Kilka refleksji o wystawie „Andrzej Umiastowski. Obrazy”.

Malarstwo Andrzeja Umiastowskiego „wszyscy znają” i „prawie wszyscy” (uśmiech) lubią i kochają. Otwarta w Państwowej Galerii Sztuki w Sopocie wystawa to realizacja jednej z najważniejszych misyjnych ścieżek działalności galerii miejskiej, czyli godna realizacja powinności, jaką jest prezentacja twórczości lokalnych artystów. Przyszedł więc czas i na Umiastowskiego, jego wystawa to wydarzenie artystyczno-towarzyskie, na wernisażu byli prawie „wszyscy”, było tłumnie i serdecznie.

Do 6 października możemy oglądać 47 prac z lat 1995-2024 i jedną z wcześniejszego okresu („Autoportret z czasów szkolnych”, szary papier, węgiel, kreda). Oprócz młodzieńczej pracy większość to olej na płótnie i chyba kilka na desce (opisy są skromne i zawierają tylko tytuł oraz datę powstania lub „ujawnienia”? – w dwóch przypadkach występują różne daty na obrazie i karteczce informacyjnej). Najwięcej jest prac tegorocznych.

Malarstwo zaprezentowane na I poziomie PGS-u jest bardzo konsekwentne. Składają się na nie m.in.:

a/ deformacja ciał albo żart z figuratywizmu ze szczególnym zamiłowaniem do rubensowskiego potraktowania pośladków kobiecych – pupy wszędzie są potężne (uśmiech),

b/ obecność ludzi na wszystkich pracach z wyjątkiem „Czarnych indyków” i „Butów”, ale ten drugi to „sprawa” absolutnie osobna,

c/ umiłowanie Breughla,

d/ endemiczny vintage (umiłowanie do starych przedmiotów: łyżew przykręcanych, starych nart, teczek, elementów garderoby i bielizny),

e/ koty (raz jest pies, raz pies z kotem, ale to chyba „wypadki przy pracy” – uśmiech),

f/ niewytłumaczalne i tłumaczenia niewymagające, bo wtedy zniknie czar, nostalżi,

g/ i coś jeszcze na pewno.

Moje ulubione z tej wystawy: „Szach Mat” (wręcz gargantuiczny jak na Umiastowskiego), oba łazienkowe, „Dzień Kobiet”, „Nieproszona do tańca” i „Para w łóżku, ale, co rzadkie, nie było ani jednej pracy, której obecność by mi przeszkadzała – to rzadkość niebywała (uśmiech).

Od zawsze, kiedy myślałem o Andrzeju Umiastowskim, przybiegał do mnie prawie równocześnie Waldemar Marszałek i… odwrotnie. To dla mnie najpopularniejsi „malarze popularni”, od lat tworzący rozpoznawalne dzieła (gwoli formalności tylko: Marszałek miał nietypowy okres „dziki”), przyjemne dla oka i tworzące pozytywną atmosferę. Co ciekawe, ich notowania aukcyjne są zbliżone, a wylicytowane kwoty zdecydowanie przystępne. Ceny z aukcji dostępne na stronie onebid.pl opiewają na max. 3 500 euro, ale „małego” Umiastowskiego można było trafić już za ca 1 000 euro, choć to rzadka cena. Marszałek jest trochę tańszy (zobacz tutaj).

Andrzej Umiastowski. Obrazy, 6.09-6.10.2024, Państwowa Galeria Sztuki w Sopocie

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj