przypadkowa, choć mogła zostać zanotowana podświadomie, skoro nawet własne istnienie podlega relatywizacji: „Żyję tak / jakbym tu był zawsze / i nigdy” (s. 10). I nie widzę w powyższej frazie jedynie bardzo zgrabnej metafory, ale prawdziwą spowiedź, rozwiniętą w innych frazach o sile egzystencjalnej: „Nie kłóciłem się ze światem / a nawet był mi po drodze: // ja wlokłem się do śmierci / on pędził ku zagładzie” (s. 18), „Opiekuję się sobą / jak psem potrąconym przez życie” (s. 19), „wciąż nie wiem / czy jeszcze szukam sposobu na życie / a może już tylko wiary / na śmierć” (s. 48), „próbuję oswoić pająka / który czarne myśli / plącze mi przed snem” (s. 39), „wciąż chmury ołowiane / nad moją głową” (s. 62). Rozważania o śmierci jak zawsze u Jerzego Stachury są usytuowane w kontekście poczynań i zachowań twórczych: „może jeszcze jeden wiersz / obraz piosenka” (s. 51), „W moich planach na przyszłość / nie ma śmierci – / jest ostatni obraz / ostatni wiersz / jakaś piosenka na pożegnanie” (s. 59).

Odnoszę wrażenie, że autor wreszcie odnalazł powołanie, idealnie odpowiadające stężeniu jego krwi w obecnym stanie ziemskiego bytowania. Po wielu latach poszukiwań „ja”, odzyskiwanych nadziei i natrętnie gnębiących rozczarowań, biegu w znane i obce strony wreszcie mógł uwolnić duszę poetyckiego kreatora. Sam świat zaokienny to jednak za mało na tak drapieżny głód literacki: „Widok z okna / już mi nie wystarcza” (s. 11), choć nie zawsze dola jest łaskawa, nie zawsze „dzieje się” wiersz: „Za dużo słów o poranku / ciężkich jak kamienie / abym mógł dzień uskrzydlić / wierszem” (s. 12). Także malowanie przeistacza się w poligon, sprawdzian wytrwałości i pokory: „Męczy mnie obraz od miesiąca – / ręka nie słucha głowy” (s. 14), bo prawdziwa sztuka jest oczekiwaniem, któremu towarzyszy dynamizm myśli. „Nakładam kolejne warstwy / wiary i nadziei / i już tylko rzeźbię / w błocie” (s. 21). Przychodzi i chwila pozornego u(spo)kojenia: „znów nie ma we mnie / drapieżnych wierszy” (s. 20), a tylko „drapieżne wiersze” potrafią wyjawić gorycz, żółć i ból, gdy w otwartą ranę sypiemy sól: „I wciąż nie wiem dlaczego / zła chwila / tak często niesie wiersz” (s. 34).

Jerzy Stachura to także twórca mitologii Grabówka, dzielnicy Gdyni, gdzie poezja miesza się z piwem, zapachem nocy i nieba. Otrzymujemy konkretne sygnały topograficzne: ulice Mireckiego, Morskiej, „brama u Kwaśniaka” (s. 17). Na pierwszym planie widzimy przede wszystkim „chłopaków z Grabówka” lub ich cienie: „Już niewielu nas zostało / pięknych poetów z Grabówka” (s. 17), „cienie chłopaków z Grabówka / jeszcze dzisiaj / przesłaniają mi światło” (s. 19). Uproszczeniem byłoby nazwać obrazki z Grabówka sentymentalną podróżą do miejsc i kolegów. Utwory te przecież odkrywają słodko-gorzką prawdę o przeznaczeniu, o „piętnie” Grabówka jako genius loci:

Może to nie koniec
przecież chłopaki z Grabówka
nie umierają w łóżkach
ale jak kolorowe żagle
odpływają na zawsze
za martwy horyzont
(s. 38). 

Twórca jawi się jako człowiek doświadczony przez los i innych ludzi, a przez to znający sens świata i jego barwy. Bez wątpienia na swoje wiersze zapracował całym życiem, dlatego może wyznać bez bufonady czy kabotyństwa: „Tak mało o sobie wiem / a rozpowiadam siebie” (s. 29). Wyrażone zwątpienie każe zadać pytanie:

Skąd we mnie wiersze
przecież prawdziwy poeta
tak nie wygląda
czuje i myśli inaczej
a swoje wiersze
unosi nocą do gwiazd
Ja tylko rano
zbieram je z ulicy
(s. 25).

Oprócz niepewności mamy do czynienia z „tłumaczeniem” genezy twórczości. Omawiana liryka została wychodzona po ulicach miasta, wystana w ciemnych zaułkach i bramach, wysiedziana na ławkach w parku. Autoportret psychologiczny bohater uzupełnia w innych utworach: „sam siebie nie zbawię – / za dużo piekła we mnie” (s. 46), „Trudno pogodzić się ze światem / kiedy miłość już mieszam z nienawiścią / i pięściami głaszczę gołębie” (s. 43), „Może i mogłem żyć inaczej / Ale kto kochał bardziej / niech pierwszy rzuci we mnie / wierszem” (s. 42). W zarysowanej aurze doskonale mieści się motyw alter ego, odbicia: „Stoję przed sztalugą / jak przed lustrem // Patrzę w białe płótno / i przegrywam z sobą / w walce na spojrzenia” (s. 53). Zacytowany liryk dotyka strefy malarskiej, która egzemplifikuje ogólne pragnienie poznania siebie: „znów boję się człowieka / który dzisiaj / napisze za mnie wiersz” (s. 36).

Jerzy Stachura na pewno nie jest tylko poetą-rejestratorem powszednich, zwykłych zdarzeń, lecz przerodził się w mistyka codzienności, który za pomocą kilku, kilkunastu słów przechwyconych w wierszu zgłębia całą bolesną niewiedzę o sobie i świecie.

Jerzy Stachura, Ślepy justunek, Wąbrzeskie Zakłady Graficzne, Gdynia – Wąbrzeźno 2020, ss. 64.


[1] „Justunek” [hasło], [w:] https://encyklopedia.pwn.pl/haslo/justunek;3918680.html – dostęp 11 września 2020 roku.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj