Piątkowy koncert Marii Peszek w Gdańskim Teatrze Szekspirowskim w ramach drugiej trasy promującej płytę „Ave Maria” był z pewnością ciekawym wydarzeniem.

Płyta „Karabin” (2016) była potwierdzeniem ogólnie znanej prawdy, że niezwykle trudno jest przeskoczyć życiówkę. Taką dla Marii Peszek była z pewnością trzecia płyta „Jezus Maria Peszek”, jedna z najważniejszych w historii polskiej wokalistyki a na pewno jedna z najważniejszych polskich płyt XXI wieku. O Marii Peszek napisano już wszystko, dla mnie to w największym skrócie rewers polskości, zakładając, że awersem jest Kazik.  Piosenki hymny na najważniejsze tematy współczesne, świeża metaforyka, oryginalne połączenia językowe, odważne deklaracje, pod którymi z pewnością podpisuje się wiele osób. Nie tylko kobiet, choć Peszek jest ikoną polskiej kobiecości wielkomiejskiej i nowoczesnej. W szczególności i wyjątkowości można ją porównać tylko z Dorotą Masłowską, ale to dwie różne opowieści, choć równie ważne dla współczesnej, polskiej kultury. Dlatego tak cieszy, że Maria Awaria wróciła do formy – „Ave Maria” nie jest taką petardą jak „Jezus Maria Peszek”, ale propozycją zdecydowanie lepszą od „Karabinu”, co spowodowało, że z nadziejami wybrałem się po raz pierwszy na koncert do GiTeSu.

W Gdańsku, u Szekspira

– Czy są jakieś merchy?

– Nie, pani Maria Peszek nie sprzedaje koszulek – odpowiedziała grzecznie dziewczyna z obsługi.

Nie było kompletu, ale było dość ludnie, dużo par niemieszanych, co nie dziwi. Zaczęło się prawie punktualnie i trwało zgodnie z zapowiedzią ok. 90 minut – jak w teatrze. Setlista także zgodnie z zapowiedzią: 19 numerów. Zaczęło się od covera (fajnie to brzmi przy Schubercie) „Ave Maria”, który przeszedł performatywnie w „Viva la Vulva”, dwa bisy to: „Nakurwiam Zen” i „Szambo wybiło”. Wybrzmiały wszystkie numery z najnowszej płyty długogrającej, pomiędzy nimi po kilka szlagierów z poprzednich płyt, szkoda, że tak mało z „Jezus Maria Peszek” (setlista tutaj). Dobre przyjęcie publiczności, ale bez szaleństwa i toplesów, max to kiwanie się i oklaski. Trochę wizualizacji, konfetti z wiadra i spod sufitu, ogólnie było aktualnie i prawdziwie, ale też… grzecznie i kulturalnie.

Koncertowa Peszek to dla wielu sceniczna osobowość, pełna energii frontmanka nawiązująca żywiołowy kontakt z publicznością. W kategorii piosenki poetyckiej to oczywiście rzadkość, ale też piosenka poetycka w wykonaniu Peszek jest wyjątkowa. Mocne brzmienie, dużo elektroniki i żywa perkusja powodują, że mamy do czynienia z gatunkiem hybrydowym. Wielka waga słowa kieruje nas do poezji śpiewanej, ale to zdecydowanie nie jest Stare Dobre Małżeństwo (śmiech). Bardzo dobrzy instrumentaliści (Kamil Pater – gitary, elektronika, perkusjonalia i wszystkie kompozycje, Jacek Prościński – perkusja i Olo Walicki – gitara basowa, kontrabas i elektronika) trochę „przykrywają” wokal, dla nieznających słów na pamięć niektóre numery były zrozumiałe częściowo, a przecież teksty to największy atut śpiewającej Marii Peszek.

Bardzo dobrze, ale…

To był dobry koncert, ale nie wyjątkowy. Troszkę ocenę osłabia czytanie z kartki przy początkowych numerach – charyzmatycznej frontmance to po prostu nie przystoi, bo prawda sceny ulega deziluzji. Występ śpiewającej aktorki był dla dużej części widowni spotkaniem terapeutycznym, potwierdzającym diagnozę społeczną: Polska musi do psychiatry.

Fot. Art & Action Photography Dawid Linkowski za i więcej: https://www.facebook.com/gdansk.shakespeare.theatre

Maria Peszek, Maria jest z nami. Gdański Teatr Szekspirowski, 4/11/22.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj