Ucichły odgłosy Jarmarku, na mieście trochę mniej tłoczno, więc można się wybrać na spacer z zachowaniem fizycznego dystansu (wolę to określenie, ponieważ dystans społeczny budzi niemiłe skojarzenia).

Po drugiej stronie Motławy, przy ulicy Szafarnia 3, przyciąga wzrok niezwykły budynek o cechach wyraźnie barokowych. Bogactwo detali architektonicznych widoczne jest już z daleka, ale warto skorzystać z kładki na Ołowiankę, by spojrzeć z bliska na wystrój kamieniarski, a zwłaszcza na fronton: drzwi obramowane są dwoma pilastrami, na których szczytach widnieją kamienne putta, a pomiędzy nimi – głowa Murzynka, od której dom wziął swoje miano.

źródło: https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/7/72/Gdansk_Pod_Murzynkiem_detal.jpg

Zbudował go kamieniarz i rzeźbiarz Krzysztof Strzycki, którego starszy cechu kamieniarskiego miał kiedyś nazwać „lichym Murzynem”. Może faktycznie nie cenił jego pracy, a może też sądził, że nie można ot tak, po prostu zostać kamieniarzem bez żadnych tradycji rodzinnych. Strzycki bowiem urodził się w Dzierzgoniu (w 1694 r.), gdzie jego ojciec miał gospodarstwo ogrodnicze. Dopiero w roku 1700 wraz z rodziną przeniósł się do Gdańska, a jako szesnastolatek zaczął się uczyć kamieniarstwa u Ephreima Stahenaua, potem zaś doskonalił swe umiejętności w warsztacie rzeźbiarza Jana Erlauchera. Już jako wyzwolony czeladnik wędrował po Europie, a w 1721 powrócił do Gdańska. Trzy lata później uzyskał tytuł mistrzowski i gdańskie obywatelstwo, założył własny warsztat przy kanale Na Stępce, tuż obok Czerwonego Mostu. W 1727 roku kupił od miasta dzierżawioną parcelę i zbudował na niej Dom pod Murzynkiem. 

Kiedy myślałam o pracy „lichego Murzyna”, która w końcu została doceniona, przypomniałam sobie o Śniadaniu mistrzów Kurta Vonneguta, powieści, której podtytuł brzmi Żegnaj, czarny poniedziałku, w oryginale Goodbye Blue Monday. Kiedy Lech Jęczmyk tłumaczył tę książkę, fraza Blue Monday nie była w Polsce powszechnie znana, a przypuszczam, że i dziś łączy się głównie z najbardziej depresyjnym dniem roku (tylko jednym) i nie budzi skojarzeń z rasizmem.

Dla tych, którzy nie lubią swojej pracy, każdy poniedziałek jest ponurym dniem. Ale i w domu roboty nie brakuje, a przy tym rzadko się za nią płaci i jeszcze rzadziej ją docenia.

„Nawiasem mówiąc, wcale nie było prawdą, że większość kobiet robiła pranie w poniedziałek […]. Robiły pranie wtedy, kiedy miały na to ochotę. Na przykład jedno z najwyrazistszych wspomnień Hoovera z czasów Wielkiego Kryzysu wiązało się z tym, jak jego przybrana matka postanowiła zrobić pranie w Wigilię. Rozgoryczona faktem tak niskiego upadku ich rodziny nagle zeszła, tupiąc, do piwnicy, pomiędzy karaluchy i stonogi, i wzięła się do prania.

– Czas wziąć się do murzyńskiej roboty – powiedziała.

[…] Przybrana matka Hoovera nie była jedyną białą kobietą, która nie cierpiała podobnych prac. Moja własna matka też była taka i siostra też, Panie, świeć nad jej duszą. Obie stanowczo odmawiały wykonywania murzyńskiej roboty.

Biali mężczyźni nie palili się do tego również, oczywiście. Nazywali to «babską robotą», a kobiety mówiły, że to «murzyńska robota»”.

Gdyby Śniadanie mistrzów ukazało się dopiero dzisiaj, recenzje tej powieści można by opatrywać hasztagiem #BlackLivesMatter. „Czarny poniedziałek” w podtytule polskiego wydania pojawia się więc nieprzypadkowo. Odwołuje się nie tylko do czarnego koloru skóry, lecz także do „czarnej roboty” – pracy zrzucanej na barki tych, którzy zajmują najniższe szczeble w hierarchii społecznej.

Do koloru skóry odnosi się również paskudne słowo na „M”. Owszem, niegdyś uznawano je za neutralne, ale przez lata wrosło w liczne związki frazeologiczne, które uczyniły je obraźliwym.  Wystarczy przypomnieć frazy „sto lat za Murzynami”,  „robić za murzyna” czy „murzyn zrobił swoje, murzyn może odejść”.

Właśnie dlatego na stronie Rady Języka Polskiego ukazała się opinia dotycząca „Murzyna” i „Murzynki”.

Przypomnę, że RJP nie wydaje dekretów, a językoznawcy tylko obserwują zjawiska językowe i na podstawie swoich obserwacji formułują zalecenia. Język wciąż żyje i ulega zmianom – i za nic ma protesty swoich samozwańczych obrońców, choćby nie wiem jak głośno wzywali tradycję na pomoc i choćby nie wiem jak często powtarzali populistyczną mantrę „nikt nam nie będzie mówił” i tak dalej. W wypadku „Murzyna” mamy do czynienia ze zjawiskiem pejoratywizacji, a mówiąc po prostu – słowo to nabrało negatywnych znaczeń. Jeżeli zatem ktoś w dalszym ciągu zamierza go używać poza kontekstem historycznym, to trudno. A jeśli się przy tym upiera, że to nie jest obraźliwe słowo, ponieważ JEGO nie obraża, to niechże przynajmniej nie nosi kolorowej bielizny, bo jak sama nazwa wskazuje, bielizna może być tylko biała.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj