Budowa portu w Gdyni przez odrodzoną Rzeczpospolitą dziś wydaje się rzeczą oczywistą, przyjmowaną bez dyskusji. Problemy i niejasności prawne dotyczące Wolnego Miasta Gdańska powodowały, że Polska musiała mieć własny port, zależny jedynie od niej. Port w Gdyni trzeba było zbudować. Ale dlaczego w Gdyni?

Wszelkie argumenty wydawały się świadczyć za nią, ale warto wiedzieć, że nie wszystko dla wszystkich od początku było takie oczywiste. Przekonanie rządu i naczelnika państwa wcale nie było wolne od trudów i starań. Piłsudski, który w czasie rokowań wersalskich nie zabierał głosu w sprawie dostępu Polski do morza, a trzynasty punkt planu Wilsona pozwalał mu snuć marzenia o polskim porcie w Rydze bądź jakimś miejscu Inflant, na Pomorze Gdańskie nie patrzył zbyt łaskawym okiem.

Znane jest z literatury fachowej oburzenie admirała Porębskiego, który usłyszał od Naczelnika kilka bardzo niepochlebnych zdań na temat wybranej przez T. Wendę Gdyni. Naczelnik mówił, że „Gdynia to tylko kupa błota, która tam była i zawsze będzie”. Pewnie dlatego Piłsudski ma dziś pomnik przed Urzędem Miasta.

Jeśli jednak nie Gdynia to co? Jakie argumenty padały za wyborem innego miejsca na polski port morski? Niektóre z pomysłów były dość niezwykłe.

Czytaj artykuły z działu Gdyńskie, arcygdyńskie

Pomijając koszty przedsięwzięcia realizowanego w najpłytszym miejscu Zatoki Gdańskiej zdziwienie musi budzić fakt, że nie brano w tym projekcie pod uwagę naturalnego, wyjątkowo głębokiego toru wodnego, jaki znajduje się w okolicach Gdyni. Największe szanse w początkach dyskusji sejmowej miała jednak nie Gdynia, a… Tczew.
Tczew portem morskim? Jak najbardziej.

Inż. Tilinger, twórca tego projektu, brał bowiem pod uwagę nie sam port morski jako taki, ale jego połączenia z portami Morza Czarnego, co miało stworzyć Polsce nowe możliwości handlowe. Takie zaś połączenia mógł dać tylko port leżący nad jedną z wielkich rzek, w tym wypadku Wisłą.

W sprawę Tczewa zaangażowało się wielu warszawskich polityków, którym słowo „kresy” i Morze Czarne ze względów czysto historycznych rozpalało wyobraźnię. Inż. Tilinger zaprojektował schemat sieci kanałów niezbędnych do zrealizowania tej koncepcji.
Za projektem optował m.in. marszałek sejmu Trąmpczyński, który potrafił urządzić karczemną awanturę zwolennikom portu w Gdyni. Korzystał przy tym z poparcia Naczelnika Państwa.

Lokalizacja portu w Tczewie miała jeden poważny mankament. Od morza oddzielało go terytorium Wolnego Miasta. Argumentowano wprawdzie, że zgodnie z międzynarodowymi traktatami Gdańsk musi umożliwić Polsce swobodny dostęp do Bałtyku, ale codzienna praktyka dowodziła, że z wypełnianiem zapisów traktatowych bywało różnie. Gdańszczanie potrafili np. stawiać na ich odcinku Wisły (i przekopu) fałszywe oznakowania tak, że statki płynące z Polski wpadały na mielizny, dość liczne w tej części rzeki. Ostatecznie zwyciężyła więc Gdynia.

Nie oznaczało to jednak końca działalności lobby tczewskiego. Równolegle z budową w Gdyni pracowali oni nad powiększeniem i unowocześnieniem pod względem wyposażenia technicznego rzecznego portu w Tczewie. Był nawet moment, w którym urządzenia do przeładunku węgla w Tczewie były bardziej wydajne, niż te pracujące już w Gdyni.
Konkurencja była bardzo zacięta.

Pomorze objeżdżał np. pan Klejnot Turski, działacz Polsko-Bałtyckiego Towarzystwa Handlowego i Transportowego, namawiając obywateli do poparcia idei portu w Tczewie. Powołano w tym celu nawet Komitet Propagandy dla portu morskiego w Tczewie! Poniekąd dopięli swego, bo 20 czerwca 1926 r. odbyła się wielka uroczystość… otwarcia portu morskiego w Tczewie. Brał w niej udział m.in. minister Kwiatkowski, a udziałowcami portu były m.in. śląskie kopalnie węgla. Nieco przed oficjalnym otwarciem, bo 26 marca 1926 r., z Tczewa wypłynęły, wioząc węgiel do Danii, dwa niemieckie transportowce – „Ulk” i „Bazar”. Towarzyszył im jacht, na pokładzie którego płynęli do Kopenhagi tczewscy oficjele. Co ciekawe, podobny pogląd na znaczenie Tczewa mieli Niemcy. W czasie II wojny dr Lamprecht opracował tajny dokument o budowie i rozbudowie portów wiślanych.

W tym projekcie Tczew zajmował niepoślednie miejsce, a jego projektowana wielkość niemal dorównywała Gdyni.

Znaczenie portu morskiego nie tylko dla konkretnego miasta, ale i całej jego bliższej i dalszej okolicy powodowało, że walka była tak zawzięta. To była wielka szansa, z której nikt nie zamierzał rezygnować. Trzeba przyznać, że ostateczne zwycięstwo Gdyni w tej rywalizacji świadczy o zdolności decydentów do myślenia realistycznego, niezależnie od własnych sympatii i sentymentów. Chciałoby się tak zawsze.

Zresztą plany co do Gdyni też zmieniały się z czasem. Nie wszystkie zrealizowano, a przyznać trzeba, że niektóre bywały nader ciekawe.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj