Kolejny spacer po Gdańsku – tym razem nieprzypadkowo przed jutrzejszą Galą Pomorskiej Nagrody Literackiej „Wiatr od morza”.

Gdańska tożsamość

Gdańszczanie są dumni ze swojego miasta. I bardzo słusznie. Tyle że czasem mówią o tym ze swoistym poczuciem wyższości, co naraża ich nie tylko na krytykę, lecz także na złośliwe uwagi kwestionujące ich przynależność narodową.

Dyskusje z rewizjonistami czy resentymentalistami wydają mi się jałowe, ale w trakcie spacerów po Głównym Mieście niejednokrotnie zadaję sobie pytanie, jaki właściwie jest Gdańsk. Polski? Niemiecki? Niderlandzki?

Z podziwem myślę o tych, którzy odbudowywali miasto po II wojnie światowej. Według historyków 66% zabudowy miejskiej legło w gruzach. Skala zniszczeń wojennych w śródmieściu to 90%. „Coraz trudniej nam zdać sobie sprawę, gdzie jesteśmy. Dookoła ruiny i ruiny. Olbrzymia masa domów pali się i żar ich dochodzi do nas, zmieszany z odorem trupów, swędem spalenizny. Droga wiedzie nie po asfalcie czy bruku, lecz po zwałach cegieł” – to słowa naocznego świadka, Stanisława Strębskiego, cytowane przez Wiesława Gruszkowskiego (Zniszczenia Śródmieścia Gdańska i początki odbudowy w pracy zbiorowej Gdańsk 1945 pod redakcją Mariana Mroczki).

Gdańska starówka jest zatem nazwą umowną, bo prawie wszystko wzniesiono w niej na nowo. Ale do jakich wzorców mieli się odwołać ci, którzy podjęli dzieło rekonstrukcji? Do tych z roku 1939? A może wcześniejszych? Który Gdańsk – z którego okresu w dziejach – był najbardziej gdański?

O tym, jak kształtowały się koncepcje konserwacji i odbudowy, pisze w swej książce Marcin Gawlicki (Zabytkowa architektura Gdańska w latach 1945–1951). Opowiada w niej o ludziach, którzy wygnani z rodzinnych stron, ratowali nie swoje dziedzictwo. I czynili to z pasją i oddaniem, wbrew trudnościom, jakich nastręczało nie tylko samo dzieło odbudowy, lecz także zmagania z nową władzą, która przybrała miano ludowej. Granice były już ustanowione, a Gdańsk – jak mnie uczono w szkole – wrócił do macierzy, toteż władza oczekiwała, że odbudowane miasto każdym budynkiem i detalem architektonicznym zamanifestuje swoją polskość, choćby wbrew faktom historycznym.

A przecież po zakończeniu wojny wielu jeszcze pamiętało Wolne Miasto Gdańsk, Freie Stadt Danzig, autonomiczne miasto-państwo pod ochroną Ligi Narodów. I jakkolwiek Polacy należeli w nim do mniejszości, to wymowna jest okładka powieści Paula Enderlinga z 1924 roku, Die Glocken von Danzig.

„Umieszczone tam przedstawienie ukazuje zmagania gdańszczanina, którego identyfikuje proporzec przy włóczni, z niewątpliwie polskim, białym orłem w koronie. Drapieżne ptaszysko szeroko rozkłada skrzydła i szpony, pragnąc pokonać gdańskiego obrońcę, ten jednak dzielnie odpiera atak, stojąc twardo na konturowo zarysowanym brzegu, w którym można chyba dopatrzyć się ogólnego podobieństwa do kształtu nadbałtyckiego wybrzeża u ujścia Wisły. Agresywnego, ostrego wyrazu przydaje obrazowi redukcja kolorystyczna – projekt opiera się na wyrazistych plamach bieli, czerni i czerwieni” – tak z właściwą sobie swadą pisze Jacek Friedrich, który ten motyw graficzny wykorzystał również na okładce swojej książki.

Walka obrazów traktuje o tym, w jaki sposób dzieła sztuki (a właściwie wszelkie wytwory kultury wizualnej) uczestniczyły w zmaganiach ideowych, ideologicznych i politycznych. To nie tylko obrazy, grafiki czy rzeźby, lecz także pocztówki i znaczki pocztowe, banknoty, rozmaite druki urzędowe, plakaty, fotografie prasowe oraz ilustracje w książkach. Możliwość ich upowszechniania w dobie technicznej reprodukcji sprzyjała osiąganiu celów propagandowych, zarówno wśród odbiorców niemieckich, jak i polskich, w Wolnym Mieście, w Rzeszy i w Rzeczypospolitej. Ta walka dotyczyła również architektury, w tym restauracji i konserwacji zabytków, no właśnie – polskich, niemieckich czy niderlandzkich?

Przerwał ją rok 1939. Na niemieckim plakacie propagandowym promienie słoneczne oświetlają kościół Mariacki – „Gdańsk jest niemiecki”, zgodnie z wolą Opatrzności.

„Kościół Mariacki? Wyspa Spichrzów? Na zdjęciach z trudem rozpoznawałem dobrze znane miejsca: ulica Mariacka, Ogarna, Okopowa, ale te ulice nazywały się inaczej: «Frauengasse», «Hundegasse», «Karenwall», i całe były obwieszone sztandarami ze złamanym krzyżem. Złota Brama? Czarna limuzyna? Hitler jedzie Długą? Zatrzymuje się przed Dworem Artusa? Wysiada? Tłumy pozdrawiają go wyciągniętą ręką? Nie mogłem oczu oderwać. Miałem przed sobą najprawdziwsze szwabskie gazety z prawdziwego szwabskiego papieru i z prawdziwymi szwabskimi literami! I te daty! Aż musiałem dotknąć palcami: 1934, 1937, 1939, 1941! Nie dość, że wszystko prawdziwe, to jeszcze na ścianach mojego pokoju! Stojąc przy Ojcu na stole, patrzyłem na tytuły, reklamy firm, ogłoszenia, na zarządzenia gauleiterów, drukowane czarnym gotykiem, które pleniły się na ścianach jak  czarny bluszcz…” – to fragment kursu archeologii pamięci z Krótkiej historii pewnego żartu Stefana Chwina.

Nienawistne znaki, symbole i litery. Nienawistne rzeczy. Ale czy naprawdę rzeczy cokolwiek tu zawiniły? Czy tylko zostały skażone złowrogim symbolem? A może by je tak odczarować, oddzielić ich rzeczowe i rzeczywiste bytowanie od świata znaczeń ideologicznych?

Takie pytanie zadała Kora Tea Kowalska na drugim spotkaniu „Szkoły uczuć – seminarium ze zmysłów”. Te spotkania w gdańskiej Świetlicy Krytyki Politycznej, których pomysłodawcą i prowadzącym jest Filip Szałasek, przypomniały mi, że poznaję i przeżywam świat wszystkimi zmysłami, multisensorycznie. Co prawda wzrok zdominował moje poczucie gdańskiej tożsamości, oparte głównie na przedstawieniach wizualnych, ale może pomyślę też o innych zmysłach.

Źródła wykorzystane:

https://terytoria.com.pl/783-zabytkowa-architektura-gdanska-w-latach-1945-1951.html

https://terytoria.com.pl/1015-walka-obrazow-przedstawienia-wobec-idei-w-wolnym-miescie-gdansku.html

https://pl.wikipedia.org/wiki/Wolne_Miasto_Gda%C5%84sk#/media/Plik:Nazi_World_War_II_poster_Danzig_is_German.jpg

https://www.facebook.com/events/527550021346204/

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj