Rozmowa posezonowo-przedsezonowa z dyrektorką naczelną i artystyczną Nowego Teatru im. Witkacego w Słupsku od 1 września 2025 r.

Piotr Wyszomirski: Dobrym zwyczajem w czasach, kiedy były jeszcze dobre zwyczaje, było łagodne ocenianie pierwszego roku kadencji nowego dyrektora teatru. W przypadku Nowego Teatru im. Witkacego w Słupsku nie musimy się do tego zastosować, bo nasze (znaczy Gazety Świętojańskiej) wnioski są pozytywne. Na pewno pod względem artystycznym: obie premiery, za które odpowiedzialność ponosi Zdenka Pszczołowska, należy zapisać po stronie plusów, ale czy wszystko się udało w ciągu ostatnich 12 miesięcy?

Zdenka Pszczołowska*: Cieszy mnie, że pierwsze wrażenie jest pozytywne, ale myślę – znając już coraz lepiej pracę dyrektorską – że życzliwa ocena pierwszego roku jest głęboko uzasadnionym i rzeczywiście dobrym zwyczajem. Na pewno większość się udała. Musieliśmy wycofać się z jednej współpracy, co oceniam na minus i plus jednocześnie. Nieudana współpraca z definicji kojarzy się negatywnie – do czegoś nie doszło, jakiś kapitał nie został wykorzystany optymalnie. I to na pewno się zgadza. Jednocześnie bardzo cieszę się, że byłam gotowa się wycofać, wyżej ceniąc dobro i komfort osób pracujących w Teatrze, narażając tzw. PR. Przekonałam się też, że wprowadzanie zmian w regulaminach i umowach oraz zmiany strukturalne są czasochłonne, więc zakładany plan nie został wykonany. Dziś jednak wiem, że nie był w ogóle realistyczny. Prace są w toku. Czuję po tym sezonie ogromną satysfakcję i wdzięczność. Niepowodzenia (nie da się ich uniknąć) nie zdominowały sukcesów różnego typu.

Do tej pory Nowy miał jeden z najniższych budżetów w kraju. Czy wywalczyła Pani coś ekstra? Jakie są przymiarki budżetowe na przyszły rok?

Nadal nasz budżet jest jednym z niższych w kraju, jednak dotacja podmiotowa została zwiększona o kilkaset tysięcy. Obecnie nasz budżet to niemal 4 mln zł brutto. Oczywiście nadal nie jest to kwota, która pozwalałaby na spokojne prowadzenie instytucji i zatrudnienie niezbędnych osób. Zwłaszcza, że wartość zwiększenia tej kwoty w naturalny sposób obniża inflacja. Obowiązki rekwizytora pełni obecnie jeden z naszych pracowników technicznych, brakuje nam osoby ds. literackich, mamy malutki zespół aktorski i jedną inspicjentkę, a osób technicznych tylko jedną zmianę, brakuje też osób do promocji. Udało mi się pozyskać silnych partnerów. We wsparcie Teatru zaangażował się Samorząd Województwa Pomorskiego, nie mogę mówić o kwotach, ale proszę wierzyć, że są wysokie. Pomaga nam Port Lotniczy, niebawem dołączy do nas jeszcze jeden silny partner, niestety, dopóki nie podpiszemy umowy, nie mogę mówić o szczegółach. Wspiera nas też Starosta Słupski i Gmina Redzikowo. Podstawę dla działania instytucji stanowi jednak dotacja podmiotowa, której urealnienie jest konieczne. Produkcja spektaklu to koszt minimum 150 tys. zł, eksploatacja spektaklu waha się od 10 do 15 tys. brutto. To oznacza, że każde wystawienie spektaklu kosztuje nas minimum 10 tys. zł brutto, a nie zawsze jesteśmy w stanie sprzedać wszystkie bilety. W ciągu jednego tygodnia możemy wydać nawet 45 tys. zł na eksploatację, a zarobić np. 30 tys., czyli jesteśmy o 15 tys. do tyłu. Proszę sobie pomnożyć liczbę trzech spektakli w tygodniu x 4 tygodnie w miesiącu x 10 miesięcy. A do tego każda premiera to minimum 150 tys. zł w przypadku kameralnych produkcji, większość wymaga wyższych budżetów. Produkcja dobrych spektakli, zapraszanie świetnych osób twórczych, na które to miasto zasługuje, kosztuje. Wytyczne do budżetu otrzymałam kilka dni temu, więc nie mam nawet wstępnych planów. Na pewno ponownie sporą część zaplanuję na działania pedagogiczne i promocyjne (w wielu teatrach to są niedofinansowane obszary), budżety planowanych produkcji zwiększę w porównaniu do ostatniego planu budżetowego. Zdecydowanie niedoszacowałam kwot.

Jakie transfery z i do nastąpiły za Pani kadencji? Czy są nowe stanowiska/funkcje? Jak liczny jest dzisiaj zespół Nowego (całościowo, etaty, stali współpracownicy)?

Łącznie jest nas trzydzieścioro osób pracujących na etatach. Ponadto osoby współpracujące jak np. inspektor RODO, strażak, inspektor BHP, radca prawny, informatyk, od tygodnia korektor, obsługa widowni (tutaj łącznie współpracuje z nami +/- 8 osób), ponadto portiernię, ochronę i sprzątanie zapewnia firma Jantar, co najmniej 6 osób na stałe jest z nami w wyniku tej współpracy. Jesteśmy wraz z wicedyrektorką w trakcie zmian strukturalnych, które umożliwią utworzenie stanowiska pedagożki czy specjalistki ds. promocji/social mediów (optymalnie byłoby współpracować z dwiema osobami). Wiele osób miało (i nadal ma) stanowisko, którego pierwszy człon brzmi „organizator i widowni i…”. Dla nas to okazało się niewystarczające, postawiłyśmy na inne potrzeby, tj. właśnie na rozwój pedagogiki, dostępności, PR… Nikt nie stracił pracy w wyniku mojej decyzji ani nikt nie odszedł. Zatrudniłam aktora Wojtka Marcinkowskiego, który po kilkuletniej przerwie właściwie powrócił do Teatru. Zatrudniłam też specjalistkę ds. promocji (wcześniej kierowniczką działu promocji była obecna wicedyrektorka Agata Pietruszewska); zrezygnowałyśmy z tego działu na rzecz samodzielnych, zróżnicowanych stanowisk. Właściwie jesteśmy w trakcie formalnego wprowadzania tych zmian.

fot. Klaudia Krupa

Jak wyglądają plany repertuarowe na nadchodzący sezon i następne? Co ze Sceną Wolności?

Zacznę od końca. Scena Wolności wraca w listopadzie. Niebawem ogłosimy program i start sprzedaży biletów. Zatrudniłam kuratorkę, dr Agatę Skrzypek, która zdecydowała o spektaklach, które pokażemy i wymyśliła hasło tegorocznego Festiwalu – być ze świata. Formuła kuratorska jest dla mnie bardzo istotna – wyłącza mnie z procesu decyzyjnego, likwiduje konflikt interesów, poprosiłam o niezapraszanie spektakli w mojej reżyserii. Nie chcę korzystać z tego przywileju. Nie reżyseruję też w Teatrze, którego jestem dyrektorką. Jest to dla mnie trudne, bo uwielbiam nasz Zespół, ale myślę, że w dłuższej perspektywie to jest dobre dla instytucji. Znowu – likwiduje to liczne konflikty interesów, nikogo nie postawię w niezręcznej sytuacji, prosząc na przykład o zwiększenie budżetu. Ponadto w Polsce jest wielu fantastycznych twórców. Zostawiam dla nich miejsce. Sama reżyseruję mniej i w innych teatrach.

Nie będzie Pani reżyserować w swoim Teatrze i pokazywać własnych realizacji? Nie wierzę, ileż to takich deklaracji się słyszało (śmiech).

Tak jak wspomniałam, nie. I ta decyzja jest ostateczna. Czasem ktoś mnie namawia, żeby od niej odstąpić. Rozumiem to, nawet mi to schlebia, ale niestety – nie. Uważam, że jestem od tego, by stwarzać przestrzeń. Sama realizuję się artystycznie, programując sezony, ale także reżyserując w innych teatrach i podejmując się innych projektów.

No dobrze, trzymam za słowo i nie puszczę (uśmiech). Jakie w takim razie ma Pani „plany zewnętrzne”?

W najbliższym czasie reżyseruję dyplom aktorski we wrocławskiej filii AST. Pani dziekan Anna Guzik zaprosiła mnie do współpracy ze wspaniałymi studentami. Bardzo się cieszę na tę pracę, robimy „Przebudzenie wiosny” Franka Wedekinda. W nieco dalszej przyszłości także Teatr Norwida w Jeleniej Górze, Teatr Komedia w Warszawie, wrócę też do Dramatycznego w Wałbrzychu. To produkcje są rozłożone w czasie, bo reżyseruję mniej, co jest zresztą bardzo dobre dla mnie jako tzw. artystki. Będę realizować projekt podczas Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania we Wrocławiu (to także niedługo). Współpracuję od zeszłego roku ze studiem STA w Poznaniu. U nich także zrealizuję projekt, po bardzo udanej premierze „Wściekłych suk” w zeszłym sezonie. Rozmawiam też o innych współpracach, ale na razie nie chcę więcej zdradzać.

Wróćmy do Nowego, tego w Słupsku. Co Pani proponuje w najbliższym czasie widzkom i widzom?

Sezon rozpoczniemy czytaniem performatywnym „Dziadów” w ramach narodowego czytania. Reżyseruje Piotr Wach. Prócz naszych aktorów i aktorek wystąpi także aktorka Teatru Starego, gwiazda drugiego sezonu serialu „Brzydula”, Paulina Kondrak. Później także czytanie performatywne, tym razem będą to „Zmęczone” Darii Sobik, reżyseruje Krzysztof Zygucki. Pierwsza właściwa premiera to „Psia krew” na podstawie tekstu i w reżyserii Lecha Mackiewicza. Będzie to spektakl o odpowiedzialności za osoby nieludzkie. W grudniu czeka nas muzyczna i familijna premiera „Ani z Zielonego Wzgórza” w reżyserii Aleksandry Bielewicz. Następnie „Ich czworo” Gabrieli Zapolskiej w reżyserii Magdy Miklasz, spektakl na motywach „Dirty dancing” w reżyserii Anny Obszańskiej, „Detektyw pozytywka” Grzegorza Kasdepke w reżyserii Kaliny Dębskiej oraz „Na wieczne nieoddanie”, czyli nowy tekst Darii Sobik w reżyserii Pameli Leończyk. Będzie to historia o sprzątaczkach okradających swoich bogatych pracodawców i pracodawczynie. Gorzki i zabawny jednocześnie, wspaniale domykający refleksję o relacji sprawiedliwości i odpowiedzialności, która będzie patronować temu sezonowi. W kolejnych sezonach Agnieszka Jakimiak z Mateuszem Atmanem, Klaudia Hartung-Wójciak, Marcin Wierzchowski (planujemy koprodukcję), Marcin Liber, Tadeusz Kabicz czy Maria Bruni, ukraińska reżyserka tworząca w Polsce.

Czy dobrze poznała już Pani Miasto? Jaki jest Słupsk, pomijając grzecznościową kurtuazję? (uśmiech)

Poznałam go najlepiej, jak mogłam w tym niedługim czasie. Mam swój ulubiony warzywniak, swoje wycieczki do Ustki, ulubioną kawiarnię, trasy spacerowe, mam kogo odwiedzić. Centrum mojego życia stanowi jednak Teatr. Chętnie z niego wychodzę, by go lokować w przestrzeni miejskiej, także osobiście. Zapowiadałam to w swojej koncepcji programowej. Było tam sformułowanie „dyrektorka blisko ludzi”. Pewnie nie każdy, ale wielu naszych widzów na pewno potwierdziłoby, że w Słupsku istniałam, chętnie rozmawiałam z mieszkańcami i mieszkankami, inicjowałam spontaniczne współprace… To zadziwiające, bo w Teatrze czas mija bardzo szybko, a na zewnątrz jakby wolniej, ale to pozwala odpocząć. Chyba także osobom tworzącym.

Niewątpliwa i najbardziej dokuczliwa wada naszego miasta to lokalizacja. A może nawet nie tyle lokalizacja, ale komunikacja z naszym miastem. Niełatwo tu dotrzeć. Pociągi często jeżdżą długo, samochodem też zewsząd kilka godzin… Niektóre osoby nie mogą się zdeklarować na współpracę ze względu na niemożliwość pogodzenia pracy w źle skomunikowanym mieście z życiem prywatnym, wychowywaniem dzieci itd. Uwielbiam ludzi tutaj, ale to, co mnie uderzyło, nieustannie mnie zadziwia, wścieka i irytuje, to powszechny zwyczaj przekraczania prędkości na drogach w centrum miasta. I nie mówię tutaj o zagęszczeniu piratów drogowych, o których teraz głośno, ale o pewnym wyraźnym zwyczaju.

Wieczorem miasto zamiera – jak dla mnie – zbyt szybko, ale dla niektórych to na pewno walor. Atmosfera jest bardzo sprzyjająca, czuję, że ludzie nam kibicują, ludzie mówią „nasz teatr” albo „o, pani jest nową dyrektorką naszego teatru”. To bardzo doceniam. To ja jestem u nich, nie odwrotnie. Wiele fantastycznych osób opuściło Słupsk i wraca tu okazjonalnie. Trochę szkoda, ale to nieuniknione w powiatowym mieście, które nie jest ośrodkiem akademickim ani centrum przemysłu.

Czy „policzyła” Pani widzów? (podobno na tytuł ambitny może w Słupsku przyjść do 2 tys. widzów, nie więcej). Jak kształtowała się frekwencja w zeszłym sezonie i jak „chodziły” premiery („Tramwaj” i „Zapolska”)?

„Tramwaj” sprzedał się znakomicie. „Zapolska” gorzej, ale to tylko kwestia schyłku sezonu. Odbiór mamy fenomenalny i kolejne spektakle sprzedają się bardzo dobrze. Generalnie frekwencja nieznacznie spadła. Upatruję powodu tego w zmianach repertuarowych, ale nie martwi mnie to. Opór jest normalnym etapem zmian. Zwiększył się udział młodszej widowni w naszych wydarzeniach. Zależało mi, żeby zaprosić do naszego Teatru osoby młodsze, w końcu też tu żyją i mieszkają, mają potrzeby kulturalne i rozrywkowe. Dzięki uruchomieniu społecznych inicjatyw (grupy teatralne i chór performatywny) odkryły nas nowe osoby, które przyprowadziły ze sobą inne nowe osoby itd. Nawet aktorzy i aktorki obserwują, że zmienia się stosunek jednego pokolenia do drugiego na widowni.

Dyrektura Dominika Nowaka rozbudziła apetyty widzów i Organizatora. Jak kształtuje się festiwalowość i „nagrodowość”?

Jestem bardzo wdzięczna poprzedniemu dyrektorowi, bo Teatr zastałam w świetnej kondycji z nową infrastrukturą. Nie trzeba było gasić pożarów, a wiem, że czasem bywa i tak. Dominik wprowadził mnie we wszelkie formalności. Chociaż rzadko z tego korzystam, to wiem, że na pewno nie odmówiłby mi rady. Niedługo odwiedzi Słupsk jako aktor, co na pewno ucieszy naszych widzów i widzki. Dzięki aktywności i skuteczności Dominika mogę się pochwalić, że Teatr został doceniony w środowisku w sezonie 25/26. Ja spijam śmietankę, dziękuję za to! (śmiech). Byliśmy na dwóch festiwalach, „Mały Książę” dostał się do objazdu w ramach programu Teatr Polska, a „Nauka pływania”, czyli nasza pierwsza premiera, ale zakontraktowana przez poprzedniego dyrektora, zdobyła nagrody w finale Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej. Nasze spektakle oczywiście rekomendujemy i zgłaszamy na rozmaite festiwale. Niestety, znakomita „Zapolska Superstar” w reżyserii Miry Mańki nie została włączona do programu Festiwalu Interpretacje, ale tak naprawdę ten spektakl zaczyna życie, więc przed nim jeszcze wiele szans. O naszym udziale w życiu festiwalowym będę informować, kiedy plotki zamienią się w oficjalne komunikaty. Nie chcę zapeszać. To zawsze dowartościowuje społeczność skupioną wokół Teatru i ludzi, którzy w nim pracują, szczególnie artystycznych. Dokładam starań, żeby nasze produkcje były jak najwyższej jakości. Czy to zostanie nagrodzone? Nie wiadomo. To zawsze wielka radość i na pewno będziemy się chwalić, jednak nagrody to nie tylko efekt oceny, ale też koniunktury. My jesteśmy na uboczu, to nie sprzyja. Ewentualny brak nagród nie będzie mnie osobiście martwił. I bez nich jestem przekonana o wartości ludzi, z którymi współpracuję oraz spektakli, które produkujemy z najwyższą starannością i dbałością o komfort osób je tworzących.

fot. Kamila Rauf-Guzińska

Czy feminizm będzie nadal głównym elementem wyróżniającym Pani strategie artystyczne?

Na pewno feminizm, mądrze rozumiany, pozostaje dla mnie ważny. Pracując nad nowymi spektaklami czy projektami performatywnymi, nie zakładam z góry dominanty w sensie tematu, zaczynam od intuicji. Ona rzeczywiście często kieruje mnie w feministyczne obszary. Lubię je, ponieważ są polem nieustannych napięć. Jak wiadomo, niektórym feminizm kojarzy się paskudnie. Mam koleżanki z innych branż, które zrażone wizerunkiem feminizmu, deklarują, że nie są feministkami, mimo że ich postawa sugerowałaby coś innego. I tak, z jednej strony, mogę powiedzieć, że jestem przeciwko patriarchatowi. Szkodzi on nie tylko kobietom, ale wszystkim osobom, a nawet zwierzętom czy planecie. Ale nie jestem przeciwko mężczyznom. Mam wrażenie, że feminizm nadal często mężczyzn wyklucza. Mówię teraz o praktykowaniu feminizmu, nie o akademickich tekstach teoretycznych. A to wykluczanie mężczyzn jest niczym innym jak wzmacnianiem patriarchatu. Przyglądam się różnym postawom wynikającym z płciowości i to jest niezwykle ciekawe i skomplikowane. Obserwuję liczne próby uproszczeń i widzę ich fatalne skutki. Dlatego tak, feminizm dalej będzie ważną – a może najważniejszą – cechą moich strategii artystycznych.

Hmm, Pani bezpośredniość i wyrazistość sprawia, że mam ochotę zadać pytania, które rzadko zadaję, bo… Bo prawie nie ma komu albo się obrażają, albo się boją. Mogę dorzucić trochę do pieca?

Śmiało! (śmiech).

Uważam, że teatr jest szczególnie potrzebny w momentach trudnych, decydujących. Żyjemy w czasach, gdy na nowo definiuje się nie tylko, mówiąc górnolotnie, „człowieczeństwo”, ale wiele pochodnych, używanych na co dzień, jak prawda, godność, zasady, normy i takie tam. Dlaczego polski teatr właściwie milczy na temat ludobójstwa w Gazie? Oprócz listu części ludzi teatru i szerzej kultury do ministry Cienkowskiej ws. bojkotu, który wzywał do zawieszenia współpracy instytucjonalnej z Izraelem na wzór działań wobec Federacji Rosyjskiej, brakuje jasnych stanowisk i działań…

Słyszę o próbach konstruowania wypowiedzi artystycznych na ten temat. Wydaje się, że było co najmniej kilka takich sytuacji, w których to instytucje się wycofały, niekoniecznie osoby twórcze. Ryzyko wiążące się z podejmowaniem tematu Gazy może być postrzegane jako duże. Mam wrażenie, że wiele osób czuje się też nie dość kompetentnymi, by się pełniej wypowiedzieć i wziąć za tę wypowiedź odpowiedzialność. Moje przemyślenia w kontekście Gazy dotyczą strefy szarości, a mam wrażenie, że oczekuje się jednoznacznych głosów od artystów i artystek, o strefie szarości nikt nie chce słuchać. Musimy pamiętać, że to jednakowoż osoby tworzące decydują o tematach, na które się wypowiadają. Nasze oczekiwania to jedno. Na tej podstawie proponuję spektakl o braku spektaklu o Gazie i próbę odpowiedzi na pytanie, skąd ten brak, bo sądzę, że jest on niezwykle znaczący. Być może to głos na temat tego, że zbyt uprościliśmy narrację?

A przemocowość w teatrze? Czy już pozamiatano po książce Igi Dzieciuchowicz? Za gorzki epilog do demaskatorskiej książki można odebrać powierzenie stanowisk dyrektorskich w dwóch bardzo ważnych teatrach stołecznych. Nic się nie stało? Młode idzie, stare jedzie?

Niestety przemocowość w teatrze ma się dobrze. Wiele osób deklaruje wzniosłe ideały, którym nie potrafi sprostać. W Nowym w Słupsku staram się egzekwować wysokie standardy współpracy. Myślę, że praca u podstaw jest obecnie skuteczniejsza niż demaskacja osób stosujących przemoc. Afera wokół przemocy w teatrze pozwoliła też części osób się ukryć – głośno krytykowali naganne zachowania, żeby odsunąć od siebie ewentualne podejrzenia. Znam tylko jedną sytuację, w której taki mechanizm został obnażony, kiedy ówczesny student AST odpowiedział na wpis pedagoga AST, który oskarżał innego pedagoga o stosowanie przemocy. Celowo nie wspominam nazwisk, bo to nie chodzi o to, by też ludzi wykluczać ze współpracy, bo popełniali błędy. Nie wiem, jakie postawy dziś prezentują ci ludzie. Poza tym przemoc przemocy nierówna. Myślę, że wszyscy w różnych sytuacjach zachowujemy się w sposób, który można by nazwać przemocowym, ale to nie czyni nas drapieżnikami. Istnieją zachowania nieakceptowalne i takie, które są efektem bezradności, własnej nieumiejętności i efektem systemowym, efektem kształcenia. Nie usprawiedliwiam niczego, ale przypominam, że jesteśmy ludźmi i popełniamy błędy. To, że ktoś do dziś nie przejawiał zachowań przemocowych, nie oznacza, że kiedyś, może w chwili słabości lub kryzysu, się do nich nie ucieknie. Trzeba pracować z tym metodycznie, wdrażać procedury, nazywać zjawiska także po to, by kontrolować siebie samego czy siebie samą na jakiejś pozycji. Cenię osoby, które podzieliły się autorefleksją dotyczącą własnej przemocowej przeszłości. Nie rozumiem tych, które zaprzeczają udowodnionym sytuacjom, czasem nawet zarejestrowanym lub zapisanym w wywiadach, których udzieliły. Powierzanie ważnych stanowisk czy reżyserowania osobom, które wykazywały zachowania przemocowe, ale nie wykazały autorefleksji, jest legitymizowaniem przemocy, pokazaniem osobom, które jej doświadczyły, że ich doświadczenie nie było wystarczające, by kogoś z niego rozliczyć, przy czym nie mówię wcale o cancelowaniu. Mówię o namyśle, o refleksji, o debacie, która ucichła. Myślę, że to też dlatego, że na demaskacji przemocy wiele osób skorzystało w kapitalistyczny sposób. Osoby współpracujące z artystami i artystkami o wielkim dorobku opowiedziały o swoich doświadczeniach w pracy z nimi, inne osoby te osoby wsparły i te wszystkie osoby razem nie pracują już z tymi artystami i artystkami o wielkich dorobkach, ale pojawiły się w ich miejsce bardzo szybko nowe osoby. I to wcale nie jest wyrachowanie. Niestety. To byłoby jednoznaczne i możliwe do ograniczenia. Podsumowując sądzę, że przemoc w teatrze będzie trwała tak długo, jak trwał będzie sam teatr. Utopijne jest myślenie, że może być inaczej. Marzenia są świetnym gruntem pod przemoc, a praca w teatrze jest wypełniona marzeniami. Nie zmienia to jednak faktu, że wspólnie powinniśmy dążyć do ideału. Co ważne: bezpodstawne oskarżenia to też zachowanie o znamionach przemocowości. Dlatego mimo skali zjawiska musimy godzić wiarę w świadectwa ofiar i osób doświadczających przemocy z zasadą domniemania niewinności. Weryfikować. Jako ci po niby „dobrej stronie” działajmy ostrożnie i skutecznie z pomocą ekspertów, nie w afekcie.

Plany, marzenia, ambicje, czyli co nowego w Nowym? Nowe projekty, cykle, programy, współprace, zaproszeni do współpracy.

Takie najważniejsze marzenia nie dotyczą aspektów artystycznych. Marzę o urealnieniu dotacji podmiotowej i możliwości zauważalnego zwiększenia wynagrodzeń. Robię w tej sprawie tyle, ile mogę. Mogę z całą pewnością powiedzieć, że bardzo dobrze płacimy aktorom i aktorkom gościnnym za przygotowanie roli. Ale zależy mi też na pracownikach i pracownicach etatowych. Też trochę się udało (ale nie mogę mówić szczegółowo), wraz z wicedyrektorką zawsze dbamy, by przy okazji realizacji projektów dobrze wynagradzać osoby pracujące w Teatrze. Trzecie marzenie, na koniec mojej kadencji, to marzenie o tym, by Nowy Teatr w Słupsku był najprzyjaźniejszym miejscem dla osoby pracowniczej z ogromnym naciskiem na osoby nieaktorskie. Oczywiście aktorzy i aktorki też mają prawo czuć się w pracy komfortowo (przy jednoczesnej świadomości, że praca jako taka stres i dyskomfort zawsze będzie powodować), ale to działy administracyjne i produkcyjne zwykle były pomijane. Jeśli chodzi o ambicje artystyczne, to na razie chcemy kontynuować nasze flagowe projekty: Chór Słupszczan, grupę MGT i Senioritę. Mam nadzieję, że uda się sfinalizować rozmowy ze Stefanem Kaegi. Chciałabym na pewno doprowadzić do udanych koprodukcji i takie plany są na przykład z Teatrem Polskim w Bydgoszczy. Ważne jest dla mnie nieustanne bycie blisko mieszkańców Słupska i zachęcenie ich do repertuaru, który nie proponuje fars, ale może być równie rozrywkowy i wciągający.

Czy Słupsk to trampolina do kariery pojmowanej np. jako przygotowanie do prowadzenia większych scen? Jak długo zamierza Pani dyrektorować w Słupsku?

Prawdę mówiąc: kompletnie nie myślałam i nie myślę o tej przygodzie w tych kategoriach, ale na pewno, jeśli zarządzanie Teatrem dalej będzie dla mnie tak przyjemne (mimo oczywistego stresu), nie wykluczę startu w konkursach w innych Teatrach. Tutaj na razie do 2030 r. W międzyczasie czekają nas wybory, nie wiem, czy Organizator zaproponuje kolejną kadencję bez procedury konkursowej. Nie wiadomo, jak ta kadencja się skończy ani w jakim ja sama będę miejscu jako człowiek. Dziś nie umiem powiedzieć, czy taką propozycję bym przyjęła.

Rozpoczęliśmy od dobrego zwyczaju, to i skończmy na nim (uśmiech). Bardzo ładnie to wygląda, gdy zwycięzca konkursu zaprasza do współpracy swoich konkurentów i tworzy warunki do współpracy z lokalnymi twórcami. Czy coś takiego znajduje się w horyzoncie Pani planów?

Nie mam sprecyzowanych planów, ale z lokalnymi twórcami i twórczyniami (słupskimi, ale także pomorskimi) rozmawiam i nie wykluczam, by te rozmowy znalazły swój finał na scenie. Co do konkurentów z konkursu, to w drugim konkursie był nim Marek Rachoń, świetny aktor Teatru Śląskiego, który podejmuje także własne inicjatywy. We wcześniejszym konkursie startowały osoby reżyserujące, z których twórczością i sposobami pracy nie miałam okazji się zapoznać. Nie chciałabym zapraszać do współpracy nikogo ze względu na zwyczaj, nawet dobry. Jeśli będę miała merytoryczne podstawy i zielone światło od Rady Artystycznej, której głos zawsze poważnie biorę pod uwagę, to nie widzę przeszkód, by pomyśleć o współpracy z którąś z tych osób. To nie zwyczaj będzie jednak decydujący.

Dziękuję za rozmowę.

*Zdenka Pszczołowska – reżyserka, dramaturżka, studiowała na Uniwersytecie Adama Mickiewicza, absolwentka Akademii Sztuk Teatralnych w Krakowie, absolwentka komparatystyki literackiej i performatyki przedstawień na Uniwersytecie Jagiellońskim. Autorka projektów: „Freshwater” (Narodowy Stary Teatr, 2020), „Świnia z pieprzem” (NST, 2020), „Jak twoja choroba wpływa na seksualność? U T O P I E” (Teatr Ósmego Dnia, 2020), „Rok pierwszy” (AST, 2021), współproducentka inicjatywy „Wku***Ona.Tv” (2020), w ramach której powstały kobiece performanse-manifesty, reżyserka jednego z nich „(U)tracony gniew”, autorka libretta i współtwórczyni off-opery „Kongres: 2071” zrealizowanej w ramach festiwalu OFF OPERA w Poznaniu (2021), współautorka (z Anną Oramus) ekologicznej instalacji performatywnej „#samozdechło” podczas festiwalu Nowa Siła Kuratorska 2023 w Poznaniu. Laureatka konkursów: „OFF: Premiery/Prezentacje”, „SzekspirOFF Prezentacje” za projekt „Porcje” (2021, z Anną Oramus), wyróżniona w konkursie Nagrody Dramaturgicznej Miasta Bydgoszczy w międzynarodowym konkursie dramaturgicznym „AURORA” za dramat „MYSZY” (2022) i za dramat „MARCELINA” (2023), finalistka ogólnopolskiego konkursu „Klasyka Żywa”, laureatka Złotego Yoricka podczas Festiwalu Szekspirowskiego (2023). Laureatka Stypendium Twórczego Miasta Krakowa (2021), Stypendium Marszałka Województwa Wielkopolskiego w dziedzinie kultury (2022) i Stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego „Młoda Polska” (2024). Reżyserka spektaklu „Upiory” w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku (2022), współreżyserka „Ballad i romansów” we Wrocławskim Teatrze Pantomimy (2022), reżyserka i dramaturżka spektaklu „Woyzeck” w Teatrze Nowym w Poznaniu (2023), współreżyserka spektaklu „Romeo i Julia” w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie (2023), reżyserka spektaklu „Lizystrata, czyli strajk kobiet” w Teatrze Dramatycznym w Gdyni, reżyserka i dramaturżka spektaklu „Willa. Die Seifenoper” we Wrocławskim Teatrze Pantomimy (2024), reżyserka i dramaturżka spektaklu „Alicja w Krainie Czarów. Remix” w Teatrze Nowym w Poznaniu (2025); reżyserka spektaklu „Mały Książę” w Nowym Teatrze im. Witkacego w Słupsku oraz spektaklu „Ziemia oskalpowana” zrealizowanego z Grupą Artystyczną TERAZ POLIŻ. Autorka licznych tekstów artystycznych i naukowych, prelegentka na konferencjach ogólnopolskich i międzynarodowych, autorka i prowadząca wielu zajęć warsztatowych z zakresu performansu i aktorstwa, członkini Gildii Polskich Reżyserek i Reżyserów Teatralnych, członkini Stowarzyszenia Autorów ZAiKS. Dyrektorka naczelna i artystyczna Nowego Teatru im. Witkacego w Słupsku.

fot. Kamila Rauf-Guzińska