Każdy przebywający w Gdyni widzi od razu jak nierówny teren obejmuje miasto. Co najmniej połowa dzielnic Gdyni leży na wzgórzach. Różnice poziomu  zaczynają się jeszcze na plaży, a kończą … no właśnie – gdzie?

Rzut oka na plan terenu pokazuje nam, że najwyższym wzniesieniem na terenie miasta jest góra Donas licząca sobie ok. 206 m. n.p.m. Jak na niewielką ilość kilometrów w linii prostej od brzegu morza to całkiem sporo. Na tyle sporo, że wypływająca spod ziemi na Zachód od  Donasu rzeka Kacza zaliczana jest przez geografów do rzek … górskich.  Jej wycieki, bo trudno to nazwać źródłami, znajdują się na wysokości ok. 170 m przy długości 14,5 km, co decyduje o takim jej zakwalifikowaniu.

Gdynianie: Pomożecie? Zbieramy na książkę o Gdyni!

Wracając do Donasu. Dojechać tam łatwo albo linią 24 do pętli, albo 23 i R do dawnej giełdy towarowej i następnie udać się do lasu w stronę północną. Już po drodze czekają nas niespodzianki. Na sporej wysokości spotykamy stawy i bagienka.

Niewysychające stawy świadczą o składzie geologicznym podłoża. Znajdująca się w nim glina nie pozwala wodzie wsiąknąć nawet w najgorętsze dni. Jeśli ktoś lubi spotkania z duchami, musi wybrać się tam nocą. Bagniska emitują wówczas opary, które mogą nasuwać na myśl różne skojarzenia.

Na szczycie góry znajduje się wieża widokowa o wysokości 26 m, a więc możemy stamtąd spojrzeć na Gdynię z łącznej wysokości 232 m.

Najciekawsze jednak miejsce zobaczymy, schodząc ze szczytu góry w kierunku północnym. Napotkamy tam zapomniany nieco cmentarz ewangelicki, który w ostatnich latach odwiedzają jednak miłośnicy historii Gdyni, a także uczniowie szkół z Dąbrowy.

I tu zaczyna się ciekawa historia. Dla miłośników minionych dziejów wręcz przygoda. Cóż to za cmentarz? Kim byli leżący  na nim ludzie? Zachował się tylko jeden opisany grób, ale nawet on niewiele nam powie.

Wracając z cmentarza w kierunku pętli trolejbusu 24, dostrzeżemy w mijanym lesie … drzewa owocowe. Wyraźny znak, że w tym miejscu musiała być kiedyś ludzka osada. I była.
W latach 1801–1803 Prusacy sprowadzili na te tereny osadników z Badenii Wirtembergii z zamiarem spożytkowania słabo zaludnionego miejsca, a jednocześnie by wzmocnić żywioł niemiecki na terenie, który charakteryzował się największym w okolicy procentowym udziałem ludności kaszubskiej i polskiej, co pokazywały nawet oficjalne mapy.

Należy jednak od razu zaznaczyć, że nie były to jeszcze czasy Hakaty – ci ludzie nikomu nie odbierali ziemi, nie wykazywali żadnych nieprzyjaznych zamiarów wobec tubylców. Wręcz przeciwnie – ponieważ wśród nich byli także katolicy, dość szybko wytworzyły się między starymi i nowymi mieszkańcami stosunki na tyle dobre, że już w drugim pokoleniu małżeństwa pomiędzy nimi były na porządku dziennym. Ponieważ mówimy o cmentarzu, trzeba dodać, że katolików z Donasu  chowano początkowo w Chwaszczynie, potem także w Dobrzewinie, a kilka z nazwisk osadników znajdziemy nawet na starym cmentarzu w Rumii.

Osada zwana czasem Kolonią rozrzucona była wokół szczytu góry, zaś nieco na wschód od niego zlokalizowana była szkoła dla dzieci osadników. Spłonęła w 1886 r., dziś jej pozostałości odnajdywane są w jednym z okolicznych gospodarstw.

Zagadkę nierozwiązaną do dziś stanowi sama nazwa góry. Nie wiemy skąd się wzięła, choć hipotez na ten temat stworzono już kilka. Sprawę utrudnia fakt, że w książkach niemieckich od 1829 r. opisywano górę jako Donasberg, a po 1832 już jako Dohnasberg.  Różnica sprawiała, że powstawały przypuszczenia, iż nazwę nadano na cześć zwycięstw jednego z członków rodziny zu Dohna w minionych wiekach na tym terenie. Przez cały niemal wiek XIX obie formy występowały równolegle. Bywały i próby bardziej prozaicznego wyjaśnienia, jak to robił m.in. F. Lorentz.

Były też, całkiem prawdopodobne, przypuszczenia, że nazwę przywieźli ze sobą osadnicy, ale jak na razie nikt nie potrafił wskazać podobnej na terenach skąd oni pochodzili. Zagadka nazwy wciąż czeka na tego, kto ją rozwiąże.

Mówiąc o wzajemnych stosunkach osadników z miejscowymi, warto wspomnieć syna A. Leibrandta, którego grób widzimy powyżej, a który udzielając wywiadu w latach 70-tych XX wieku „Głosowi Wybrzeża” mówił o sobie per „my, Kaszubi”. Niezwykłe? Nie do końca. Uczeni w szkołach dość uproszczonej historii mamy w głowach mechanizm wynarodowienia Polaków i Kaszubów, nie wiemy natomiast, że zachodził równolegle proces wręcz odwrotny. Pod Dohnasbergiem widać to aż nadto wyraźnie. Opublikowane swego czasu przez p. J. Kąkola statystyki zmian w zakresie etniczno-wyznaniowym pokazują ten proces jak na dłoni.

Na cmentarzu pod szczytem mamy jeszcze jedną ciekawostkę. Brałem kiedyś udział w prowadzonych tam poszukiwaniach i jedną z rzeczy, które rzucały się od razu w oczy, były numerowane cegły leżące w pobliżu krzyży nagrobnych.

Sprawdzając położenie ich większej ilości i miejsc, gdzie zostały znalezione, odtworzono cały system numeracji miejsc na cmentarzu.

O górze Donas można by długo, bardzo długo. To, co pokazałem czytelnikom, to tylko wierzchołek, nomen omen, góry, która czeka na swoich badaczy i odkrywców. Jeśli komuś się wydaje, że na świecie nie ma już niczego do odkrycia, to zapewniam, że jest takich miejsc i spraw wiele. A jedna z nich właśnie w Gdyni.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj